Podczas pewnej ciekawej dyskusji ktoś zaapelował do biskupa: czy nie można by wydać jakiegoś dokumentu, który mówiłby, że księża mają się stosować do poleceń dokumentów dotyczących liturgii?
Osoba, która rzuciła tym zdaniem musi być przekonana, że obecną niedobrą sytuację w Kościele można zmienić przez dokumenty. Ale takich dokumentów było już wiele, spokojnie można by apelować do biskupów, by wydali deklarację, która będzie wzywała do wprowadzenia w życie deklaracji, która mówiła o jeszcze innej deklaracji... Chyba jednak nie w zapisaniu szumnych haseł we wzniośle nazwanych okólnikach tkwi rozwiązanie problemu.
A gdyby przyjąć, że formacja seminaryjna jest istotnym czynnikiem złego stanu rzeczy? Może nauczanie osób, które mają zostać włączone do stanu duchownego, odbywa się za pomocą półśrodków? Może przeciętne, miałkie kazania mają swoją przyczynę w zaniżonych wymaganiach i braku pokierowania ku samodyscyplinie, samokształceniu?
Spotkałem się niedawno z sytuacją, gdy ksiądz, głoszący kazanie na Wniebowzięcie, nie pomyślał, by przeczytać wcześniej konstytucję „Munificentissimus Deus” ogłaszającą Wniebowzięcie dogmatem. Nie tylko nie czytano jej w seminarium, ale też nie nauczono, że warto samemu szukać takiego uzupełnienia wiedzy. Nie pokazano nawet, gdzie szukać podobnych inspiracji do kazań (może to wyjaśniałoby dlaczego księża nie wprowadzają w życie deklaracji dt. deklaracji...).
Może należałoby radykalnie podwyższyć poziom? Obok wykładu o ojcach Kościoła obowiązkowe czytanie mnóstwa ich traktatów (w tym część do opanowania pamięciowego), oprócz tego zajęcia, które uczyłyby wykorzystywać tę wiedzę do głoszenia kazań, dawania nauki w konfesjonale. Nadto liczne analizy, porównania i rozbiory logiczne, anagogiczne i jakie tam jeszcze obszernych partii tekstów.
I tak z każdą dziedziną – dobre wykształcenie teologiczne, etyczne, retoryczne, filozoficzne itd. Oprócz tego kandydaci na księży mieliby się odznaczać przyjemnym wyglądem, znakomitym głosem, umiejętnością gry na instrumentach i dobrym gustem. Myślę, że ten utopijny program (zarysowany przez innego uczestnika dyskusji) rozwiązałby powoli problem. Szkoda, że proponujący takie rozwiązania ksiądz nie wprowadzał ich w swoim seminarium.
A gdyby spróbować od drugiej strony – zamiast pójść w wymagania nierealne dla kleryków, którzy przecież „z ludu są wzięci” – wymagania obniżyć...
Wiadomo, że przeciętna wiedza wbija w pychę. Wiedza niewielka natomiast, niewystarczająca do przechwałek, ale sprawiająca, że ktoś jest w stanie rzemieślniczo wykonywać powierzone mu zadania, to zupełnie inna sprawa. Ktoś, kto potrafi zlutować dwa kabelki oraz znaleźć schemat, dzięki któremu połączy właściwe kabelki, ten nie wpadnie w pychę nazywania się elektronikiem, a tym bardziej nie będzie miał odwagi zmieniać planu konstruktora. Będzie mógł jednak wykonać powierzone mu zadanie, np. zbudować wzmacniacz.
Co by się stało, jeśli seminaria duchowne przemienić na wyższe szkoły zawodowe szafarstwa sakramentów i duszpasterstwa kończące się święceniami? Zamiast teologii fundamentalnej, prosta apologetyka, by absolwent potrafił odeprzeć złe języki a także przekonywać do wiary (nawracać). Zamiast teologii pastoralnej – jedynie homiletyka, ale taka bardzo praktyczna, ucząca wykorzystywania gotowych exemplów i krok po kroku wyjaśniania przypowieści oraz figur i antytypów.
Zamiast snucia ambitnych wizji odnowienia czy reform liturgii oraz pogadanek o „głębi” i „głębszym wejściu”, i „głębszym pochyleniu się” – zwykłe uczenie, jak sprawuje się poszczególne sakramenty. I wskazywanie jak odczytuje się symbole, gesty. Zamiast wezwań do ubogacania się – dużo czasu na „modlitwę z przewodnikiem”. Osobiste prowadzenie przez mistrza, by odkrywać to, co daje Kościół, zamiast wymyślania kolejnych postulatów i wyszukiwania w czym to jeszcze Kościół błądził.
I przede wszystkim sprzęgniecie duchowości z nauką duchowości tak, by modlitwa i zajęcia teologii nie szły równoległymi torami. By przyszły ksiądz widział, że to, czego nauczają na zajęciach, odnajduje też w liturgii. By nie twierdził, że Biblia przeciwstawia się katechizmowi. By czuł, że poszanowanie litery prawa wynika z miłości i chęci napełnienia litery duchem. By formacja postawy moralnej, przekazywanie wiedzy, życie wiarą i modlitwa stanowiły monolit.
+++
Proszę nie traktować tego tekstu jako konkretnych postulatów, to raczej rodzaj gdybania, którego celem jest wskazanie na jedną głównych moim zdaniem przyczyn współczesnego klerykalizmu – na przeciętność, która blokuje rozwój, a otwiera drogę poczuciu wyższości.
Komentarze
śr., 14.9.2011, 22:11
Matutinum
było gorsze od Godziny czytań. Jak twierdzi jeden ksiądz. Tyle tych tekstów było, ale nic konkretnego. A godzina czytań, proszę, tylko dwa teksty, ale jakie długie...
śr., 14.9.2011, 18:35
Panie Michale,
jasne, że najlepiej, gdy oba płuca działają równo w jednym ciele! Gdy jedno się popsuje, np. pod wpływem dymu (jakiego? skąd?), organizm dostaje zadyszki i żyje krócej będąc niezdolnym do dźwigania ciężarów. Jest też bardziej podatny na infekcje.
Stałym elementem opowiadania o powołaniu (gdy opowiadają sami powołani) jest frazes o konieczności pokory wobec powołania. Nie dalej, jak dziś rano, słyszałem to z ust bardzo zadowolonego z siebie kapłana (wypowiedź w TVP, kapłan znany szeroko w mediach). Sądzę, że najlepiej byłoby, gdyby o takich "imponderabiliach" nie mówić, zamiast tego mówić wyłącznie o rzeczach istotnych. O ile krótsze i bardziej treściwe mogłyby wówczas być kazania... Może wtedy słuchacz pochyliłby się nad treścią i czułby się ubogacony głębią?
To moje wnioski z lektur homilii Ojców Kościoła, które kiedyś były esencją Matutinum, a z Godziny Czytań jakoś pouciekały. Czy dlatego, że Ojcowie nie mieli tytułów naukowych?
Śpiewajcie chorał!
śr., 14.9.2011, 0:02
Panie Robercie,
1. płuca dobrze, gdy razem, dwa jednocześnie, spełniają swoje zadanie. Jest we mnie pragnienie, by np. dorobek teologiczny Wschodu był uwzględniany za Zachodzie (ale nie w formie zachłystującego się wschodnimi kwiatkami kaznodziejstwa). Gdy słyszę np., że bierzmowanie jest sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej, to mam ochotę teologa tak prawiącego zapytać, czy na Wschodzie jest czymś innym, skoro udziela się go dzieciom (notabene: i u nas bywa wcześnie).
2. Warsztaty życia mniszego to, jak się domyślam, coś, czego pragnienie wyraziłem w zdaniu: "I przede wszystkim sprzęgniecie duchowości z nauką duchowości tak, by modlitwa i zajęcia teologii nie szły równoległymi torami".
3. Myślę, że chętni by się znaleźli. Ale też nie o zmianę programu mi chodzi (no może też), bardziej o zmianę nastawienia. Buta z jaką wielu "absolwentów seminariów" się wypowiada, często ma się nijak do ich przygotowania.
wt., 13.9.2011, 19:06
Panie Michale drogi,
przeczytałem zestaw pańskich "gdybań" z wrażeniem, że objawiły się w nim tęsknoty do bliższego kontaktu "dwóch płuc Kościoła". Przygotowania do święceń u ortodoksów wyglądają w praktyce mniej-więcej tak, jak Pan wyobraził sobie "wyższe szkoły zawodowe szafarstwa sakramentów i duszpasterstwa". Do tego doszłyby jeszcze zajęcia z "praktyki wiary" w postaci "warsztatów życia mniszego". Ale byłoby pięknie! Tylko czy w takiej sytuacji byliby chętni do seminariów, skoro nie mogliby tam uzyskać różnych tytułów i godności naukowych?
Pozdrawiam.
Robert Pożarski
czeladnik liturgiczny
Śpiewajcie chorał!
czw., 25.8.2011, 12:33
:)
To jako "czytacz mimochodów" zapytam Panów o opinię na temat owych rozdźwięków: zauważacie je, czy tylko ja mam takie wrażenie? Bo brak pokory oczywiście jest widoczny, tylko czy nie jest też tak, że w pewien sposób jest on systemowo wprowadzany, konserwowany, uczony, jakkolwiek to nazwiemy?
śr., 24.8.2011, 21:06
Nie sądzę. Raczej zaledwie zgodnie z intencją autorską, a wiemy
dobrze, że przecież tekst uwalnia się od nadawcy i krąży już niezależnie, a rację mają krytycy literaccy.
śr., 24.8.2011, 20:40
No
patrz pan, czyżby udało mi się coś odczytać poprawnie?
śr., 24.8.2011, 20:28
W powieści Szczepana Twardocha "Przemienie"
główny bohater, esbek, czyta opinię psychologiczną ze swoich akt. Opinia zdaje się nie być negatywna, ale pewne sformułowania nie dają spokoju. Bohater próbuje sobie przypomnieć z zajęć z psychologii skąd zna te frazy. I dochodzi do niego, że ta niby zwykła opinia to ni mniej ni więcej a kliniczny opis psychopaty. Autorka opinii nie mogła napisać wprost tego strasznego słowa, a gdy zastąpiła je omówieniem, wyszło dość zwyczajnie, do przełknięcia. I ja starałem się rzecz (skrótowo i wybiórczo) opisać, zamiast nazwać rzecz w dwóch słowach: brak pokory (albo jeszcze szybciej - w jednym, ale ono brzmi dopiero strasznie). Jeśli napisałem coś o rozdźwięku, to tylko mimochodem.
śr., 24.8.2011, 16:48
Pokora
zawiera w sobie wszystko, o czym pisał Michal. Tylko wyszkolony w pokorze jest w stanie się czegokolwiek nauczyć, byc wiernym nakazom Kościoła, nie dokonywać nadużyć, nie eksperymentować, stać przed obliczem Boga, a nie aktorzyc przed wiernymi.
śr., 24.8.2011, 16:25
Pokora pokorą...
Nie mniej istotne jest to, o czym napisał p. Michał. Ja bym to określił rozdźwiękiem pomiędzy tym, czego się oczekuje od księdza, tym, do czego człowiek jest zdolny, tym, do czego przygotowuje formacja seminaryjna, a tym wreszcie, co o sobie myślą klerycy/księża.
Rozdźwięk widoczny tak w sferze intelektualnej, emocjonalnej, duchowej, i wielu innych. Przykładami można sypać, jak z rękawa. Jaki koń jest - każdy widzi. Znacznie ważniejsze, jak z niego zrobić "skromnego pracownika winnicy Pańskiej". Obie zaproponowane metody mają w sobie coś sensownego, która jest lepsza?
śr., 24.8.2011, 15:16
A odnośnie meritum
to wydaje mi się, iż przeciętność wtedy jest problemem, gdy nie jest świadoma sama siebie. To znaczy, kiedy nie wie, że jeszcze wiele jej brakuje, a jednocześnie, że wiele może, jeśli się tylko postara. Bo z drugiej strony plagą nie mniejszą niż intelektualistyczne odloty w kosmos jest generalne poczucie, że "się nie da" i osunięcie się właśnie nie w zdrową rzemieślniczość, ile w wycofanie się, a czasem wręcz cynizm.
śr., 24.8.2011, 14:39
@ EP
Spróbowałem sobie wyobrazić, jak mogłyby wyglądać zajęcia z tego przedmiotu. I spasowałem :)
śr., 24.8.2011, 13:30
Jest jedna słabość...
... w seminaryjnej formacji i edukacji, co pozwolę sobie nauczony wieloletnimi kontaktami z seminarzystami zauważyć. Tą słabością jest brak przedmiotu "Pokora".