Mistyka pyry i gzika

2011-07-16

Myślę wciąż o idei otwartości i jej dziwacznych postaciach. To gdzieś na jej marginesie sięgnęłam po numer „Więzi” (lipiec 2001) dotyczący duchowości codzienności. I jeszcze chodzi mi po głowie coś, co zauważył nasz rodzinny przyjaciel – że póki co, wszyscy nasi współcześni święci są dziećmi duchowości jednak wciąż trydenckiej.

Sługa Boży bp Álvaro del Portillo, pierwszy następca św. Josemaríi Escrivy, pisał o codziennej modlitwie świeckich: "Te chwile nie powinny być pojmowane jako przerwanie czasu poświęconego pracy; nie są jakby nawiasem w ciągu dnia. Kiedy modlimy się, nie porzucamy zajęć „świeckich”, by zanurzyć się w zajęciach „świętych”. Przeciwnie, modlitwa stanowi najbardziej intensywny moment postawy, która towarzyszy chrześcijaninowi we wszystkich jego zajęciach, i która tworzy więź bardziej głęboką, gdyż bardziej wewnętrzną, między pracą wykonaną wcześniej i tą, do której przystąpi się niezwłocznie później”.

Jest wyraźna różnica między „uświęcaniem” picia herbaty i obierania ziemniaków, a uświęcaniem się przez wykonywanie tych czynności w duchu wierności powołaniu i w duchu nieprzerwanej jedności z Bogiem. To drugie jest kontemplacją. Jednak szalenie ważne, a pomijane w tekstach „Więzi”, jest to, że jedność z Bogiem budujemy nie obierając ziemniaki, ale poprzez sakramenty i modlitwę. Tym częstszą, im mniej na nią czasu i zapału. Również poprzez post, wyrzeczenia i liczne drobne ofiarowania codziennego dnia. Zatem trudno mi się zgodzić, że monotonia zdrowasiek jest dla zakonnic, a dla matek – monotonia pobudek, przewijań i karmień. Że codzienna Eucharystia dla kapłanów, a dla ojców rodzin ofiarne 24 godziny w pracy. I że w sumie wychodzi na to samo. Nie wychodzi. Adam i Ewa wypędzeni z raju do życia w trudzie byliby jak te bezmyślne woły, gdyby nie tęsknota za Bogiem i gdyby nie Chrystus na ich drodze. To nie praca nas przemienia, ale my możemy nawet pracę przemienić, jeśli podejmujemy ją dla Chrystusa i w jedności z Nim. Ta jedność zaś rodzi się przez modlitwę, a nie tęsknotę za nią, przez oddanie nielicznego wolnego czasu i uwagi Bogu, a nie przez zerkanie na pobożne obrazki w przelocie między kuchnią a dziecięcym pokojem. A zatem porzuciłabym rzekome teologiczne olśnienia, że codzienność jest święta. W zagonieniu, gubiąc modlitwę i Eucharystię, możemy stać się co najwyżej dobrymi, sumiennymi ludźmi. To świętość może przenikać codzienność. Módl się w autobusie, módl się za ludzi na przystanku, kończ irytującą pracę z dbałością, ofiarując ją za kogoś. Podejmuj post w intencji dzieci i pamiętaj, że więcej niż uczestniczenie w Eucharystii nie możesz dla nich zrobić. I pamiętaj o Marcie. Usłyszała, że za dobry obiad nie wejdzie się do nieba.
A pijąc herbatę po prostu dziękuj Bogu, że taka pożywna i smaczna. Tak rzadko przecież masz na nią czas...
 

Komentarze

Pytanie poza tematem.

Ojciec, czymże jest w świetle eucharystii ?

Miłosierdziem dla niego jest ...?
Obecność bliskiego człowieka.
On jej potrzebuje.

Zyta Lamur

Łącze

Owym łączem są sakramenty. Eucharystia przede wszystkim. Myślę, że nie da się ich zastąpić żadną modlitwą i żadnym poświęceniem.

Chyba prawie pełne

Co do zasadniczego przesłania Pani tekstu - zdecydowana zgoda. Jak najbardziej, "nie da się zbudować jedności z Bogiem na obieraniu ziemniaków i przewijaniu dzieci". Wciąż tylko jedno nie daje mi spokoju: podkreślenie, że tej więzi, owego "stałego łącza", jak Pani je nazywa, nie da się także zbudować, kiedy człowiek modli się tylko w autobusie, przy ziemniakach, ale nawet podczas Eucharystii. "Ty zaś, gdy chcesz się modlić, WEJDŹ DO SWEJ IZDEBKI, ZAMKNIJ DRZWI i módl się..." (Mt 6,6)
Eucharystia konieczna jak oddychanie, modlitwa przy pracy potrzebna, by praca nas od Boga nie odrywała, ale bez rytmu spotkań z Bogiem w ciszy sam na sam łącze będzie się rwało. A gdy ten rytm jest - wtedy łącze funkcjonuje cały czas, z tym się oczywiście także zgadzam. I że nie trzeba już wtedy szczególnie dużo myśleć - także zgoda! Ale tylko pod warunkiem, że się "łeb podstawia" :-) - właśnie w osobistej modlitwie.
To nie jest jakiś szalony wysiłek - nie o niego chodzi. Dajmy sobie po prostu regularnie szansę usłyszeć Boży głos. Ktoś mądry powiedział: do nas należy stworzenie okoliczności, Bóg zrobi resztę.
Zgoda?

Pełne porozumienie

Droga Pani, myślę, że nie przeczymy sobie i wszystko jest w porządku :) Uczestniczenie w Eucharystii nie wyklucza rozumu, przecież staramy się przylgnąć do tej tajemnicy całym rozumem i całym sercem. bez tego wysiłku, cóż by ta obecność nasza znaczyła? Nie jestem za wykluczaniem rozumu ani serca, lecz za powściągliwością w ich używaniu. Osobiście ważniejsze wydaje mi się mówienie Panu Bogu: Przyjdź, oto jestem, niż pocenie się (już nieistotne czy rozumowo czy duchowo czy jakoś tam inaczej), żeby samemu dojść do Boga. Bóg nie jest górą Mahometa, na którą trzeba się wspinać o własnych siłach. To łaskawa Obecność, która się rozlewa, jeśli tylko człek dobrze łeb podstawi :))) rozeznawanie ważne jest, oczywiście. Ale może jak człowiek ma z Bogiem takie stałe łącze, a nie od modlitwy do modlitwy, to rozeznawanie dzieje się niejako samo, w taki naturalny sposób. Co nie oznacza, że zawsze jest łatwo przyjąć wnioski z tego rozeznania. No nic. Mnie przede wszystkim chodziło o to, że nie da się zbudować jedności z Bogiem na obieraniu ziemniaków i prewijaniu dzieci. Czy na pracy naukowej albo solidnej rzemieślniczej robocie...

Zbyt dużo?

Może brak porozumienia między naszymi spojrzeniami bierze się zwyczajnie z innego rozkładania akcentów, innych proporcji. Zgadzam się całym sercem, że aby dobrze korzystać z rozumu, trzeba go poddawać wciąż na nowo działaniu łaski uświęcającej i mocy sakramentów. Wciąż jednak dziwi mnie pewna ostrożność w podejściu do używania rozumu - może źle ją odczytuję z Pani wpisów? Jasne, że sam rozum prowadzi na manowce. Bez łaski pewnie zawsze. Natomiast uważam, że nawet jeśli nie można myśleć "zbyt dużo", to zwalnianie rozumu z uczestnictwa w modlitwie i życiu duchowym powoduje, że między wiarą a rozumem powstaje przepaść.
Panuje obecnie taki slogan: "Pan Bóg dał nam rozum, żeby go używać" (samo w sobie słuszne, rzecz jasna), interpretowane w stronę, że sam człowiek ze swoim rozumem decyduje co dobre, co złe. Bez odniesienia do łaski. Tak pojęte analizowanie - powtórzę - musi prowadzić na manowce. Ale z tym sloganem w dodatku zadziwiająco często idzie w parze takie przekonanie, że jak chodzę do kościoła i przystępuję do spowiedzi, i jeszcze pacierz mówię, to już sam wiem wtedy, co jest dobre, co miłe Bogu, że rozum z automatu rozeznaje. I tu droga na manowce staje się dodatkowo usłana mylnym najczęściej przekonaniem, że oto realizuję najściślej Boże nakazy.
A ja się przekonuję coraz częściej, że to, co wydawało mi się takie Bogu miłe i dobre, w świetle rzuconym w modliwie przez Słowo Boże okazuje się wbrew łasce. Bez zakwestionowania głową tego, co mi się wydaje, i poddania choć na chwilę rozumu działaniu Ducha Świętego - bo to jest chyba jedna z głównych funkcji modlitwy, o której mówię! - będę błądzić we własnych wyobrażeniach.
Dopominam w tej dyskysji właśnie o rolę poddania rozumu działaniu łaski - to nie ma nic wspólnego z chłodnym analizowaniem. Chodzi o przebywanie z Jezusem: w Piśmie Świętym, w rozważaniu znaków danego dnia. Pani na samym początku pisała o tym, że sama praca i poświęcenie dla innych nie wystaczą. Właśnie! Ale nie wystarczy także udział w Eucharystii, który bywa bezmyślny, i modlitwa polegająca na ofiarowaniu Bogu trudów tej codzienności, nawet postów i wyrzeczeń. Bez wyłączenia wszystkich pozostałych aktywności i skupienia się choć przez kilka chwil tylko na Bogu, na tym, co On chce mi powiedzieć, jak On chce kształtować moje życie, do czego mnie wzywa - zawsze się pogubimy.
Przepraszam za wielomówstwo. Jakoś nie potrafię chyba jasno się wyrazić. Pozdrawiam!

Myślenie na końcu

Myślę :), że to żadna herezja. Myślę też, że zakorzenienie w sakramentach sprawia, że zbyt dużo nie trzeba myśleć, by znaki dawane przez Boga, były dla nas czytelne. Oczywiście zdarzają się momenty próby, przekłamań Złego, zawirowań, słabości silniejszej niż głos Boga... ale w takich sytuacjach myślenie/analizowanie zwodzi jeszcze bardziej na manowce. Wtedy to pokuta, dyscyplina i sakramenty:)
Myślenie i dokonywanie wyborów są ważne, to nasz prywatny, osobisty krok w stronę Boga. Ale by móc robić użytek z umysłu i własnego rozeznania, trzeba mieć pewność, że to narzędzia właściwie ukształtowane, a nie zepsute busole. Tę pewność daje łaska uświęcająca i wierność nauce Kościoła.

Modlitwa myślna, bez źródła w Ofierze Chrystusa...

to żadna modlitwa, zgadzam się. To tylko refleksja. Nie taką miałam na myśli. Chodziło mi o spotkanie z żywym Bogiem - w Eucharystii, ale i w modlitwie osobistej, kiedy rozum otwiera się na Boga i konfrontuje własne widzimisię na temat tego, czego Pan Bóg ode mnie wymaga, z Jego autentyczną wolą dotyczącą mojego życia. Bez tej ostatniej zaczyna nam się wydawać, że już Boga znamy, że już wiemy, czego od nas oczekuje - o, na przykład tego, żebyśmy bez reszty poświęcili się dzieciom, oddali ludziom każdą wolną chwilę itd.

A życie chrześcijańskie musi przecież polegać na nieustannym poszukiwaniu woli Boga na dany dzień, każdą chwilę, na rozeznawaniu Jego natchnień. Prawda? Czy to herezja uważać, że sama Eucharystia nie wystarczy? Że światła do tego, aby nasze konkretne poświecenie dla innych nie było wbrew woli Bożej, trzeba szukać w osobistej myślnej modlitwie? W rozważaniu Pisma Świętego, w rachunku sumienia, kiedy przyzywa się pomocy Ducha Świętego?

O poświęceniu i Eucharystii

W warstwie praktycznej powiedziałabym tak: nie zostawiłabym dzieci, by pojechać na rekolekcje (to ten luksus modlitwy, ale też pokusa, by szukać Boga nie w życiu danym przez Niego). Bez mrugnięcia okiem zostawiłabym, by pójść na mszę. O opiekę prosząc np. Matkę Bożą czy aniołów. Nigdy pod taką opieką nie budziły się nasze noworodki przed moim powrotem:)

Poświęcenie bez Eucharystii, bez Ofiary Chrystusa, to piękny, ale tylko altruizm. Modlitwa myślna, bez źródła w Ofierze Chrystusa, to tylko skłonność do refleksji. Można w ten sposób być dobrym człowiekiem, owszem. Ale zbawieni będą ludzie wierzący, oddani Chrystusowi, nie - dobrzy, oddani innym ludziom. To może się oczywiście ze sobą splatać, ale tylko w jednym kierunku. Gdy rzeczona "dobroć" jest zwyczajnie owocem jedności z Chrystusem.

"Gubiąc modlitwę..."

Bardzo się zgadzam. Jedno tylko chciałabym do-podkreślić - przypuszczam, że Autorka myśli tak samo. Dobrze przypuszczam?

Otóż niedawno dyskutowałam z osobą przekonaną o sile tego "poświęcenia" w jeszcze nieco innym sensie: poświęcenia się dla innych w swojej pracy dla dzieci (czy ogólnie dla bliskich). Była przekonana, że to jest właśnie najwięcej, co może chrześcijanin zrobić: dawać siebie i swoją pracę, ofiarowywać się, rezygnować nawet z tego "luksusu" modlitwy - że to jest prawdziwa służba Bogu: w ludziach. A osoba ta poświęca realny czas na Eucharystię, różaniec i inne - przepraszam za to sformułowanie - pobożne praktyki.

Dotarło do mnie wtedy bardzo intensywnie, że (nie umniejszając absolutnie roli Eucharystii) kluczowa dla życia chrześcijańskiego jest modlitwa myślna, czyli taka, w której daje się Bogu szansę na objawienie prawdy o sobie i o modlącym się. Bo gubiąc tę modlitwę, mamy szansę przede wszystkim na utratę kontaktu z rzeczywistością - tą nadprzyrodzoną, ale i tą naszą, codzienną rzeczywistością własnego życia. Bez refleksji nad Słowem Bożym, bez odnoszenia Bożej prawdy do własnego życia trudno stać się nawet "dobrym człowiekiem". Zły z tego korzysta i pomału w naszym sercu zajmuje miejsce Boga coraz bardziej ułomne, a w końcu kłamliwe wyobrażenie na temat Tego, Komu wydaje nam się, że służymy... A kiedy ktoś z całą pasją poświęca się dla bożka, którego z szatańską pomocą sobie wyobraził - konsekwencje mogą być groźne.

Każdy z nas dryfuje w stronę kłamstwa o Bogu - to chyba podstawowe działanie szatana - zwykle tym intensywniej, im intensywniej żyjemy codziennością. Jedyna więc szansa dla nas, to codziennie kwestionować swoje obrazy z kontakcie z żywym Bogiem.

wyjaśnienie

Bywam dialektologiem. To pewnie stąd:)

zaskoczenie

poznańskim tytułem u krakuski.
(i przepraszam, że tak powierzchownie a nie o meritum)

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Zasypywanie przepaści”
Miałem niedawno rozmowę na tematy liturgiczne z jednym moim współbratem. Rozmowa ta dała mi trochę do myślenia, dlatego dzielę się tym na blogu.
Blog „Krucjata anty-omniańska”
W Regula monachorum św. Fruktuoza z Bragi (+ ok. 665) znalazłem bardzo ciekawe zalecenie, co robić w przypadku przyłapania mnicha na efebo-, albo pedofilii. Pisze on:
Blog „Blog redakcyjny”
Ten krótki kolaż blogowy chcieliśmy dedykować dwóm świeżo wyświęconym diakonom: Krzyśkowi Porosło (autorowi wielu dobrych tekstów na Liturgia.pl) i Andrzejowi Krukowi (przyjacielowi).

O autorze

Trzy grosze

Kinga Wenklar

Żona. Matka trójeczki.

Językoznawca. Adiunkt w IJP PAN.

Prywatnie i publicznie - w stanie permanentnego zaangażowania.

 

Najnowsze wpisy autora

Mistyka pyry i gzika

2011-07-16

Myślę wciąż o idei otwartości i jej dziwacznych postaciach. To gdzieś na jej marginesie sięgnęłam po numer „Więzi” (lipiec 2001) dotyczący duchowości codzienności. I jeszcze chodzi mi po głowie coś, co zauważył nasz rodzinny przyjaciel – że póki co, wszyscy nasi współcześni święci są dziećmi duchowości jednak wciąż trydenckiej. więcej »

Łyżka dziegciu, czyli o scholi oazowej

2011-06-24

Od kilku miesięcy mam nieskrywaną przyjemność uczestniczenia w życiu parafii, która tętni duchem ks. Blachnickiego. Począwszy od kapłanów a na dzieciach skończywszy - czuje się tam ogromną troskę i dbałość o liturgię, życie wspólnoty i mienie Kościoła. Zwykła wiejska parafia. Jest mi tam po prostu dobrze. więcej »

Dzieci na krzyż

2011-03-04

Zapisaliśmy kolejne dziecko na krzyż. Naszym marzeniem jest, żeby się tam dostało. Na razie jest na początku drogi, lista rezerwowa. Ale jesteśmy dobrej myśli. więcej »

Prawa duchowej dynamiki

2011-02-08

Jak człowiek odpowiednio dużo czasu spędzi przed Bogiem na siedząco, stojąco, na głowie, z nogą na nogę, z rękami w kieszeniach etc., to przyjdzie i taki czas, że zupełnie naturalnie krzyżem się położy.

 więcej »

Lubiane na Facebooku