„Średniowiecze”, „komunistyczne metody!” obruszają się. Ruch poparcia Księdza Bonieckiego swym zaangażowaniem i sposobem krzyczanej dyskusji przypomina Ruch Poparcia Janusza Palikota. A właściwie nie tylko przypomina – dziwnie duża część protestujących przeciw decyzji władz zakonu, które ograniczyły medialną działalność współbrata, jest identyczna z elektoratem polityka i przedsiębiorcy z Biłogoraja.
Katolicką postawą jest badać, rozeznawać, osądzać (ci, którzy, nie zbadawszy o co idzie, rzucą się do Biblii, by przytłoczyć cytatem „nie sądźcie”, proszeni są, by jednak sprawę rozeznać i sprawdzić, że w innym sensie używam słowa, niż Jezus). Nie leży w naturze katolickiej, by oburzać się, wydawać (nomen omen) sądy bez ocenienia sprawy.
Czego sobie nie myślę o księdzu Bonieckim, to często jednak gorliwie przyglądał się różnym kwestiom z nieoczywistych nierzadko stron, by dopiero wydać opinię. Ostatnio nawet tak bardzo przyglądał się pewnym kwestiom ze stron niekatolickich, próbując je zrozumieć i uszanować, że zapomniał chyba o wartości spojrzenia na sprawę prze okulary instytucji, którą reprezentuje.
Takiego szerokiego spojrzenia brakuje wielu spośród tych, którzy chcą go bronić przed „cenzurą”. Mają gotową wizję świata, nie muszą sprawdzać niuansów sprawy. Nie interesuje jaka jest natura „kary” nałożonej na kapłana, nie interesuje ich (choć pod tym względem bywa już trochę inaczej) dlaczego nałożono na niego takie ograniczenia. Jedno się liczy: dialog.
Ale dialog z nimi prowadzić trudno, gdyż bardzo oporni w swej wizji świata są na wiedzę. Choćby na fakt, że nikt nie zabronił księdzu Bonieckiemu dialogować nawet publicznie, myśleć – choćby głośno (naprawdę są tacy, którzy twierdzą, że władze mariańskie zabroniły kapłanowi korzystania z rozumu). Nadal będzie mógł publikować na łamach pisma, które tyle lat prowadził, a które znane jest z otwartości.
Zabroniono mu jedynie roztrząsać wątpliwości tam, gdzie inne zadanie powinien jako kapłan spełniać. Jako publicysta Tygodnika Powszechnego nadal, jak to zwykle czynił, może dla inteligencji katolickiej snuć rozważania niełatwe i niekonwencjonalne. Ale gdy występuje głównie jako duszpasterz (a przecież taka winna być rola kapłana, który proszony jest o na przykład telewizyjny komentarz do zagadnień religijnych), jego opinia powinna być bardziej wyważona, bardziej skupiona na stanowisku Kościoła, a mniej na osobistych wątpliwościach. Podobnie jak ksiądz-wykładowca na sali uniwersyteckiej będzie rozwodził się nad nie zawsze ortodoksyjnymi teoriami, ale, gdy wstąpi na ambonę, dostosuje jasność przekazu do odbiorcy i bez zbędnego w takiej sytuacji wikłania się w szczególne przypadki, przedstawi klarowne stanowisko Kościoła. Gdzie się dialoguje, należy dialogować, ale są sytuacje, gdy należy głosić.
Krzycząc „średniowiecze” (czy ktoś myśli, że skojarzenie z wiekami powstania uniwersytetów, szpitali, gotyckich katedr może być obelgą?), ludzie wstawiający się za księdzem Bonieckim, chcą oddalić od siebie myśl, że posłuszeństwo nie przestało obowiązywać zakonników z końcem średniowiecza. Rzucając porównania Kościoła z komuną, która stosowała cenzurę, nie chcą zauważyć, że różne są rodzaje i cele cenzury, a Kościół stosował środki profilaktyczne na długo przed socjalistami.
Zaskakujące, że grono ludzi tak niechętnych wszelkim przejawom kneblowania ust, drutowania gęby (ostre sformułowania padają, nie sądzę, żeby były adekwatne, ja nie użyłbym nawet słowa cenzura wobec tego, co zaszło, a jeśli już to cenzura prewencyjna, nietożsama z najczęstszym użyciem słowa), chętnie zakazałoby publicznych występów paru innym księżom. Zaskakujące, ale bardziej zabawne nawet, bo rzucają nazwiska, które mają się nijak do sytuacji.
Najlepszym przykładem „lepiej Natankowi by zakazali wypowiedzi”. Chyba nie trzeba przypominać, że księdzu Natankowi dawno temu zakazano wszelkich publicznych wypowiedzi, kazań, wykładów. Nawet witrynę, którą prowadził, kazano mu ściągnąć z sieci. A od tamtego czasu posypało się znacznie więcej dotkliwych kar, łącznie z tym, że nie jest w stanie sprawować niektórych sakramentów.
Ale częściej pojawia się nazwisko ojca Rydzyka. Cenzura wypowiedzi jest oczywiście zła, chyba, że dotyczy kontrowersyjnego redemptorysty. Muszę powiedzieć, że od lat nie słyszałem o żadnej wypowiedzi ojca Rydzyka poza jego mediami (może od dawna wisi nad nim jakiś zakaz, o którym nikt nie mówi?). Obaj duchowni mają wolność wypowiedzi, nawet tych skrajnych, choć z różnych krajów, na poziomie mediów, którym się poświęcili. Czyż sytuacja nie jest teraz analogiczna?
PS
A co robi nawias w tytule? Obnaża moralność Kalego, pewnego utalentowanego, dwa razy prawie dominikańskiego, publicysty-autorytetu, który sprawę załatwianą cicho, by uniknąć zgorszeń, rozdmuchał, zapewne dla dobra Kościoła, zapominając, co pisał jeszcze niedawno. Można korzystać z wyszukiwarek internetowych.
Komentarze
pon., 7.11.2011, 14:41
a tak poważnie,
i właściwie może obok - a może wcale nie (obok tematu).
Wszystko to przywołuje pewną moją trudność, od jakiegoś czasu zaczynam sobie z niej zdawać sprawę.
Trudność z posłuszeństwem.
Gdy się zastanawiam, pamiętam jakieś sytuacje z odległego dzieciństwa, gdy o moim postępowaniu decydowało posłuszeństwo. Nie wszystkie akceptowane, te nieakceptowane chyba bardziej. Ale i tak miałam szczęście, nie było ich specjalnie dużo. Nie działam w hierarchii innej, niż uznawana przeze mnie z zasady. I głównie w hierarchii zasad (zasad małą, wcale nie wielką literą). Właściwie - nie w głowie mi posłuszeństwo.
W czasach praw i wolności jednostki, w czasach przyrzeczeń i ślubowań, od których się odstępuje (bo się "nie sprawdziło"), w czasach niedotrzymywanych uzgodnień i
renegocjowanych umów - kto jest w stanie zrozumieć posłuszeństwo i to, że się go wymaga. W czasach demokracji jako ideologii (i ślepoty na jej wady), kto rozumie akceptację dla hierarchii.
No, jak tu posłuchać, kiedy wszystko woła: nie posłuchaj, sam masz rację, nie posłuchaj. Jak to, wbrew sobie posłuchasz?
pon., 7.11.2011, 13:15
trzeba było, Panie Michale, od razu
palnąć po nazwisku, bez żadnych "dwa razy prawie".
:-)
a ujawnia się też przy tym chyba, niechcący, kto czyta czyje blogi - i czy z wzajemnością. Ciekawa obserwacja :-)
Ja zresztą myślę, że rzecz jeszcze w tym, o czym Marcin Morawski napisał - że takie przypomnienie nakłada mu się na sytuacje konkretnych ludzi, których zna/znał, i do których, jako tradycyjny nauczyciel, miał podejście odpowiedzialno-opiekuńcze. To taka rzadkość u nauczycieli, że sama w sobie mogłaby podlegać ochronie, choć wychowankowie nie zawsze na ochronę zasługują (dorośli są, i sami odpowiedzialni).
No i doprecyzował Pan, dzięki temu.
ndz., 6.11.2011, 19:38
"Osądzajcie wszystko, co złe odrzucajcie"
Pod blogowym wpisem Marcina Morawskiego pt. „Niedoszły dominikanin” pojawił się następujący komentarz: „Domyślam się, że to reakcja na czwartkowy tekst jednego z blogerów na stronie Liturgia.pl. Argument z "prawie dominikaninem" faktycznie bzdurny...”.
Ponieważ tam nie mam możliwości – wyjaśnię tu. Nie czynię zarzutu Szymonowi Hołowni z tego, że porzucił nowicjat. Co więcej, pisałem już tu kiedyś, że czynienie takiego zarzutu jest tak bzdurne, iż trudno to komentować. Warto zauważyć także, że nie skupiam się w powyższej notce na osobie księdza Bonieckiego, nie wypowiadam się też czy władze zakonu słusznie postąpiły (prywatnie uważam, że decyzja jest co najmniej dziwna). Przede wszystkim staram się zrozumieć, zebrać dostępne dane i zrozumieć o co chodzi.
I napisałem głównie o fatalnych postawach, jakie można zauważyć wśród oburzonych tym, że zakon żąda posłuszeństwa od członka zakonu. Z jednej strony są to idiotyczne wypowiedzi wojujących ateistów, którym ksiądz Boniecki się ostatnio mógł spodobać i teraz ci chcą go „bronić”, z drugiej jeszcze gorsze wypowiedzi katolików, jak Szymon Hołownia, którzy są przeciwko wszelkim zakazom wypowiedzi, choć jeszcze niedawno sami chcieli uciszać innych księży, a nawet wysyłać ich do Kongo.
sob., 5.11.2011, 20:11
Czepiać się trza, a nawet trzeba.
I następnym razem trza będzie pamiętać czepnięcie, gdy będę pisał o prowadzeniu dialogowania.
Chętnie też czepiłbym się technicznej strony portalu. Ten komentarz umieszczam ponownie.
sob., 5.11.2011, 1:54
Panie Michale, czy mozna się czepiać Pańskich tekstów?
tj., w warstwie językowej?
Czepnięcie jest następujące: w czasach, gdy kształtowały się moje nawyki językowe (stylistyczne?), się nie "dialogowało", tylko prowadziło się dialog. Wiem, że ten potworek nie jest Pański, ale może by go eliminować?
Poza tym, jak się pewnie można domyślić, czepiać się nie będę :-)
Pozdrowienia.
PS tak jakoś mi się przypomniało: nie trzeba mówić "trza", trza mówić "trzeba". Tj. ciekawe, do czego Pan się może u mnie przyczepić :-)