W świetle Jupitera

2011-11-20

Modliłem się pewnego razu. Powolutku ojcze, zdrowaś, aniele półszeptem sączyłem po zmroku. Półszeptem, w półmroku – Bóg podobno widzi w ciemności i słyszy to, co niewypowiedziane (jak antropomorficznie przedstawiana rzecz ta bywa), więc warunki obserwacyjne miał, jak na swoje możliwości, komfortowe.

 

I gdy już spokojnie kończyłem, gdy wszystko zmierzało do szczęśliwego amen... gdy ręce się zginały w wymachach sławiących jednym, potrójnym gestem Trójjedność... Wtedy nagle, zupełnie nie wiem skąd, przyszła mi do głowy myśl. Myśl to chyba mało powiedziane. Poczułem prawie, że to wszystko mogłoby stać się realnie. Spróbujcie wejść w moją skórę. To było niewypowiedzianie straszne. Sen na jeszcze jawie, chwilę przed snem, ale jeszcze świadomie jawił mi się obraz, ba – obraz ma tylko dwa wymiary – przestrzeń mi się jawiła. I światło.

 

W jednej sekundzie objawiły się, spod ziemi chyba się wynurzając, wyniosłe jupitery, które rozbłysły jak flesz, lecz w przeciwieństwie do niego nie zgasły po chwili. „Na Zeusa!” zakrzyknęła bardziej spoganiała, spora część mej duszy, na szczęście krzyknęła cicho, zakrzyknęła w duchu, bo oto przed ustami pojawił mi się mikrofon, a dusza była tuż obok, na ramieniu i z pewnością czułe urządzenie wychwyciłoby moment dialogu religijnego, jaki dusza chciała w ten sposób ze mną przeprowadzić.

 

Psim swędem, psim swędem jeno uwolniłem się od potrzeby przegrzebywania „Dignitatis humanae” w poszukiwaniu fragmentów, które duszę uwolniłyby od potępienia. A nie wiem czy i swojej cielesnej skóry nie musiałbym ratować za zadawanie się z taką towarzyszką. Oskarżenia mogłyby i na mnie spaść ciężkie, szczęściem dusza w duchu jedynie szepnęła i miast ciężkich oskarżeń, ciężki kamień spadł – mi z serca (w biblijne nerki spadł zresztą i czuję to do dziś; czuję tam ten i inne kamienie).

A to nie koniec wydarzeń tej sekundy nieszczęsnej, niebogiej. Fragment podłogi w pobliżu łóżka, który bezpiecznie dotąd zajmowałem, którego się uczepiłem, jako stabilnej części całej tej chwili, wyrwał się z fundamentów, poszybował w górę. Jupitery grzały jeszcze mocniej. Wokół pojawili się ludzie obserwujący mnie, a wewnętrzny dajmonion sieknął rozkazem, by teraz się modlić!

 

Widzicie to? Światła, mikrofon, ludzie obserwujący czy strój dobrze na mnie leży, w oczy się wwiercający świderkami własnych swych ócz, a sumiennie powinienem wypełnić obowiązek modlitwy...

 

Niech mnie ktoś uszczypnie, chcę krzyknąć, nauczony bogatym doświadczeniem postaci serialowych, chcę przeczekać aż się obudzę zlany zimnym potem, jak wiem, że stać się może, dzięki bogactwu przeżyć opisanych w książkach rozmaitych wiem, ale nie... módl się wezwanie czuję, chcę się odwrócić, ale nie, módl... Szukam krzyża wzrokiem, może będę mógł udać, że mnie ludzie dokoła nie obchodzą, że jestem ponad to, że nie zwracam na nich uwagi, a ku Bogu kieruję oczy. Męka.

 

***

Chciałem z tego miejsca pogratulować, złożyć oficjalne, szczere ukłony szacunku na ręce przedstawicieli zebranych tu tłumnie czcigodnych kapłanów Chrystusowych. Dla każdego z osobna chętnie bym złożył, wyrazy podziwu przekazał, dla każdego księdza, który stojąc na estradowym podwyższeniu, przed tłumem wiernych gapiów, w świetle (sztucznym co prawda, ale punktowym) i z mikrofonem – nie poddaje się pokusie gwiazdorzenia, który mimo tabernakulum za plecami, wie, że staje przed obliczem Pana i skromnie, modlitewnie składa ręce do modlitwy, składa ofiarę świętą, hostię niepokalaną.

 

Komentarze

Wielbłądem?

Otóż, gratulacje, które pan wygłosił ze swej trybuny, we mnie - będącym jednym z "wiernych gapiów" − wzbudziły zastanowienie: dlaczego pan mówi o sytuacji księdza przy ołtarzu, jakby to było jakieś tremendum: wyrzucony nagle na środek oświetlonej sceny kapłan, przed patrzących czy nawet – jak można się domyślać – lustrujących go ludzi, zmuszony nie poddawać się nieodpartej presji otoczenia, stojący tyłem do tabernakulum, tak jakby to była dominanta całej liturgicznej sytuacji? I obudził się we mnie zew prawowiernego katolika. Słuchając wystąpienia, mogłem wyjść z przedstawionego przez pana przybytku, ale stwierdziłem, że się odezwę, co też uczyniłem. A zachęcił mnie tekst, który poprzedzał gratulacje – był sugestywny i wywołał w mojej pamięci i wyobraźni rezonans.
Pomijam w tym momencie, że oficjalny charakter gratulacji dał też do myślenia, czy publiczne wystąpienie nie wywołało w panu chęci lekkiego zakpienia z wszystkich: także z kapłanów, którym pan gratulował; tak można by – Gombrowiczowsko - odczytać bombastyczny charakter epilogu.

Pomyślałem - napiszę

Bardzo cenię wymiany zdań z panem ze względu na szczególną cechę Pana odczytań - nawet, jeśli są błędne, mają jakieś podstawy, są zakorzenione w tekście, są możliwe... Nie trzeba udowadniać, że się nie jest wielbłądem, a wystarczy tylko dokładniej wyłożyć swą myśl.

Również nie nazwałem Pana platonikiem

Wyraziłem jedynie niezrozumienie i prosiłem jakieś wskazówki. Zarysowana przez Pana dychotomia jest dla mnie zupełnie pusta znaczeniowo, nie potrafię jej rozgryźć i szukam klucza (klucz platoński zaiste niewiele problemów by rozwiązał).

Zdumiewające, jeszcze nikt

Zdumiewające, jeszcze nikt nie nazwał mnie nigdy platonikiem. Nie zrozumiał mnie pan, ale jak widzę - i ja pana. Inaczej odczytałem pański tekst, a to za sprawą stylu. Ale żebym rozdzielał formę od treści? Nieee. Forma narzuciła mi treść. Pańskich gratulacji nie odebrałem li tylko jako "najprawdziwszego podziwu dla księży" i od tego w ogóle wyszedłem. Jak widać, niezgodnie z pańską intencją, proszę mi wybaczyć.

Panie Mateuszu,

Pańskie rozdzielanie formy i treści, tego co zewnętrzne od wnętrza, jest mi tak obce, że doprawdy nie jestem w stanie zrozumieć Pańskiego zarzutu (Pańskiej wypowiedzi). Mam wrażenie, że, gdybym powiedział stół, Pan stanąłby teraz, by uznać, że przecież mówię o zewnętrznej formie tego słowa, a nie o jego treści. Gdy tymczasem ja, mówiąc stół, nie mówię tego słowa po to, by użyć czterech głosek, ale żeby powiedzieć o desygnacie.

Rozdzielanie tego, co rzeczywiste od tego, co zewnętrzne... dla mnie powłoka jest jak najbardziej rzeczywista. Zresztą daję temu wyraz w sztucznym i zdystansowanym rozdzielaniu duszy i ciała w tekście. (Czy jest Pan platonikiem, idealistą? - pytam, bo zupełnie nie wiem z czym się je Pańską dychotomię; tak na czuja wychodzi mi, że wg Pana idea jest realna, a realność nie, ale nie sądzę, by chodziło o taki paradoks).

Nie ma też zarzutu przeciw versus populum w tych gratulacjach. Nie sądzę, że księża są skazani na grę przed ludźmi. Znam takich, po których nie widać, by cokolwiek grali (chyba, że ewentualnie theatrum divinum). Kompulsywność i groteska gratulacji wynika z dwóch rzeczy: "świata przedstawionego" (oficjalne przemówienie) i mojego, jak najprawdziwszego (sytuacja jest autentyczna, opisałem, nie zmyśliłem), podziwu, nagle uświadomionego, dla księży, którzy radzą sobie w sytuacji podobnej (acz nie identycznej, u mnie zaskoczenie, brak przygotowania miały olbrzymią rolę) dla mnie nie do przeskoczenia. Myślę, że nie tylko dla mnie byłaby ona trudna.

Moim celem nie było też przecedzanie myśli "o rzeczywistym braku zasadności odprawiania mszy twarzą do ludzi". Choć rzeczywiście uważam, że jest to bezzasadne. Przez lata i wieki teologowie nie zdawali sobie sprawy, że istnieje problem sytuowania księdza względem ludu, rozważali tylko ukierunkowanie kapłana (czasem też ludu) względem symbolicznych wyobrażeń Boga. Raz wychodziło przodem do ludzi ustawić kapłana, raz tyłem, ale to było wtórne.

Tomaszu,

Twoją uwagę wezmę na warsztat!

Panie, Michale!

Opisana przez pana sytuacja, jest momentem, który niewątpliwie Gombrowicz by mógł podjąć. Tyle że ukazana tu walka o prawdziwie modlitewny charakter przeżycia "w świetle jupiterów" byłaby wówczas próbą ocalenia formy, a nie rzeczywistą, rzetelną próbą zwrócenia się ku Bogu, jak pan tego chce. Bóg byłby formą. Czy zarzut do „versus populum”, który ujął pan w gratulacjach, nie wychodzi u podstaw od takiego zewnętrznego oglądu sytuacji mszy? Nieodwołalne bycie skazanym na grę przed ludźmi, ukostiumowanie się w jakąś sztuczność przez sam fakt, że występuje przed innymi, oczekującymi tego występowania. Wierni/widzowie przyprawiający celebransowi gębę celebransa, który obrasta celebransem, celebruje, niby kogoś Innego, ale w gruncie rzeczy już samego siebie, swoją celebrę nad sobą.
Niedaleko pan jest z owymi "wiernymi gapiami" i "estradowym podwyższeniem". A także z niemal kompulsywnymi gratulacjami, które pan składa "czcigodnym kapłanom Chrystusa". I nie traktuję tego jako zarzut, ale widzę, że poprzez te groteskowe gratulacje itd. przecedza pan myśl o rzeczywistym braku zasadności odprawiania mszy twarzą do ludzi. Jeśli tak, to pański tekst jasno potwierdza, iż argument dot. pokusy gwiazdorstwa przy ołtarzu wobec liturgii pozostaje zewnętrzny.

Panie Mateuszu,

ja nie wiem jakich mąk doświadczają księża, oprócz tych kilku, którzy mi opowiedzieli. Opisałem swoje przeżycie pewnej sekundy i dla mnie było to tak mocne, że w tych światłach i na podwyższeniu uległem pokusie, by świeckim, potworkowatym językiem gratulować, miast gromkiego "Bóg zapałać".

Mógłby Pan pociągnąć kwestię niekatolickiej gombrowiczowskości?

Ja tam nie wiem, ale się módlcie

Oj módlcie się proszę za nas.

Prawda,

nigdy dość wdzięczności dla tych, którzy nie ulegają pokusie bycia aktorem przy ołtarzu, zwłaszcza jeśli rzeczywiście ta pokusa ich dotyczy. Choć gratulacje to zbyt zeświecczona forma wdzięczności!
Ale czy księża podczas mszy przy ołtarzu posoborowym doświadczają tak fantastycznych mąk? Do tej pory słyszałem tylko o przedsoborowym neurotycznym lęku, by dopełnić litery rubryk, bo msza będzie nieważna.
Ten argument, że msza odprawiana twarzą do ludu stwarza pokusę aktorstwa, jest niekatolicki na gombrowiczowski sposób. Z całym szacunkiem dla pana Witolda.

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Zasypywanie przepaści”
Miałem niedawno rozmowę na tematy liturgiczne z jednym moim współbratem. Rozmowa ta dała mi trochę do myślenia, dlatego dzielę się tym na blogu.
Blog „Krucjata anty-omniańska”
W Regula monachorum św. Fruktuoza z Bragi (+ ok. 665) znalazłem bardzo ciekawe zalecenie, co robić w przypadku przyłapania mnicha na efebo-, albo pedofilii. Pisze on:
Blog „Blog redakcyjny”
Ten krótki kolaż blogowy chcieliśmy dedykować dwóm świeżo wyświęconym diakonom: Krzyśkowi Porosło (autorowi wielu dobrych tekstów na Liturgia.pl) i Andrzejowi Krukowi (przyjacielowi).

O autorze

Gorzkie żale

Michał Buczkowski

Katolik, mąż, ojciec, Polak, dziennikarz i tak dalej.


Najnowsze wpisy autora

Zadbano o ofiarę, wyrugowano ucztę

2012-05-05

Nigdy balaski nie przeszkadzały mi w odczytaniu symboliki jednego ołtarza. Nigdy nie traktowałem ich jako ołtarza drugiego, tylko przedłużenie tego właściwego. Mimo to muszę powiedzieć, że wyrugowanie balustrady z prezbiterium od strony symbolicznej było dobrym posunięciem. więcej »

Karawana psów wygląda

2012-03-26

Można by przypuszczać, sądząc po reakcjach ludzi Kościoła, że mądrość ludowa powinna brzmieć: psy szczekają, a karawana przy każdym się zatrzymuje, uważnie zatkawszy uszy. więcej »

Gorzkie żale czy słodki bobas?

2012-02-28

Związki między Bożym Narodzeniem i Wielkim Postem, czasem kiedy śpiewa się gorzkie żale, są dość oczywiste, choć kulturowo może nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego postrzegania. więcej »

Strzeż się Strażnicy. I uśmiechniętego Jezusa

2012-02-08

Czym jest organizacja Świadków Jehowy? Pomijając inne, ważne odpowiedzi, jak to, że sektą, są przede wszystkim – rewelacyjnym wydawnictwem. I do tego sprowadza się cała działalność Towarzystwa Strażnica. więcej »

Lubiane na Facebooku