W dniu wczorajszym zakończyły się IV Rekolekcje liturgiczne Mysterium fascinans. Choć trudno już mówić o jakiś dojrzałych i poukładanych myślach i wnioskach płynących z tych 3 dni, to jednak – zgodnie ze zwyczajem – podzielę się własnymi przemyśleniami. A może lepiej powiedzieć – własnym doświadczeniem tego czasu. Z racji, że to dopiero będzie się gdzieś układało i harmonizowało, rzucę tylko kilka luźnych myśli.
Tegoroczne rekolekcje Mysterium fascinans poruszały temat streszczony w wyrażeniu „liturgia i rzeczy ostateczne”. W tym wymiarze intelektualnym rekolekcji o. Mateusz Przanowski OP otworzył mi oczy w patrzeniu na Eucharystię jako na „zadatek” a dokładnie „zastaw” (łac. pignus),który trzeba rozumieć w kluczu prawnego dowodu, zobowiązania Boga, że doprowadzi człowieka do przyszłej chwały. Często wracał wątek eschatologii zrealizowanej, albo realizującej się, wyrażanej w stwierdzeniu „już” i „jeszcze nie”. Liturgia w tak rozumianej eschatologii jest tym najpełniejszym „już”, w którym Bóg faktycznie do nas przychodzi (eucharystyczna paruzja), a równocześnie otwiera nas, nasze życie i całą naszą rzeczywistość na owe „nowe Jeruzalem” – jak mówił Tomek Dekert w czasie tegorocznego MF: to jest właśnie tajemnica niedzieli, która jest zarazem dniem pierwszym i ósmym – ósmym, ponieważ wymyka się siedmiodniowemu cyklowi tygodniowemu i transcenduje na wieczność. Ważnym odkryciem dla mnie było również spojrzenie na Eucharystię, a dokładnie na Komunię w Ciele i Krwi Chrystusa w kategorii sądu. Eucharystia może przynieść śmierć temu, kto nie baczy na nią, a także (przede wszystkim) jest źródłem życia, dla tych, którzy z pokorą przyjmą Pana. Temat sądu również stawia pytania o lęk, o tak obecną wśród nas eschatologię lęku. Owszem, budzenie lęku w sercach wierzących obrazami setek tysięcy smażących się z olejnych kotłach potępionych jest jakimś zupełnym zaprzeczeniem Ewangelii. Ale równie wypaczone jest orędzie taniej, płytkiej i przyjemnej nadziei, w myśl której zasadniczo życie wieczne to z natury rzeczy mi się należy. Jak to niezwykle pokazał Ks. Maciej Zachara w czasie niedzielnej homilii – kluczem, absolutnym fundamentem dla chrześcijaństwa jest zrozumienie, że mi się nic od Boga nie należy i że nie jest On do niczego wobec mnie zobowiązany (co nie stoi w sprzeczności z tym, co pisałem nt. referatu o. Mateusza Przanowskiego OP). I to przekonanie, ta prawda o mnie samym, budzi bojaźń Bożą, budzi to tremendum, które jest naturalnym i koniecznym dopełnieniem fascinans w definiowaniu Mysterium. Kiedy staję wobec Boga, kiedy Bóg wchodzi w moje życie, kiedy w ostatecznym spełnieniu spotkam się z Bogiem „twarzą w twarz” muszę czuć wobec Niego bojaźń, bojaźń Bożą, którą J. Ratzinger zdefiniowałby jako „pozwolenie, aby Bóg był prawdziwie Bogiem”.
I te myśli, które rodziły się na konferencjach znajdowały swoje naturalne wypełnienie w czasie liturgii. Nie tyle mówiliśmy o liturgii, co ją właśnie celebrowaliśmy i doświadczaliśmy tej rzeczywistości o której była mowa wyżej. Ja osobiście w niezwykły sposób odczuwałem to w niesamowitym pokoju, który rodził się w moim sercu. Mimo praktycznie kilku dni bez snu, mimo ogromu włożonych sił i trudu pracy, mimo wielu stresujących sytuacji, Pan na liturgii dał mi poczucie błogiego pokoju (nie tylko spokoju),odebrał zmęczenie i bezsenność, wprowadził mnie w liturgiczny rytm, wedle którego stworzył świat - w czasie tych rekolekcji drugi raz w życiu dane mi było doświadczyć, że „świat kręci się w rytmie liturgii”. Zupełnie niezwykłe było doświadczenie tego pokoju i harmonii w czasie matutinum i laudesów w rycie dominikańskim sobotniego poranka (o 5:00 rano), kiedy Bóg w pięknie śpiewu prowadzonego przez Scholę Cantorum Minorum Chosoviensis wprowadził moją duszę w stan absolutnego pokoju (żeby nie powiedzieć po prostu nieba – chyba to jest właśnie to „już” w „jeszcze nie” eschatologicznego oczekiwania). Przy takim doświadczeniu naprawdę nie sposób zrozumieć ludzi, którzy mówią, że na liturgii się nudzą. Ten pokój, rytm zharmonizował również całe rekolekcje. W moim, ale i wielu innych osób, z którymi rozmawiałem, przekonaniu, rekolekcje po czterech latach poszukiwań znalazły swoją formę. Może nie ostateczną, ale już klarowną – formę, w której „dobrze nam było”, w której „wszystko płynęło spokojnym rytmem”. Tak właśnie mają wyglądać rekolekcje Mysterium fascinans, w których również jest miejsce na Boże tremednum.
Bardzo ważnym aspektem doświadczenia tego czasu jest również potwierdzenie głębokiego przekonania, które rodziło się we mnie od kilku lat i w tym roku zyskało jakoś swoje konkretne wypełnienie w rekolekcjach MF. Od samego początku, jak przed czterema laty zrodziła się idea Mysterium fascinans uważałem za słuszne nazwanie tej inicjatywy słowem „rekolekcje”. Przez wszystkie lata budziło to jednak pewne dyskusje i kontrowersje. Wiele osób sugerowało zmianę nazwy na „sympozjum” albo na „warsztaty”. I dzisiaj Bogu dziękuję, że wtedy nie uległem tym namowom, gdyż zmiana nazwy pociągnęłaby za sobą zmianę kierunku rozwoju MF. Poszedłby on w inną stronę – akcentowany byłby wymiar naukowy. A tak z każdym kolejnym rokiem akcent coraz bardziej, a w tym roku po raz pierwszy już wyraźnie został postawiony na celebrację liturgii. I tak już będzie – i tak jest dobrze. Absolutny prymat celebracji jest kluczem dla budowania rekolekcji MF. W tym roku nawet osoby, które wcześniej sugerowały zmianę nazwy, mówiły: „to były dla mnie rekolekcje”. To jest kolejny z miliona dowodów, że Duch Święty działa w tym wydarzeniu, w tej idei. Po 4 latach nie mam co do tego absolutnie żadnych wątpliwości.
Ważne jest jednak to, że pomimo akcentu postawionego na liturgię i liczne celebracje, sfera naukowa nie znika, ale znajduje swoje właściwe miejsce. Jak mówił w czasie swojego referatu, a potem w rozmowie prywatnej ze mną o. prof. Cesare Giraudi SI, to go zupełnie zachwyciło w Mysterium fascinans: wzajemne przenikanie się tych dwóch sfer: naukowej i modlitewnej. Jak się wyraził – uprawienie teologii liturgii ze wzrokiem (teologiczne oko kameleona – jak metaforycznie nazwał to o. prof. Giraudo) skierowanym na ołtarz: jest to teologia/mistagogia „w k/Kościele” w myśl słów: „najpierw modlą się, potem wierzą; modlą się by móc wierzyć; modlą się, by wiedzieć jak i w co mają wierzyć”. Ojciec Giraudo pokazywał to również na przykładzie św. Ambrożego, który wygłaszał swoje katechezy mistagogiczne skierowane do neofitów właśnie w budynku kościoła z ołtarzem w centrum. I choć dzisiaj także możemy wołać: „św. Ambroży, wyjdź do nas i wyjaśniaj nam liturgię i sakramenty”, to jednak nadal jedyną słuszną odpowiedzią są słowa: „nie, to wy przyjdzie do mnie, wejdźcie do kościoła, aby poznać liturgię i sakramenty”. Jak głęboko ufam, to właśnie dzieje się w czasie rekolekcji Mysterium fascinans.
Krzysztof Porosło
Kleryk krakowskiego seminarium duchownego.
Współorganizator rekolekcji liturgicznych Mysterium fascinans.
Interesuje się teologią liturgii, a szczególnie teologią symbolu i antropologią liturgiczną.
Autor książki: „Jestem z wami przez wszystkie dni... Kompendium liturgiczne w pytaniach i odpowiedziach” (Kraków 2007).
Komentarze
śr., 17.8.2011, 1:00
MF - doświadczać i rozumieć
Bardzo rzadko odnajduję w czyichś słowach własne myśli i stąd często "czepiam się". W tym przypadku jest inaczej. I choć Twój tekst jest raczej formą dzielenia, świadectwa, to jest w nim coś obiektywnego. Gratuluję Tobie i wszystkim organizatorom.
Duch Święty działa w tym dziele. To pewne. Dla mnie również były to rekolekcje. Chyba chciałem to ukryć przed samym sobą, ale były to moje najlepsze rekolekcje, a było ich dużo. Choć perspektywa pobudki przed 5 rano podczas urlopu nie budziła we mnie entuzjazmu :), to szybko okazało się to czymś bez znaczenia. Myślę, że nie chodzi tu o sferę subiektywną. Nawet będąc znużonym (fizycznie) podczas długiej modlitwy można mieć świadomość, że uczestniczy się w czymś co nas przekracza, co nie jest jedynie socjologicznym tworem, ale darem Boga. Tak jest na każdej liturgii, ale na MF ta skryta prawda objawiła się w prześwicie swej nieskrytości, używając zapożyczonej terminologii. Zupełnie nie chcąc odgadywać organizacyjnych powodów takiego rozwiązania, fakt celebrowania mszy św. ( w obu formach)przez jedną osobę uważam za szczęśliwy. Przy tej okazji trzeba zwrócić uwagę, że posługa o.Zachary wydatnie przyczyniła się do rekolekcyjnego charakteru MF. Jest też kilka drobnych rzeczy, które można udoskonalić, ale to wyjdzie przy ankietach.
pon., 15.8.2011, 20:36
Zgadzam się z każdym Twoim
Zgadzam się z każdym Twoim słowem Krzysztofie ;)
Kiedy w sobotę nad ranem okazało się, że nie ma prądu, miałem obawę, że przeszkodzi to w dobrym przeżyciu liturgii, natomiast paradoksalnie mi osobiście to pomogło. Atmosfera jak z monastycznego, średniowiecznego klasztoru, modlitwa przy świecach, z pięknym śpiewem gregoriańskim. Dużo lepiej można było odczytać symbolikę Wschodzącego Słońca - Chrystusa Zmartwychwstałego, którego oficjum pochwalnym jest Laudes.
Masz rację, ja również odnalazłem "pokój" podczas tych rekolekcji, podczas celebracji liturgii z zupełnie innym spojrzeniem na jej wymiar eschatologiczny. Potrzeba jeszcze kilku dni, albo i tygodni, aby wszystkie myśli się poukładały, ale jedno jest pewne, że liturgia jest partycypacją eschatologicznego "już".
Mam nadzieję, że te rekolekcje dla nas wszystkich będą swoistym "kopniakiem" do poruszenia w swoich środowiskach trudnego, aczkolwiek bardzo potrzebnego i zapomnianego spojrzenia na eschatologiczny wymiar liturgii, bo to otwiera oczy i zupełnie inaczej pozwala przeżywać wielkie misterium Boga, które dokonuje się "już".