Benedykt Liturg

Paweł Milcarek

2010-08-16

Benedykt LiturgKto nie rozumie liturgicznej linii pontyfikatu Benedykta XVI, ten zwykle w ogóle niewiele z niego rozumie – nie dociera do „źródła i szczytu” orędzia Ojca Świętego. Stwierdzenie to może szokować lub budzić sprzeciw, lecz nie ma w nim żadnej przesady.

Benedykt XVI w Portugalii (fot. M.Mazur/www.thepapalvisit.org.uk)Co to jednak w ogóle znaczy: zrozumieć liturgiczne decyzje Papieża Benedykta? Na pewno nie sprowadza się to do pewnej spostrzegawczości, choć i ona jest potrzebna: w ciągu mijających pięciu lat Ojciec Święty – zresztą łącząc w swym działaniu powściągliwość ze stanowczością – najpierw w motu proprio Summorum Pontificum z 2007 przekroczył Rubikon uwolnienia liturgii „trydenckiej” (wprowadzając pojęcie dwóch form jednego rytu rzymskiego[1]), następnie zmienił znacząco styl publicznych celebracji papieskich (krucyfiks na środku ołtarza, Komunia udzielana tylko na klęcząco i do ust, chętne posługiwanie się paramentami pochodzącymi z różnych epok…), w nominacjach biskupich i kurialnych dał oznaki predylekcji dla nastawienia tradycjonalistycznego, spośród różnych celebracji poza Rzymem wyróżnił pochwałą – jako „wzorcową” – akurat tę w Viterbo, w czasie której 10-tysięczny tłum trwał wciszy, bez aplauzów i okrzyków[2], zaś w swym nauczaniu co jakiś czas wraca do znaczenia „zwrócenia ku Panu”[3] (zamiast posoborowego „twarzą do ludu”) albo zalet dawnego lekcjonarza wielkopostnego[4] lub teologicznej przejrzystości dawniejszego obrzędu chrztu[5], … do tego dochodzą coraz częstsze celebracje „trydenckie” w wykonaniu prefektów rzymskich kongregacji – po tym wszystkim każdy rozgarnięty obserwator zdaje sobie sprawę, że something changed.

Ale co – i dlaczego?

Z pogłębionymi odpowiedziami na ten temat bywa gorzej, tak jakby już nie tylko sensaci-watykaniści, ale i świat katolicki miał kłopot z uchwyceniem najpierw roli kwestii liturgicznej w tym pontyfikacie – a następnie powiązania tego z poprawnym rozpoznaniem roli liturgii w życiu chrześcijańskim. Okazuje się, że pontyfikat Benedykta XVI przyszedł jakby „na powstanie i upadek” wielu wizji współczesnego chrześcijaństwa.

„Centralny punkt życia”

Gdy pięć lat temu Joseph Ratzinger został wybrany na papieża, mówiono, że zaczyna się pontyfikat papieża-teologa. Krytycy „pancernego kardynała” nie omieszkali wykorzystywać tego naukowego szlifu dotychczasowego prefekta „Inkwizycji” do przeciwstawiania go Poprzednikowi, którego oblicze „duszpasterskie, bliskie ludziom” naświetlano wszystkimi możliwymi reflektorami (biorąc w nawias trudny nurt jego skłonności do mowy filozoficznej). Z kolei autorzy komentarzy pozytywnych też kręcili się w kręgu tych skojarzeń – w palecie od zachwytów nad szerokością myśli założyciela „Communio” do satysfakcji z ostrej krytyki relatywizmu w wykonaniu autora Dominus Iesus.

Co ciekawe i zastanawiające, niemal nikt nie zauważał już bardzo dobrze widocznego nurtu liturgicznej refleksji Kardynała, który stał się Papieżem. A przecież nurt ten jest obecny w większości książek Ratzingera, od Święta wiary (z1981 r., lecz zbierającego teksty zkońca lat 70.) aż do Ducha liturgii z 2000 lub wystąpień na Dniach Liturgicznych w Fontgombault w 2001 – w tej szczególnej postaci, tak typowej niegdyś dla wielkich postaci XX-wiecznego ruchu liturgicznego: nie jest to bowiem refleksja zawodowego liturgisty, lecz liturgiczna analiza teologa. Nawet gdy od pryncypiów „istoty liturgii” przechodzi wpobliże „rubryk”, zawsze jest to punkt widzenia teologa. Być może zresztą to właśnie sprawia, że tak jak kiedyś Jungmannowi, Guardiniemu czy Bouyerowi udawało się twórczo przekraczać często bezpłodną ortodoksję rubrycystyczną liturgistów, tak Ratzinger mógł nie liczyć się zbytnio z tryumfalizmem „odnowy” u ich posoborowych odpowiedników[6].

Nie interesowały mnie problemy szczegółowe nauki liturgicznej – tłumaczył w 2008 już jako Benedykt XVI, we wstępie do Theologie der Liturgie, pierwszego tomu swych dzieł zebranych – ale zawsze problem zakotwiczenia liturgii w fundamentalnym akcie naszej wiary i, co za tym idzie, miejsce liturgii w całej naszej ludzkiej egzystencji[7].

Tak jak liturgia jest zawsze w polu namysłu tego teologa, tak – rzecz być może o jeszcze większym znaczeniu – pasja liturgiczna znajduje się w sercu doświadczenia religijnego tego chrześcijanina. „Liturgia Kościoła była dla mnie, od samego dzieciństwa, punktem centralnym mojego życia” – to jeszcze jedno zdanie Papieża z cytowanego wstępu. O tym zakorzenieniu napędzającym jego myśl wiemy od samego Ratzingera, dzięki wspomnieniom opublikowanym w 1997r.:

Fascynującą przygodą było zagłębianie się w tajemnicę świata liturgii, która rozgrywała się na ołtarzu przed nami i dla nas – czytamy w wyznaniu dotyczącym lat szkolnych na wsi. – Stawało się dla mnie coraz bardziej jasne, że spotykałem tam rzeczywistość, której nikt nie zmyślił, której nie stworzył ani jakiś urzędnik, ani wielka jednostka. Ta tajemnicza struktura tekstu i akcji wyrosła poprzez stulecia z wiary Kościoła. … Oczywiście jako dziecko nie rozumiałem szczegółów, ale moje obcowanie zliturgią było postępującym procesem dorastania do rzeczywistości, która przewyższała wszelkie indywidualności i pokolenia I dawała ciągle okazję do nowych przeżyć i odkryć[8].

Warto przypominać to wyznanie, gdyż co do swej wagi dla zrozumienia myśli teologicznej jego Autora jest podobne do tych znanych fragmentów autobiograficznych Jana Pawła II, które rzucały światło na genezę personalistycznego nerwu jego pontyfikatu lub np. pozwalały uchwycić w jednym spojrzeniu źródła jego maryjności. Czy jednak zarówno tego wyznania, jak i naświetlonego nim ciągu pasji i refleksji, nie powinniśmy potraktować jako doświadczenia jednego teologa, wyjaśniającego równocześnie jego skłonność do pewnego typu pobożności czy duchowości i kształt podejmowanej problematyki – doświadczenia, które ze względu na swój partykularyzm, osobistą prywatność musi pozostać poza obiektywizowanym przesłaniem Pasterza Powszechnego dla Kościoła katolickiego?

Źródło i szczyt na serio: prymat Boga

Jest to pytanie zapewne podobne do tego, które w latach Jana Pawła II stawiali sobie niektórzy katolicy Europy Zachodniej, sugerujący, że Kościół powszechny źle zniesie odbywające się wraz z wyniesieniem Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową wyniesienie „polskiej pobożności” i „doświadczenia wschodnioeuropejskiego” do rangi modelu żywotności chrześcijaństwa i pozycji Kościoła. Przy pewnym podobieństwie źródła takich obaw, te dotyczące teologicznej dominanty myśli Benedykta XVI zbudowane są od początku na błędnym założeniu, że mocny akcent położony na liturgii jest jedynie opcją w uniwersum katolicyzmu.

Że jest inaczej – przypomniał nam, w mocnych słowach, sam Sobór Watykański II:

Liturgia … jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i zarazem jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc. Albowiem apostolskie prace zmierzają do tego, aby wszyscy, którzy przez wiarę i chrzest stali się dziećmi Boga, razem się gromadzili, pośród Kościoła chwalili Boga, uczestniczyli w ofierze i spożywali Wieczerzę Pańską. … Z liturgii więc, a zwłaszcza z Eucharystii, jako ze źródła, spływa na nas łaska i z największą skutecznością dokonuje się to uświęcenie ludzi w Chrystusie i uwielbienie Boga, do którego, jako do celu, zmierzają wszelkie inne działania Kościoła[9].

Źródło i szczyt – trudno podkreślić dobitniej centralne usytuowanie kultu w krwiobiegu chrześcijaństwa. Trudno również nazwać tę wizję Soboru Powszechnego partykularnym punktem widzenia – także dlatego, że punkt ten, być może trudny do pojęcia z perspektywy pewnych wrażliwości katolicyzmu nowożytnego, powtarza to, co w XX wieku powtarzali już wcześniej papieże, od św. Piusa X.

Korzystając z tego światła, uważny obserwator może dojść do twierdzenia, że wspomniane wyżej osobiste doświadczenie Ratzingera samo jest owocem duszpasterstwa wynikającego z tej teologicznej mądrości ruchu liturgicznego, która – w obecności eksperta Vaticanum II ks. prof. Ratzingera – weszła do cytowanego sformułowania soborowego. Inaczej mówiąc, w życiu Ratzingera od młodości realizowało się coś, co ogół episkopatu katolickiego bez zmrużenia oka uznał za linię właściwej odnowy katolicyzmu.

Jest to wzgląd, dla którego prymat liturgiczny Benedykta XVI jest dosłownie prymatem najoczywistszego dokumentu Vaticanum II, nieporównywalnie dojrzalszego i spójniejszego od innych jego osiągnięć – a, przynajmniej na początku, najmniej kontrowersyjnego spośród najbardziej dyskutowanych. Nawiązuje do tego sam Papież, tłumacząc kluczem priorytetów soborowych wybór tematyki liturgicznej do pierwszego tomu swoich Dzieł zebranych:

To, że temat liturgii znalazł się na początku prac Soboru i że Konstytucja o Liturgii stała się jego pierwszym rezultatem, postrzegane było na pierwszy rzut oka raczej jako przypadek. … To, co na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać przypadkiem, objawiło się, patrząc na hierarchię tematów i zadań Kościoła, jako rzecz w istocie najsłuszniejsza. Rozpoczynając temat liturgia, wyciągnięto na światło dzienne bez wątpienia prymat Boga, priorytet tematu Bóg. Przede wszystkim właśnie Bóg: tak właśnie mówi nam początek Konstytucji o Liturgii. Kiedy spojrzenie na Boga nie jest na pierwszym miejscu, wszystkie inne rzeczy tracą swoją orientację. … Na miejscu z pewnością jest przypomnienie tu, że w słowie ortodoksja, druga część słowa: doxa nie oznacza poglądu, ale blask, uwielbienie. Nie chodzi więc o jakiś słuszny pogląd o Bogu, ale o słuszny sposób uwielbienia Go, dania Mu odpowiedzi. To właśnie jest fundamentalne pytanie człowieka, który zaczyna rozumieć samego siebie w słuszny sposób. A pytanie to brzmi: w jaki sposób mam spotkać Boga? Tak więc, nauczenie się właściwego sposobu uwielbienia – ortodoksji – jest tym, co przede wszystkim w wierze jest nam dane[10].

Dlatego hierarchizacja priorytetów Josepha Ratzingera, a obecnie Benedykta XVI jest równocześnie „soborowa” i eklezjalna w sposób bardziej źródłowy i radykalny niż hierarchizacje skonstruowane przez wypreparowanie jego „nowości” bądź próby porównania z„duchem czasów”. Jednak przede wszystkim jest to hierarchizacja wyraźnie teocentryczna.

Hermeneutyka reformy 

Czy jednak ta Ratzingerowsko-Benedyktowa równowaga, choć zbudowana na hierarchizacji zdawałoby się tak oczywistej, nie ma swego punktu ciężkości w praktyce umiejscowionego raczej w przeszłości niż wteraźniejszości? Bywa wszak krytykowana właśnie za „cofnięcie”, związane ze znaną i powtarzaną krytyką reformy posoborowej.

Jednak zarzut tego rodzaju może być dzisiaj postawiony każdemu, kto na serio uzna za swój punkt odniesienia wydarzenie Soboru Watykańskiego II – od dawna nie jest ono niusem, a jego nowość-żywotność, na wzór innych wydarzeń Tradycji, oddziela się coraz mocniej od odchodzącej dziejowej „dzisiejszości” czy „niedawności”. W tej ostatniej perspektywie także soborowa konstytucja o Św.Liturgii okazałaby się jedynie starociem, „do którego nie warto wracać” – i tak chyba widziany jest ten dokument przez tych, którzy nauczanie Vaticanum II traktowali jako jedynie punkt odbicia, wpróbie „oderwania” się od wcześniejszej Tradycji.

Tymczasem nasz Papież Benedykt „cofa się” do soborowego Sacrosanctum Concilium sprzed prawie pół wieku. Dlaczego właśnie tam – nie dalej, do Mediator Dei Piusa XII, lub nieco bliżej, do Missale Romanum Pawła VI?

Nie tylko dlatego, że – rzecz nie do przeoczenia – jest to ostatni o takim rozmachu zapis świadomości i oczekiwań światowego episkopatu, zgromadzonego z Piotrem i pod Piotrem. Chyba przede wszystkim dlatego, że konkretny kształt konstytucji liturgicznej jest efektem dynamiki, w której każdy z działających czynników wniósł coś ze swojej natury – konserwatywnej lub nowatorskiej – lecz żaden z nich nie otrzymał, na tym etapie, carte blanche, wolnej ręki czy poczucia sekciarskiego sukcesu którejś „partii”. Jest zapisem tego szczęśliwego momentu, w którym wskaźnik determinacji pasterzy po oderwaniu się od obaw przed dotykaniem „nienaruszalnego rytu” zatrzymał się w punkcie zgody na jego umiarkowaną adaptację duszpasterską – na chwilę przed tym, zanim, w klimacie radykalizmu około 1968 roku, wahnięto go aż ku przyzwoleniu na liturgiczną „rewolucję październikową”.

„Cofając” się do konstytucji soborowej, Benedykt XVI wgłębia się w Vaticanum II i upomina się o umiar reformy: staje w tym miejscu, z którego widać dobrze, że Mszał Pawła VI nie był jedynym możliwym sposobem zrealizowania życzeń Soboru[11]11 – ale równocześnie że normy konstytucji są i dziś kryterium dla każdej celebracji, niezależnie od jej kształtu rytualnego[12]. Wszystko to zgodnie zkluczowym pojęciem tego pontyfikatu: „hermeneutyką reformy, odnowy zachowującego ciągłość jedynego podmiotu-Kościoła”[13]. W tym świetle – inaczej niż w„hermeneutyce zerwania” – konstytucja liturgiczna jest oglądana jako „trudna synteza wierności i dynamizmu”[14].

Dlaczego „starsza forma”?

Jednak w praktyce Sacrosanctum Concilium jest czytane zbyt często według logiki zerwania – tak, że nie tyle ono staje się kryterium dla promulgowanych rytów, ile odwrotnie, punktem wyjścia są zreformowane księgi i instrukcje, dla których szuka się, niekiedy z wielkim trudem, uzasadnienia w tekście soborowym.

W tej sytuacji podwójnie niezbędne okazuje się przywołanie „przedsoborowej” tradycji liturgicznej: nie tylko dlatego, że jest ona tradycją kultu i instrumentem głębokiej pamięci duchowej Kościoła – ale idlatego, że jej postać zapisana w księgach promulgowanych przez bł. Jana XXIII jest tą rzeczywistością, na której doświadczeniu opiera się refleksja liturgiczna Soboru Watykańskiego II.

Rozumiemy, że między faktem – wpisanym w zreformowane księgi – swoistego niespełnienia lub wykrzywienia programu liturgicznego Vaticanum II, a koniecznością przywołania do parafialnego życia Kościoła „starszej formy” rytu rzymskiego zachodzi nieunikniona korelacja. Zwraca na nią uwagę mianowany przez Benedykta XVI prefekt Kongregacji Kultu Bożego, kard. Antonio Cañizares:

Pierwsza część konstytucji Sacrosanctum Concilium nie weszła w serce ludu chrześcijańskiego. Nastąpiła zmiana w formach, czyli reforma, ale nie była to prawdziwa odnowa – taka, o jaką prosili ojcowie soborowi. Czasami zmieniano z powodu prostego upodobania do zmiany, bez szacunku dla przeszłości postrzeganej jako całkowicie negatywną i przebrzmiałą, pojmując reformę jako zerwanie, a nie jako organiczny rozwój tradycji. Od samego początku wywołało to reakcje i opory, radykalizując w danym przypadku stanowiska i postawy, które zaowocowały ekstremalnymi rozwiązaniami, a wśród nich aktami pociągającymi za sobą nawet kary kanoniczne. Koniecznie jednak należy odróżnić problem dyscyplinarny, powstały wskutek nieposłuszeństwa pewnej grupy, od problemu doktrynalnego i liturgicznego[15].

Cytowany fragment pochodzi z przedmowy do programowej książki Riforma di Benedetto XVI, autorstwa ks. Nicoli Buxa, uniwersyteckiego teologa powołanego przez Papieża do Urzędu Celebracji Papieskich. Uważny czytelnik zauważy, że kard. Cañizares stawia akcenty w sposób bardzo znaczący: reakcja tradycjonalistów nie była wynikiem niezrozumienia przez nich decyzji Soboru – lecz odpowiedzią na nadużycie tych decyzji, z zaniedbaniem ich intencji.

Konsekwentnie, pisze dalej Kardynał o uwolnieniu liturgii „starszej formy”:

wolą Ojca Świętego nie było wyłącznie zadowolenie naśladowców abpa Lefebvre’a ani ograniczanie się do odpowiedzi na słuszne pragnienia wiernych, którzy, z różnych powodów, czują się związani z dziedzictwem liturgicznym reprezentowanym przez ryt rzymski, ale także, i to w sposób szczególny, by otworzyć bogactwo liturgiczne Kościoła dla wszystkich wiernych, w ten sposób czyniąc możliwym odkrywanie skarbów dziedzictwa liturgicznego Kościoła tym, którzy jeszcze ich nie znają. Ileż razy niesłuszne stanowisko tych, którzy je lekceważą, pochodziło nie z innej przyczyny jak tylko z tej niewiedzy! Dlatego, biorąc pod uwagę ten ostatni aspekt, motu proprio w swym znaczeniu sięga daleko poza istniejące lub nieistniejące konflikty: nawet gdyby nie byłoby żadnego „tradycjonalisty”, którego należałoby zadowolić, wówczas „otwarcie” to, byłoby wystarczające by uzasadnić rozporządzenie Ojca Świętego[16].

Powtórzmy: „nawet gdyby nie było żadnego tradycjonalisty”! Przywołanie liturgii „trydenckiej” nie jest, przynajmniej wyłącznie, koncesją dla marginalnej „grupy wiernych” – lecz otwarciem potrzebnym całemu Kościołowi, bez względu na petycje. Kontynuujmy: już dziś potrzebnym księżom i ich parafianom do wzięcia głębokiego oddechu dziedzictwa – i potrzebnym całemu dzisiejszemu Kościołowi, dla odnalezienia się w Kościele wszystkich czasów, wobec „Króla wieków nieśmiertelnego, niewidzialnego, samego Boga” (1 Tm 1,17).

Problemy „nowego ruchu liturgicznego”

Sprawy te, rozważane tu przede wszystkim z perspektywy zasad generalnych, mają oczywiście swój bardzo praktyczny wymiar – obecności celebracji „trydenckich” w zwykłym porządku parafialnym i przewidywanych etapów „reformy reformy”, czyli naprawy formy powszechnie używanej. Nie wszystkie problemy praktyczne są związane ze zdarzającymi się oporami ideologicznymi czy lękiem przed współistnieniem dwóch form rytu rzymskiego[17]. Niektóre są po prostu swoistymi usterkami systemowymi. Tak chyba trzeba by nazwać np. brak wyraźnych dyspozycji dotyczących uwzględnienia przygotowania do celebrowania w„starszej formie” w programie formacji seminaryjnej. (Na tym tle domyślność seminarium warszawsko-praskiego, w którym wprowadzono takie zajęcia, jaśnieje jak gwiazda wskazująca kierunek).

Problemem praktycznym jest promieniowanie wzoru celebracji papieskich: co prawda są one żywą interpretacją norm naprawczych, wyrażanych czy to za Jana Pawła II w instrukcji Redemptionis Sacramentum, czy za obecnego pontyfikatu w Sacramentum Caritatis, jednak zwłaszcza teocentryczne i adoracyjne korekty Benedyktowe są przyjmowane w kościołach lokalnych z rozglądaniem się na boki, jakby ustawienie krzyża na ołtarzu lub przywrócenie przyklęknięcia do Komunii było rzeczywiście „innowacją tego papieża”.

Problemem praktycznym – i to wykraczającym mocno poza rytuał, za to wchodzącym głęboko w wiarygodność jego używania – jest realizacja „spójności eucharystycznej”, o której Papież mówi w Sacramentum Caritatis:

Kult oddawany Bogu, w istocie nie jest nigdy aktem czysto prywatnym, bez wpływu na nasze społeczne więzi: wymaga ona publicznego świadectwa naszej wiary. Dotyczy to oczywiście wszystkich ochrzczonych, ale szczególnie dotyczy tych, którzy z racji pozycji społecznej czy politycznej, jaką zajmują, muszą podejmować decyzje dotyczące wartości fundamentalnych, takich jak szacunek i obrona ludzkiego życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci, jak rodzina oparta na małżeństwie mężczyzny I kobiety, wolność wychowywania dzieci oraz promocja dobra wspólnego we wszystkich jego formach[18].

Ten ważny akcent, podobnie jak gesty sakralne, przypomina, że rozmawiamy o uczestnictwie w misteriach Boga-Zbawiciela – Sancta sanctis! – a nie w modlitewnych formach „towarzyszenia człowiekowi”.

Zarówno w warstwie pogłębienia teologii liturgii – w stronę czy to wychodzenia na spotkanie Zmartwychwstałego Pana, czy to udziału w Ofierze składanej Ojcu, czy wreszcie przyjęcia udziału w obecności Trzykroć Świętego – jak i w powiązanej z nią warstwie dylematów praktycznych, obecna „reforma Benedykta XVI” (aby powtórzyć tytuł książki ks. Buxa) postępuje dziś bardziej drogą otwierania możliwości i proponowania rozwiązań, niż obligującej legislacji. Jest to początek procesu, wktórym ważną rolę ma do spełnienia dialog między oddolnym „nowym ruchem liturgicznym” a władzą kościelną, sprawowaną w duchu „pełnomocnictwa w służbie świętej tradycji”, a nie absolutyzmu[19].

Aby wrócić w zakończeniu do podstawowej frazy o nadziei na spełnienie się najlepszych intencji reformy liturgicznej, zacytujmy jeszcze konkluzję z niedawnej konferencji mistrza ceremonii papieskich, ks. Guido Mariniego:

Od kilku lat wKościele słyszy się wiele głosów, mówiących o konieczności nowej odnowy liturgicznej – o ruchu w pewien sposób analogicznym do tego, który był podstawą reformy propagowanej przez Sobór Watykański II, zdolnym do prowadzenia reformy reformy, a raczej, poczynienia kroku naprzód w rozumieniu prawdziwego ducha liturgii i jej sprawowania; celem będzie tu kontynuacja owej pomyślnej reformy liturgii, rozpoczętej przez Ojców Soboru, lecz w praktyce nie zawsze będącej właściwym i najszczęśliwszym sposobem realizacji[20].

Tekst pochodzi z 44 numeru "Christianitas"


[1] Benedykt XVI, motu proprio Summorum Pontificum, n. 1: „Mszał Rzymski ogłoszony przez Pawła VI jest zwyczajnym wyrazem zasady modlitwy (Lex orandi) Kościoła katolickiego obrządku łacińskiego. Jednakże, Mszał Rzymski ogłoszony przez św. Piusa V iwydany po raz kolejny przez bł. Jana XXIII powinien być uznawany za nadzwyczajny wyraz tej samej zasady modlitwy (Lex orandi) i musi być odpowiednio uznany ze względu na czcigodny i starożytny zwyczaj. Te dwa wyrazy zasady modlitwy (Lex orandi) Kościoła nie mogą wżaden sposób prowadzić do podziału w zasadach wiary (Lex credendi). Są to bowiem dwie formy tego samego Rytu Rzymskiego”.

[2] http://nowyruchliturgiczny.blogspot.com/2009/09/na-zyczenie-papieza-msza...

[3] Por. np. audiencja generalna 23 stycznia 2008 i Wigilia Paschalna 22marca 2008.

[4] Por. odpowiedzi Benedykta XVI na spotkaniu z duchowieństwem Rzymu, 3 marca2006.

[5] Por. np. Benedykt XVI, encyklika Spe salvi, n. 10.

[6] Por. Card. Joseph Ratzinger, The Spirit of the Liturgy” or Fidelity to the Council: Response to FatherGy, „Antiphon” 11. 1(2007), s. 101 (pierwodruk: „La Maison-Dieu” 230. 2 (2002)).

[7] Wstęp do „Zbioru Dzieł” Josepha Ratzingera, tłum. ks. K. Tyburowski – http://nowyruchliturgiczny.blogspot.com/2009/01/wstp-do-zbioru-dzie-jzef....

[8] Kard. Joseph Ratzinger, Moje życie. Wspomnienia zlat 1927–1977, tłum. ks. W. Wiśniowski, Częstochowa 1998, 20n.

[9] Sobór Watykański II, konstytucja Sacrosanctum Concilium, 10.

[10] http://nowyruchliturgiczny.blogspot.com/2009/01/wstp-do-zbioru-dzie-jzef....

[11] „Reforma liturgiczna Pawła VI, dokonana po Soborze, była jednym z możliwych zastosowań Sacrosanctum Concilium, ale nie jedynym. Soborowy tekst o liturgii nie sprowadza się do tej reformy. A jeśli ktoś wypowiada jakąś krytykę względem tej reformy, nie krytykuje przez to z konieczności Soboru, ale pewną jednostronność w jego wprowadzaniu” (wywiad kard. Josepha Ratzingera dla „L’homme nouveau” z 7 października 2001).

[12]  „Sam Sobór nie zreformował ksiąg liturgicznych, lecz zarządził ich przejrzenie, a w tym celu ustalił kilka reguł podstawowych. Przede wszystkim Sobór dał definicję, czym jest liturgia – ata definicja daje kryterium ważne względem każdej celebracji liturgicznej” (kard. Joseph Ratzinger, Rozproszyć obawy przed dawną liturgią, wykład z 24 października 1998, tłum. P. Milcarek, „Christianitas” nr1/2,1999,s. 16.

[13] Benedykt XVI, przemówienie do Kurii Rzymskiej, 22 grudnia 2005, „Osservatore Romano” wyd. pol., luty 2006.

[14] Por. tamże.

[15] Kard. Cañizares, Wstęp do książki N. Buxa, tłum. o. N. Najmowicz OCD – http://nowyruchliturgiczny.blogspot.com/2009/05/kard-canizares-wstep-do-...

[16] http://nowyruchliturgiczny.blogspot.com/2009/05/kard-canizares-wstep-do-...

[17] Na ten temat por. ks. Maciej Zachara MIC, Czy jest możliwe współistnienie dwóch form rytu  rzymskiego?, w: Teologia żyjąca w liturgii, red. kl. Krzysztof Porosło, Kraków 2010, s. 110–134.

[18] Benedykt XVI, posynodalna adhortacja apostolska Sacramentum Caritatis, n. 83.

[19] Por. Kard. Joseph Ratzinger, Duch liturgii, tłum. E. Pieciul, Poznań 2002, s. 149.

[20] Ks. Guido Marini, Wprowadzenie do ducha liturgii, tłum. A. Kaźmierczak, http://nowyruchliturgiczny.blogspot.com/2010/01/ks-guido-marini-wprowa-d...

Komentarze

Prefacje

jeśli o nie chodzi, to kard. Ratzinger pisał, że je można by z wielkim pożytkiem włączyć do Mszału "trydenckiego", to tak w temacie bardziej reformy reformy.

"Niezdolność klęczenia okazuje się zatem istotą elementu diabolicznego" - Józef kardynał Ratzinger.

A co znaczy owo "znacznie

A co znaczy owo "znacznie więcej" w odniesieniu do zawartości liturgii przedtrydenckiej w liturgii trydenckiej? Co powiedzieć np. o prefacjach czy sekwencjach, albo o zaniku uroczystych błogosławieństw czy zamianie niektórych modlitw (np. kolekta na Zesłanie Ducha Świętego - obecna pochodzi z Gelasianum Vetus, poprzednia jest od niego trochę późniejsza i raczej słabo oddaje treść Pięćdziesiątnicy)?

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

Dodam tylko, że

owego lectio continua, jeśli chodzi o cykl czytań w roku kościelnym - dla lekcjonarza, nigdzie doświadczyć nie można. Jest to tylko teoria, bo w praktyce wypada w ciągu roku masa świąt, które ową ciągłość czytań biblijnych przerywają.

"Niezdolność klęczenia okazuje się zatem istotą elementu diabolicznego" - Józef kardynał Ratzinger.

@ Michał Barcikowski

"Samo stworzenie nowych ksiąg liturgicznych zamiast poprawienia starych jest już "niespełnieniem i wykrzywieniem programu liturgicznego Vat. II", który zakładał właśnie poprawienie starych ksiąg, a nie tworzenie nowych". Na to, przyznaję, nie mam odpowiedzi, może oprócz nieśmiałego zauważenia, że nowe księgi, jakkolwiek zdecydowanie inne od starych, nie były kompletnie nowe. Inna rzecz to pytanie - absolutnie moim zdaniem zasadne! - na ile można, mówiąc metaforycznie, rozebrać kościół, żeby z materiałów, które po rozbiórce zostały zbudować dom. ---------- "Oczywiście, że nie urzeczywistnia w stu procentach, bo brakuje w niej np. modlitwy powszechnej czy rytu koncelebry sakramentalnej poza obrzędem święceń, ale na pewno bliżej jej do "zamysłów reformatorskich zapisanych w SC" niż "formie zwyczajnej". Piszesz o formach, których zmianę sugerowała konst. SC, a przecież cytowany przez p. Pawła kard. Canizares twierdzi, że problem z reformą polega na tym, iż poszła bardziej w zmiany form a nie myślenia, że pierwsza część SC "nie weszła w serce ludu chrześcijańskiego". Dla mnie bardziej istotne jest pytanie nie o to, czy forma nadzwyczajna urzeczywistnia szczegółowe formalne sugestie SC, tylko czy urzeczywistnia, używając słów Canizaresa, sens "pierwszej części SC" (która nie jest przecież dokumentem wyłącznie opisowym, ale też programowym, reformatorskim w ścisłym sensie). I tu nie możemy się zatrzymać na samych formach zapisanych w Mszale, modlitwie wiernych czy koncelebrze, ale zapytać o to, jak tę liturgię traktują ci, którzy w niej uczestniczą, czy rzeczywiście zajmuje centralne miejsce w ich życiu jako chrześcijan. Na podstawie moich nielicznych znajomości wśród ludzi przywiązanych do formy nadzwyczajnej skłonny byłbym powiedzieć, że tak jest (choć mam też dane, aby twierdzić, że motywacje tego przywiązania mogą być różne, związane np. z określonymi preferencjami politycznymi). To znaczy, że przeżywają tę liturgię w sposób zreformowany (w sensie pierwszej części SC). Ale jednocześnie większość z nich nie jest tradycjonalistami z urodzenia, bo w ich rodzinie od pokoleń chodzono tylko na Mszę trydencką. Przeciwnie, formację liturgiczną przechodzili na Mszy Pawła VI. Dlatego, pamiętając o całym negatywnym bagażu reformy przeprowadzonej przez Consilium, nie wydaje mi się słusznym odmawiania jej potencjału reformatorskiego właśnie w sensie zakładanym przez pierwszą część SC. ----------------------- "Cóż, spór, czy dane zjawisko jest kryzysem, czy tylko rezultatem jest bardzo stary i nie dotyczy tylko spraw liturgicznych. Ks. Matuszewski uważa, że nadużycia są objawem braku wierności reformie liturgicznej i braku przejęcia się jej duchem, ja uważam ze w większej mierze są po prostu jej rezultatem. Jeśli dopuszcza się, że coś można zrobić gorzej, to przytłaczająca większość ludzi zrobi to gorzej, księża nie są tu żadnym wyjątkiem. Zwykłe skutki zepsucia ludzkiej natury przez grzech pierworodny, którego to zepsucia reformatorzy zdawali się nie dostrzegać". Czy pisząc "zrobić coś gorzej" myślisz o "gorszości" wpisanej w księgi czy o większym otwarciu na "gorszość" w wyniku złagodzenia bezwzględności obserwancji rubryk? Z tego, co wiem ani księgi, ani dokumenty towarzyszące (np. OWMR) nigdy nie zrezygnowały z nakazu godności sprawowania itp. rzeczy. Z pewnych tekstów cytowanych w Historii Mszy wynika, że zjawiska typu autorskich modlitw eucharystycznych albo Mszy sprawowanych jako "rodzinne uczty eucharystyczne" z dowolnymi formularzami i świecką muzyką poprzedzały wydanie Mszału Pawła VI, a było prawie równoległe z, bardzo jeszcze umiarkowanymi, reformami przeprowadzonymi na księgach z 1962 r. Robienie czegoś gorzej nie jest więc bezpośrednio związane z nowymi księgami. Zgoda natomiast, że człowiek w swojej upadłej naturze tendencje do pójścia po najmniejszej linii oporu ma, tyle że przecież ryt, katolickość, rzymskość itd. nie chroni od tego bardziej niż cokolwiek innego (przypomina mi się pewien framgnment Listów Tolkiena, cytowany tu kiedyś przez Marcina Morawskiego). Realną ochroną jest łaska, której nośnikiem są sakramenty i otwarcie na nią, zwane często "współpracą". A te są ciągle takie same po Vat. II, jak były przed nim. Wiesz, ja mam z kolei czasem wrażenie, że niektórzy tradycjonaliści mają takie przekonanie, że ponieważ stoją po jedynej słusznej stronie, uczestniczą w jedynej "prawdziwie katolickiej liturgii" itd., to konsekwencje grzechu pierworodnego nie mogą ich dotknąć. Jak otworzyć się na łaskę w momencie, kiedy waloryzację swojej wewnętrznej dyspozycji eksterioryzuje się na zewnętrzne kryteria, np. przynależności. To, że jestem rzymskim katolikiem i uczestniczę w Mszy uświęconej wiekową tradycją nic za mnie nie załatwia. To dary, które mogę wykorzystać albo nie. "Stary ryt był potężną pomocą również dla tych słabych, gnuśniejszych, leniwych, którzy do nieba dostawali się niejako pchani podmuchem świętości, jaki dawna liturgia wytwarzała. Obecna liturgia przypomina mi tratwę Meduzy, na którą wsiadła elita elit (ci, co to wiedzą, że są lepsi od "niedzielnych katolików" i wiedzą, na czym polega "prawdziwe chrześcijaństwo") i nie dostrzegają całej reszty, która nie umie pływać i tonie za burtą". Powiedz to ludziom z regionu, gdzie mieszkam (rolnicze wsie w diecezji tarnowskiej). Są głęboko religijni, przywiązani do swoich tradycji, ściśle wrośniętych w nowy ryt. A jednocześnie źle przyjmują jakiekolwiek rozbudowywanie liturgii w kierunku, który Ty czy ja uznalibyśmy za właściwy (np. częstsze, albo i wyłączne używanie 1 ME) i lubią sentymentalne sacrosongi, na które ja dostaję gęsiej skórki. Wiem, jak przynajmniej sądzę, o co Ci chodzi, ale podejrzewam, że aktualnie to właśnie liturgia trydencka jest postrzegana jako coś dla elity elit (oczywiście przede wszystkim ze względu na łacinę). Tak jest zresztą postrzegana przez część wiernych, a przede wszystkim duchowieństwa, również każda próba wyprowadzenia NOM-u ze stanu statystycznie dominującej bylejakości i trywializacji, w którym aktualnie jest. ---------------------------- "Kard. Ratzinger jednak w swoich przedpapieskich pracach zwracał na to uwagę wielokrotnie". Są zatem dwie możliwości: albo myśl Benedykta XVI stoi w sprzeczności z myślą kard. Josepha Ratzingera (bądź ją rewiduje w związku z koniecznością praktycznego myślenia o dobru Kościoła), albo te oceny Ratzingera są odczytywane zbyt jednoznacznie, a może i trochę wyrwane z kontekstu, choćby to miał być całościowy kontekst jego teologicznego dorobku. Oczywiście bardziej prawdopodobna wydaje się możliwość pierwsza, ale w takim razie czy to nie myśl papieska powinna stanowić jakiś wzorzec? Zwłaszcza, że nie pochodzi z jakich zasłyszanych gdzieś przez dziennikarzy pojedynczych zdań, ale z oficjalnego dokumentu. ------------------------------ "Najlepszą i mającą najdalej idące praktyczne konsekwencje metodą na na udostępnienie wiernym bogactwa liturgii przedtrydenckiej jest jak najszersze rozpowszechnienie w codziennym życiu setek milionów katolików mszy trydenckiej. Zawiera bowiem ona znacznie więcej ze skarbca przedtrydenckiego niż msza w "formie zwyczajnej". Jasne, że jest tak, jak piszesz. Wiadomo jednak, że jest to pewien mimo wszystko wybór. Dlaczego nie można by sięgnąć głębiej? Z mojej strony to pytanie jest inspirowane słowami Marcela Peresa nt. co prawda nie reformy trydenckiej, ale św. Piusa X, która jego zdaniem, oczywiście w odniesieniu do chorału, nie była "jedyną możliwą" realizacją dotarcia do zakładanego ideału śpiewu liturgicznego. Niestety na płaszczyźnie NOM-u jest to aktualnie bezprzedmiotowe z racji praktycznie całkowitego braku chorału. Podobnie zresztą jak sięganie głębiej niż Trydent, skoro mało kto sięga do samego Trydentu. ---------------------- "I nawet Kongregacja Nauki Wiary starająca się podobnym poetyckim sformułowaniom nadać katolicką interpretację (np., że "kościoły siostrzane" są jedynie kościołami lokalnymi i w żadnym stopniu nieuzasadniony jest pogląd, jakoby obok Kościoła Katolickiego pozostającego pod zwierzchnictwem papieża istniał jakiś inny Kościół Siostrzany, stanowiący inną drogę do zbawienia.) nie miała wystarczającej siły przebicia". Powiem całkowicie szczerze, że te właśnie akty Magisterium, o których piszesz są dla mnie źródłem nieustającej konfuzji i to nie dlatego, że jestem "katolikiem posoborowym" (w każdym razie to nie jest istotna część mojej samoidentyfikacji jako katolika), ale ze względu na to, że aby je przyjąć w ich literze ("Kościół rzymski jest jedynym prawdziwym Kościołem, poza którym nie ma możliwości osiągnięcia zbawienia w niebie"* - popraw mnie, jeśli źle to sformułowałem, odetchnę z ulgą), musiałbym wyrzec się wszystkiego, co wiem nt. historii chrześcijaństwa. Odpowiedz mi proszę na dwa pytania (ale nie zamykając ust odesłaniem np. do dokumentów Vat. I): 1). Od kiedy treścią Dobrej Nowiny o zbawieniu jest to, że istnieje Kościół rzymski? 2) [pytanie, które Ci zadałem na fb, a na które nie odpowiedziałeś]: Jaki Kościół mają na myśli w formułach, kanonach i anatematyzmach Ojcowie siedmiu Soborów Ekumenicznych, których nauczanie rzymski katolicyzm uznaje, a w formułowaniu którego, nie licząc Tomus ad Flavianum Leona Wielkiego, w zasadzie uczestniczył w sposób ograniczony. Soborów, dodajmy, którym nie przewodniczył, brał w nich udział praktycznie wyłącznie przez legatów i był traktowany co najwyżej jako primus inter pares. ____________________ *) Nb. warto rzucić okiem na próbę prześledzenia historycznie pierwotnego znaczenia twierdzenia nulla salus extra Ecclesiam dokonaną przez Henryka Pietrasa SI.

AD Tomasz Dekert

Tekst jest mocny i przekonujący, ale niektóre sformułowania budzą wątpliwości jako zbyt mało zniuansowane albo nie do końca zrozumiałe. Do tych pierwszych, jak dla mnie, należy zdanie: "Rozumiemy, że między faktem – wpisanym w zreformowane księgi – swoistego niespełnienia lub wykrzywienia programu liturgicznego Vaticanum II, a koniecznością przywołania do parafialnego życia Kościoła „starszej formy” rytu rzymskiego zachodzi nieunikniona korelacja". Pojawiają się tu dwa pytania: 1). Czy rzeczywiście problemem są nowe księgi, czy to one odpowiadają za owo "niespełnienie lub wykrzywienie programu liturgicznego Vat. II"? ----- Oczywiście, że tak. Samo stworzenie nowych ksiąg liturgicznych zamiast poprawienia starych jest już "niespełnieniem i wykrzywieniem programu liturgicznego Vat. II", który zakładał właśnie poprawienie starych ksiąg, a nie tworzenie nowych. 2). Czy "starsza forma" w postaci zapisanej w Mszale Jana XXIII jest tą, która urzeczywistnia zamysły reformatorskie zapisane w SC? ---- Oczywiście, że nie urzeczywistnia w stu procentach, bo brakuje w niej np. modlitwy powszechnej czy rytu koncelebry sakramentalnej poza obrzędem święceń, ale na pewno bliżej jej do "zamysłów reformatorskich zapisanych w SC" niż "formie zwyczajnej". Na problemy zawarte na poziomie zmian w nigrykach zwracał często uwagę Piotr Chrzanowski. Ja nie czuję się na siłach z tym dyskutować, ale ostatni numer "Christianitas" zawiera również wywiad z ks. Mateuszem Matuszewskim (nb. wykładowcą w seminarium warszawsko-praskim, tym samym, które jest przywołane w powyższym tekście), który bardzo precyzyjnie i bez ideologizowania pokazuje dobre strony reformy oraz to, że de facto problemem jest brak wyciągnięcie z niej autentycznie "odnowieniowych" konsekwencji (absolutnie nie w sensie nadużyć). -------- Cóż, spór, czy dane zjawisko jest kryzysem, czy tylko rezultatem jest bardzo stary i nie dotyczy tylko spraw liturgicznych. Ks. Matuszewski uważa, że nadużycia są objawem braku wierności reformie liturgicznej i braku przejęcia się jej duchem, ja uważam ze w większej mierze są po prostu jej rezultatem. Jeśli dopuszcza się, że coś można zrobić gorzej, to przytłaczająca większość ludzi zrobi to gorzej, księża nie są tu żadnym wyjątkiem. Zwykłe skutki zepsucia ludzkiej natury przez grzech pierworodny, którego to zepsucia reformatorzy zdawali się nie dostrzegać. Stary ryt był potężną pomocą również dla tych słabych, gnuśniejszych, leniwych, którzy do nieba dostawali się niejako pchani podmuchem świętości, jaki dawna liturgia wytwarzała. Obecna liturgia przypomina mi tratwę Meduzy, na którą wsiadła elita elit (ci, co to wiedzą, że są lepsi od "niedzielnych katolików" i wiedzą, na czym polega "prawdziwe chrześcijaństwo") i nie dostrzegają całej reszty, która nie umie pływać i tonie za burtą. W każdym razie nawet jeśli zgodzić się ze zdaniem, że Mszał Pawła VI nie był jedynym możliwym rozwiązaniem, to jednak stwierdzenie, że nowe księgi same w sobie stanowią jakieś wykrzywienie kłóci mi się z charakterystyką nowego rytu wyrażoną w Summorum Pontificum w kategoriach związku lex orandi z lex credendi. ----------- Kard. Ratzinger jednak w swoich przedpapieskich pracach zwracał na to uwagę wielokrotnie. Do tych drugich zaliczyłbym frazę wypowiedzianą przez kard. Canizaresa: "nawet gdyby nie byłoby żadnego 'tradycjonalisty', którego należałoby zadowolić, wówczas 'otwarcie' to, byłoby wystarczające by uzasadnić rozporządzenie Ojca Świętego". Być może należy to czytać jako retoryczną przesadę mającą na celu wyłącznie zaznaczenie obiektywnej wagi przywrócenia liturgii trydenckiej. Z punktu widzenia praktycznego bowiem stanowi nonsens. To właśnie tradycjonaliści stanowią "wehikuł", który w ogóle umożliwia przywrócenie celebracji w formie nadzwyczajnej (a przez nie owo "otwarcie bogactwa liturgicznego Kościoła"). Gdyby nie było żadnego tradycjonalisty papieska decyzja byłaby pustym aktem prawnym. ---------- I to jest pouczający przykład pokazujący, że jakkolwiek Kościół ma strukturę monarchiczną, to jednak nie jest wschodnią satrapią i czasem nie tylko prawem, ale i obowiązkiem katolika jest walczyć z niesprawiedliwością, nawet, jeśli jej sprawcą jest biskup albo, o zgrozo, papież... Notabene, z tą ostatnią kwestią wiąże się, dość często powtarzane, ale ciągle chyba aktualne pytanie, na ile mamy dostęp do bogactwa liturgii Kościoła sprzed Trydentu. Oczywiście są ryty typu dominikańskiego czy ambrozjańskiego, których reforma trydencka nie ruszyła i które objął indult SP, ale czy otwarcie się na liturgię trydencką ma oznaczać mimo wszystko zamknięcie się do ostatnich 450 lat czy też nie musi? Czy też może jedyny dostęp - rozumiany bardziej w kategoriach partycypacji w duchu, niż realnej praktyki - do liturgii wcześniejszej mamy wyłącznie przez Mszę trydencką? ---------- Najlepszą i mającą najdalej idące praktyczne konsekwencje metodą na na udostępnienie wiernym bogactwa liturgii przedtrydenckiej jest jak najszersze rozpowszechnienie w codziennym życiu setek milionów katolików mszy trydenckiej. Zawiera bowiem ona znacznie więcej ze skarbca przedtrydenckiego niż msza w "formie zwyczajnej". Aha, bardzo podoba mi się nacisk, jaki autor kładzie na przyjętym przez Papieża modelu nieopresyjnego i nieabsolutystycznego działania. Wydaje mi się, że właśnie przerost rzymskiego/papieskiego absolutyzmu i centralizmu był jedną z głównych przyczyn rozłamów na tle liturgii po Vat. II. -------- Z drugiej strony papież nie może uchylać się od stosowania swojej władzy tam, gdzie konieczne jest to dla naprawienia krzywd i przywrócenia sprawiedliwości. Nadużywanie modelu "nieopresyjnego i nieabsolutystycznego" może doprowadzić do jeszcze większej opresji i absolutyzmu: oto prawem staje się każdy gest papieża, każde jego chrząknięcie, każde półsłówko czy wyrwane z kontekstu zdanie. Liczne tego przykłady mamy z poprzedniego pontyfikatu, kiedy to rozmaite "kościoły siostrzane" czy "rzec by można starsi bracia w wierze", urastały do rangi aktów magisterium najwyższej rangi, wobec których w kąt szły rzeczywiste akty magisterium i były przyczyną zamętu i zgorszenia. I nawet Kongregacja Nauki Wiary starająca się podobnym poetyckim sformułowaniom nadać katolicką interpretację (np., że "kościoły siostrzane" są jedynie kościołami lokalnymi i w żadnym stopniu nieuzasadniony jest pogląd, jakoby obok Kościoła Katolickiego pozostającego pod zwierzchnictwem papieża istniał jakiś inny Kościół Siostrzany, stanowiący inną drogę do zbawienia.) nie miała wystarczającej siły przebicia.

 Brick by brick.

Mnie zastanawia odwołanie do

Mnie zastanawia odwołanie do dawniejszego obrzędu chrztu i jego większej przejrzystości: na ile chodzi tu o sam obrzęd, zawarte w nim pytanie, do którego papież nawiązuje w Spe salvi, a na ile o przekłady na języki narodowe? I jeszcze co do dawnego lekcjonarza wielkopostnego: w czasie spotkania z duchowieństwem Rzymu (2, nie 3 marca 2006) papież istotnie mówi o swoim przywiązaniu do dawnego lekcjonarza i smutku z powodu jego zniknięcia, ale zaraz dodaje, że obecne czytania - z jego obecnego punktu widzenia - też są piękne, i pokazują un'intima continuità, głęboką ciągłość w liturgii, której musimy się uczyć. Zgadzam się z tym, co napisałeś, Tomku, że stwierdzenie, że nowe księgi same w sobie stanowią jakieś wykrzywienie kłóci mi się z charakterystyką nowego rytu wyrażoną w Summorum Pontificum w kategoriach związku lex orandi z lex credendi. A pytanie o dostęp do bogactwa liturgii sprzed Trydentu - szczególnie mi, ze zrozumiałych względów, bliskie.

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

Kilka rzeczy

Tekst jest mocny i przekonujący, ale niektóre sformułowania budzą wątpliwości jako zbyt mało zniuansowane albo nie do końca zrozumiałe. Do tych pierwszych, jak dla mnie, należy zdanie: "Rozumiemy, że między faktem – wpisanym w zreformowane księgi – swoistego niespełnienia lub wykrzywienia programu liturgicznego Vaticanum II, a koniecznością przywołania do parafialnego życia Kościoła „starszej formy” rytu rzymskiego zachodzi nieunikniona korelacja". Pojawiają się tu dwa pytania: 1). Czy rzeczywiście problemem są nowe księgi, czy to one odpowiadają za owo "niespełnienie lub wykrzywienie programu liturgicznego Vat. II"? 2). Czy "starsza forma" w postaci zapisanej w Mszale Jana XXIII jest tą, która urzeczywistnia zamysły reformatorskie zapisane w SC? Na problemy zawarte na poziomie zmian w nigrykach zwracał często uwagę Piotr Chrzanowski. Ja nie czuję się na siłach z tym dyskutować, ale ostatni numer "Christianitas" zawiera również wywiad z ks. Mateuszem Matuszewskim (nb. wykładowcą w seminarium warszawsko-praskim, tym samym, które jest przywołane w powyższym tekście), który bardzo precyzyjnie i bez ideologizowania pokazuje dobre strony reformy oraz to, że de facto problemem jest brak wyciągnięcie z niej autentycznie "odnowieniowych" konsekwencji (absolutnie nie w sensie nadużyć). W każdym razie nawet jeśli zgodzić się ze zdaniem, że Mszał Pawła VI nie był jedynym możliwym rozwiązaniem, to jednak stwierdzenie, że nowe księgi same w sobie stanowią jakieś wykrzywienie kłóci mi się z charakterystyką nowego rytu wyrażoną w Summorum Pontificum w kategoriach związku lex orandi z lex credendi. Do tych drugich zaliczyłbym frazę wypowiedzianą przez kard. Canizaresa: "nawet gdyby nie byłoby żadnego 'tradycjonalisty', którego należałoby zadowolić, wówczas 'otwarcie' to, byłoby wystarczające by uzasadnić rozporządzenie Ojca Świętego". Być może należy to czytać jako retoryczną przesadę mającą na celu wyłącznie zaznaczenie obiektywnej wagi przywrócenia liturgii trydenckiej. Z punktu widzenia praktycznego bowiem stanowi nonsens. To właśnie tradycjonaliści stanowią "wehikuł", który w ogóle umożliwia przywrócenie celebracji w formie nadzwyczajnej (a przez nie owo "otwarcie bogactwa liturgicznego Kościoła"). Gdyby nie było żadnego tradycjonalisty papieska decyzja byłaby pustym aktem prawnym. Notabene, z tą ostatnią kwestią wiąże się, dość często powtarzane, ale ciągle chyba aktualne pytanie, na ile mamy dostęp do bogactwa liturgii Kościoła sprzed Trydentu. Oczywiście są ryty typu dominikańskiego czy ambrozjańskiego, których reforma trydencka nie ruszyła i które objął indult SP, ale czy otwarcie się na liturgię trydencką ma oznaczać mimo wszystko zamknięcie się do ostatnich 450 lat czy też nie musi? Czy też może jedyny dostęp - rozumiany bardziej w kategoriach partycypacji w duchu, niż realnej praktyki - do liturgii wcześniejszej mamy wyłącznie przez Mszę trydencką? Aha, bardzo podoba mi się nacisk, jaki autor kładzie na przyjętym przez Papieża modelu nieopresyjnego i nieabsolutystycznego działania. Wydaje mi się, że właśnie przerost rzymskiego/papieskiego absolutyzmu i centralizmu był jedną z głównych przyczyn rozłamów na tle liturgii po Vat. II.

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Blog redakcyjny”
Czy II Sobór Watykański odpowiedzialny jest za śmierć kultury zachodniej? Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie bez wahania udzielił ks. Jan Jenkins z Bractwa Piusa X w odczycie, który odbył się 10 stycznia w Instytucie Religioznawstwa UJ.
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Od dłuższego czasu (kilkadziesiąt lat) powszechną stała się w Polsce praktyka, iż kapłani uczestniczący w licznych nabożeństwach oraz w Eucharystii, którzy nie przewodniczą im ani (w przypadku Mszy) nie koncelebrują (a więc inaczej mówiąc, nie wykonują swojej funkcji kapłańskiej, a...
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Uczestnicząc jakiś czas temu w pewnej Mszy zacząłem zastanawiać się nad takim oto problemem. Pamiętamy, że udzielanie Komunii Świętej pod dwiema postaciami może mieć miejsce przez jedną z 4 form: 1. Przez bezpośrednie picie Krwi Pańskiej z kielicha po przyjęciu Ciała Pańskiego 2. Przez spożycie...