Bóg, rodzina, państwo czyli manifest fideizmu

2011-01-27

Będzie nieliturgicznie. Wszystkich moich współwyznawców (bo tylko do nich w zasadzie piszę), których nieświadomie obrażę, zirytuję, wlezę z butami w życie, naruszę autonomię poglądów, albo dla których zbyt radykalnie oddzielę państwo od Kościoła, zapewniam, że mogą nie potraktować mnie poważnie. Bo może i będzie trudno...

Dość często zdarza mi się ostatnio zetknąć z wypowiedziami czy rozmowami (najczęściej wirtualnymi), w których pojawia się temat rodziny, dzietności, kryzysu demograficznego i - w tym kontekście - działań państwa. W ostatnich badaniach Ministerstwa Pracy wyszło, że jedna trzecia młodych Polaków nie chce mieć dzieci. Jako jeden z głównych powodów podawano brak odpowiedniej polityki prorodzinnej państwa. W każdej dyskusji na ten temat wcześniej czy później owo państwo i jego ułomności się pojawią, a ktoś westchnie kiwając wirtualnie głową, jak to dobrze jest ten problem rozwiązany na Węgrzech albo jeszcze gdzie indziej. A ponieważ teraz przy władzy jest nieodpowiednia partia, to aż miło sobie jakiegoś psa na niej przy tej okazji powiesić. Generalnie trudno się dziwić i negatywnie to oceniać - w końcu na tym między innymi polega ten ustrój, w którym żyjemy. Coś innego mnie zastanawia.

Otóż nie spotkałem się praktycznie nigdy, aby przy tej okazji ktoś poruszył wątek wiary, zaufania Opatrzności, powierzenia się w opiekę Bogu (oczywiście nie śledzę wszystkich rozmów, więc niniejszą generalizację proszę przyjąć z tym zastrzeżeniem). A przecież jest to sprawa absolutnie kluczowa! Państwo jest jakie jest. Możemy robić co w naszej mocy, aby działało lepiej, sprawniej, mądrzej, kierowało się właściwymi zasadami itd. Ale liczyć na nie? Opierać na nim decyzje życiowe? Limitować miłość w oparciu o jego ewentualną pomoc, tudzież jej brak? Co to ma wspólnego z chrześcijaństwem? Z wiarą w Tego, dla którego jesteśmy "ważniejsi niż wiele wróbli"? A że są państwa, które mają korzystniejszą politykę społeczną, to chwała im za to. Być może mają za to jakiś zestaw innych problemów i czasem ich obywatele zerkają na mapę i wzdychają, jak to tym Polakom dobrze się żyje... Nb. chciałbym zauważyć, że sytuacja, kiedy państwo w ogóle zajmuje się takimi rzeczami jak polityka rodzinna jest stosunkowo nowa i dotyczy głównie obszaru kultury euroamerykańskiej (sam nie wiem jak rodzaj ludzkie te 2 mln lat od etapu homo habilis przetrwał). I nawet (a w zasadzie zwłaszcza) w "starych dobrych czasach" monarchii chrześcijańskich żadnej władzy nie śniło się organizować  świadczenia socjalne dla rodzin, o obniżaniu podatków nie wspominając. Nie mówię, że to dobrze (zwłaszcza jeśli chodzi o te podatki), twierdzę tylko, że uzależnienie rozwoju rodziny chrześcijańskiej od warunków stwarzanych przez politykę społeczną państwa jest nieporozumieniem. Z perspektywy wiary, rzecz jasna.

To, co piszę, to w pewnym sensie glosa do tekstu Kingi Wenklar, opublikowanego kilka dni temu na stronie "Christianitas", w którym Kinga opisuje aberracyjne rozumienie Naturalnego Planowania Rodziny, upowszechniające się podskórnie w Kościele. (Warto zauważyć, że tekst wywołał burzę i zajadłe dyskusje.) Za jednym i za drugim zjawiskiem stoi to samo, a mianowicie kryzys wiary. Nie "w Boga" (sama taka wiara jest nic nie kosztującym niejasnym sądem metafizycznym), ale "Bogu". Brak zaufania, które przekłada się na realne życiowe decyzje. Wydaje mi się jednak, że to jest tylko jedna strona medalu. Drugą jest kryzys, albo raczej zanik, atrofia wspólnoty rozumianej jako społeczny i międzyludzki wyraz chrześcijańskiej miłości, communio. Nacisk na "planistyczny" wymiar NPR, który często równa się wymiarowi antykoncepcyjnemu, jak również ograniczanie rozwoju rodziny ze względu na brak pomocy ze strony państwa, a więc generalnie różnego rodzaju lęki przed nie daniem sobie rady, są w dużej mierze efektem tego, że nawet w Kościele każdy jest zdany coraz bardziej na samego siebie. Chrześcijanie nie powinni musieć myśleć czy państwo coś im ułatwi, ani przejmować się, że mając piątkę dzieci nie będą w połowie miesiąca mieli co im dać na obiad. Powinni móc liczyć na innych chrześcijan, a ci inni powinni móc liczyć na nich. Zresztą nie tylko chrześcijanie. To nie zarzut, raczej wyrzut. Sumienia. 

Nie ma oczywiście żadnej sprzeczności pomiędzy ufnością Boga, a liczeniem na pomoc wspólnoty. To ona właśnie powinna być otwartym narzędziem Jego pomocy. A nie jest, albo jest o wiele za rzadko. Bóg da sobie radę i bez wspólnoty, ale my tracimy szansę: "Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie" (Mt 5, 16). 

Komentarze

Piotrze,

My po prostu realizujemy postulat hermeneutyki ciągłości :) A co do innych rzeczy to tak pokrótce tylko. Jeśli chodzi o ten "spontaniczny faryzeizm" to moim zdaniem tego rodzaju postawy wynikają z braku świadomości jak wiele rzeczy jesteśmy w stanie zrobić wyłącznie dzięki łasce, a nie dzięki samym sobie (może jednak coś jest w tym moim jansenizmie). Krótko mówiąc, nic mi nie daje podstaw do wynoszenia się ponad kogokolwiek. Wszystko się we mnie przewraca, jak słyszę, że wybór dziewictwa dla Królestwa Niebieskiego jest czymś wyższym od małżeństwa. (Sam Paweł pisze, że to jest tylko jego prywatny pogląd.) Bo niby dlaczego? Jeśli chrześcijańskie małżeństwo nie jest "dla Królestwa Niebieskiego" to coś tu nie gra. I jeszcze o negowaniu NPR w świecie ogarniętym obsesją seksu. Tu nie o to chodzi. Cała ta dyskusja w ogóle ma sens i jest możliwa wyłącznie na planie katolickiego myślenia o małżeństwie. Oczywiście, że w zestawieniu z antykoncepcją nie wspominając o środkach wczesnoporonnych i aborcji, NPR jest milowym krokiem naprzód (Kinga napomyka o tym w tekście). Ale problem nie kończy się na tym, że nie stosujemy wyżej wymienionych środków, bo to jest oczywiste. Chodzi bardziej o to, co dzieje się w umysłach i sercach katolików. Swoją drogą to po lekturze tekstu M. Wałejko (niestety został usunięty ze strony Christianitas) jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że miejscami dzieje się nie najlepiej.

Tomaszu,

Tomaszu, Dobry żart tynfa wart ;-) Przez te dwa lat obserwuję jednak, że redakcja liturgia.pl robi się coraz mniej i mniej posoborowa. Ostatnimi czasy niemal w oczach. A ja zawsze byłem trochę trefnym tradycjonalistą. Np. nigdy nie mogłem się przekonać do tezy, że kanon soboru florenckiego, mówiący o tym, ze dusze obciążone samym tylko grzechem pierworodnym idą do piekła, koniecznie oznacza potępienie dzieci zmarłych bez chrztu. Gorzej, ja jestem przekonany o pewności zbawienia takich dzieci, jeśli były to dzieci rodziców chrześcijańskich. Uważam bowiem, że od chwili poczęcia dziecko takie jest po prostu katechumenem (BTW – w tym kontekście bardzo ciekawym casusem jest proces beatyfikacyjny rodziny Ulmów). Ale to dygresja. W dyskutowanym temacie zawsze żywiłem przekonanie, że spłodzenie dzieci i jedność małżonków są równorzędnymi celami małżeństwa, choć wielu uważało i uważa, iż to ostatnie jest tylko celem drugorzędnym i podporządkowanym pierwszemu. Praktyka kanoniczna i sakramentalna Kościoła była i jest jednak taka, ze nie mogą zawrzeć małżeństwa jedynie ci, którzy są niezdolni do dokonania aktu małżeńskiego, natomiast sama bezpłodność nie czyni małżeństwa nieważnym. Zatem jeśli Kościół błogosławi także tym małżonkom, którzy mogą złączyć się cieleśnie, choć w porządku naturalnym nie mogą mieć dzieci, nie można mówić, że ich jedność jest tylko celem podrzędnym. A akt seksualny jest miejscem realizacji tej jedności. Prawdziwy tradycjonalista zauważył tutaj, że dyskusja wokół artykułu p. Kingi ujawniła „zinstytucjonalizowane postchrzescijaństwo”. Równie ciekawe jest jednak to, co ujawnia dyskusja pod polemiką z wspomnianym tekstem, autorstwa p. Wałejko, również umieszczona na portalu „Christianitas”. Czy określenie „spontaniczny faryzeizm” nie będzie przypadkiem właściwe? „Panie dzięki Ci, że nie jestem jako ci npr-owcy, równi kondomiarzom!” Do tego fundamentalistyczna interpretacja Biblii i manipulacje tekstem HV. Przyznaję, że małżonkowie zdecydowani na niestosowanie żadnych form kontroli poczęć, wybierają większe dobro. Nie daje to jednak powodów do wynoszenia się nad tych, którzy z mniej czy bardziej słusznych powodów okresowo (lub mając już pewna liczbę dzieci na stałe) unikają poczęcia, stosując dopuszczone w HV sposoby. Ostatecznie Ci, którzy wybierają dziewictwo dla Królestwa niebieskiego, optują za dobrem większym niż każde małżeństwo. Jest sens dalej toczyć takie licytacje? Reasumując. Pomiatanie NPR ( a niestety tym się skończyła ta akurat próba przekonania, że duszpasterstwo powinno bardziej zachęcać do otwarcia na życie, niż wskazywać, że NPR ma skuteczność porównywalną z metodami hormonalnymi) z pozycji katolickich, w świecie mającym obsesje seksu, nie może przynieść dobrych owoców. Nawet jeśli przy większym zaufaniu Bożej opatrzności, małżonkowie mogliby przyjąć większą liczbę dzieci, niż faktycznie mają, to przecież stosowanie NPR wymaga wzajemnego szacunku, traktowania współmałżonka jako osoby, a nie tylko środka do osiągania własnej przyjemności. Wymaga pewnej dyscypliny, którą łatwo obśmiać (owo badanie śluzu), która możliwa jest tylko w stałym i trwałym związku i niejako wyklucza doraźne i przygodne relacje. OK – to wszystko to natura, ale tylko na tej podstawie może zacząć działać łaska.

Piotrze,

Do czego to doszło, żeby tradycjonalista zarzucał posoborowcowi nadmierny rygoryzm moralny :)) Żartuję oczywiście. Ale na poważnie, to mam wrażenie, że ciągle się nie rozumiemy. Pisząc o "delikatnych sprawach" chodziło mi o sytuacje, w których, gdybym spotkał się z ich krytyką z punktu widzenia czarno-białego rygoryzmu, uznałbym, że nie może mieć on tu zastosowania i że ktoś rzeczywiście wbija się z butami w bardzo delikatną materię. Nie mam żadnych wątpliwości, że w takich sytuacjach stosowanie NPR jest moralne i uprawnione. Mało tego myślę, że jest moralne i uprawnione również wówczas, kiedy ktoś nawet bez obiektywnych przyczyn typu nędzy, wojny czy choroby, a tylko z poczucia psychicznej niegotowości czy lęku decyduje się na odsunięcie poczęcia. Nie uważam, że jest to sytuacja grzechu (choć w moim odczuciu jest na niego narażona bardziej niż w przypadku obiektywnych przyczyn). Ale jednocześnie nie waloryzuję jej pozytywnie. Jest moralna - tyle. I gdyby chrześcijaństwo ograniczało się do moralności czy unikania grzechu to na tym można by poprzestać. Szczerze powiedziawszy zupełnie obce jest mi myślenie w kategoriach standardów wielodzietności i te dylematy, które podałeś mi z kolei wydają się wydumane. W rzeczywistości nie chodzi o rzeczy ściśle mierzalne, ale o generalne i jak najszersze otwarcie na łaskę, które realizuje się bardzo indywidualnie i w obrębie konkretnych życiowych sytuacji (np. również bezpłodności). Nie wiem czy są jakieś ostateczne, obiektywne granice tego otwarcia, bezcelowe wydaje mi się ich szukanie. Natomiast istnieją ewidentnie takie sytuacje czy style życia/myślenia, które niebezpiecznie zbliżają się do zamknięcia na tę łaskę i przeniesienia ciężaru na ludzkie planowanie. O nie tu przede wszystkim chodzi.

Tomaszu,

Pisząc o „jansenizmie” mam na myśli przesadny rygoryzm moralny. Mam wrażenie, że pojawia się i w twojej ostatniej wypowiedzi. Piszesz bowiem, że tak w twoim, jak i w moich przykładach, byłbyś skłonny uznać stosowanie NPR za „delikatna sprawę”. Dlaczego nie napisałeś wprost, że jest ono w tych sytuacjach moralne i uprawnione? Jeszcze raz powtarzam, że generalnie zgadzam się z krytyką postawy traktującej NPR jako eko- czy kato- antykoncepcję. Ponieważ jednak też mam pewne swoje doświadczenia, wiem, że NPR bywa pomocny w poczęciu, ale bywa, że i na to nie może poradzić i pytania się mnożą. Np. czy małżeństwo, które nie stosuje NPR, ale jakoś nie spełnia standardów ilościowych wielodzietności, ma moralny obowiązek adopcji czy nie? Czy ta para od hiperglicynemi ma taki obowiązek czy nie? No i ile dzieci trzeba adoptować, żeby być w zgodzie z Bożą wolą? A może skoro nie możemy począć, to ta wola jest właśnie taka? Wydaje mi się, że pelagiańskie z ducha jest liczenie na własne siły, wyłącznie lub przede wszystkim, bez opierania się na Bożej pomocy (łasce). Ale przecież wiesz, że, przynajmniej dla łacinników, to jeden z największych sporów teologicznych. Gdzie są granice i czy w ogóle jakieś są, zdania się wyłącznie na łaskę. Bo owszem, zaufanie, mówiąc kolokwialnie, „że jeśli Bóg da dzieci, to da i na dzieci”, może się jeszcze ziścić w porządku przyrodzonym. Jednak Boże działanie, nie ogranicza się przecież tylko do tego. Jeśli zechce może uwolnić i od dziedzictwa choroby genetycznej.

Piotrze,

Przykład z hiperglicynemią o tyle nie jest wydumany, że znam taką sytuację, jak opisałem, jest więc jak najbardziej z realnego życia. Po prostu ona właśnie przyszła mi do głowy, kiedy myślałem o tym, w jakich sytuacjach byłbym skłonny uznać stosowanie NPR za delikatną kwestię. Oczywiście mógłbym podać i taki przykład, jaki Ty przywołujesz, bo jak najbardziej mieści się w tym, o co mi chodzi, ale akurat na niego nie wpadłem. Natomiast Twojej uwagi o "jansenizmie" Kingi i moich wypowiedzi, jak też powiązania tego z moim przykładem hiperglicynemii - przyznam się szczerze - nie rozumiem. Wydaje mi się, że np. wiara, że Bóg obdarzy ufających mu siłami potrzebnymi do (np.) większej liczby potomstwa, raczej nie jest jansenistyczne. Jeśli dobrze pamiętam, to podobne stwierdzenia Janseniusz piętnował jako pelagiańskie. Powiesz coś więcej?

Panie Tomaszu,

rozróżnienie bardzo doniosłe, myślę, że rzuca naprawdę dużo światła na sprawę. Dziękuję.

Tomaszu,

Przykład z „mistyką” i zalinkowaną dyskusją pokazuje, że trochę nie doceniłem problemu. Prawdą jest też, że „Niedziela” wybrała sobie bardzo kiepskich „promotorów” NPR. Jednak podtrzymuję opinię, że i w pierwotnym artykule p. Kingi, i w Twoim oraz w twoich wypowiedziach w dyskusji jest pewien ślad „jansenizmu”. A upewnia mnie w tym użyty przez Ciebie, nieco wydumany przypadek z hiperglicynemią, podczas gdy z realnego życia chyba lepiej znamy przypadki małżeństw, w których nie pojawiają się kolejne dzieci, bo np. mąż stracił pracę, a nowo jest znacznie gorzej płatna, albo ostatnie dziecko jest ciężko chore i wiele energii pochłania opieka nad nim.

@Beata

Pani Beato, miałam już nie pisać, gdyż - przyznam bez bicia - dyskusja z Tomkiem przeniosła się nam na grunt prywatny. Poczułam się jednak niejako wezwana do odpowiedzi przez Panią. (Co zresztą jest miłe :)) By długo nie drążyć, powtórzę się: Zgadzam się z Tomkiem (i rozumiem tekst Kingi), ale nie zgadzam się z podawaniem tego typu treści w sposób czarno - biały, co niestety czuję czytając tekst Kingi. (Mam nadzieję ze Kinga nie ma nam za złe to mówienie o Niej niejako "poza plecami", lecz na stronie Christianitas dyskusja jest niemożliwa. Wybacz, Kingo, jeśli to wszystko czytasz.) Co do poważnego traktowania i wypełniania w pełni przysiąg - wielkie TAK. A jednak sprawa NPR i tym podobne JEST według mnie delikatna. Może to kwestia emocji i uczuć? Może. Poza tym - to jeszcze inna kwestia - odwrócenie proporcji w kwestii npr jest niebezpieczne i być może rzeczywiście są kursy, gdzie przedstawia się npr jako chrześcijańską antykoncepcję, ale ja się z tym nie spotkałam. (Można by jeszcze podjąć temat kursów przedmałżeńskich i nieodpowiedzialności duchownych w tej kwestii. Ale pozostawmy to.) To chyba kwestia osobistego traktowania tych spraw przez niektóre małżeństwa. Zresztą te metody mają swoją drugą stronę - podpowiadają również, kiedy (i jak?) najlepiej starać się o potomstwo. Co u niektórych też wywołuje kuriozalne zachowania. (Wystarczy zerknąć na odpowiednie fora.) I tak to. By nie rozwijać, tu skończę. I jeszcze raz: ja się z Tomkiem (i Kingą poniekąd) zgadzam. Tylko coś tu zgrzytnęło w kwestii podania... Pozdrawiam serdecznie!

Tomku,

Pani Iza pewnie odpowie za siebie, a mnie się wydaje, że temat staje się "delikatny" , gdyż dyskutanci nie umieją ani na chwilę zająć postawy innej niż czysto subiektywna - traktują pewne refleksje jako zarzut pod ich własnym adresem, a sfera życia intymnego, jak sama nazwa wskazuje, jest sfera intymną. Mnie się wydaje, że w ogóle - nie tylko w kwestii npr, ale w wielu, choć mniej emocjonalnie, nastąpilo coś ciekawego - próba, bo ja wiem, "racjonalizacji" czy "obiektywizacji" zasad, norm, czy sposobów postępowania, u których podłoża nieleży bynajmniej po pierwsze zalecenie rozumu. Obserwuję to i u siebie, bo sama spytalam koleżankę "dlaczego uważasz, że powtarzanie jakiejs tam mantry jest lepsze od powtarzania np. modlitwy do Aniola Stróża (bo z rozmowy wynikało właśnie coś takiego); mówi się o relaksie i regeneracji psychicznej podczas "wakacyjnego" pobytu w klasztorze (dla biznesmenów?) etc. Próba "zrozumiałego" wytłumaczenia czegoś, co się nie da tak wytłumaczyć. NPR jako ekologiczny sposob na życie - no przecież to jest trendy, nie? Ale że przedłużyłeś dyskusję, to zadam pytanie, bo mnie męczy. Jak postrzega sam siebie podmiot autonomiczny a nie-esencjalistyczny? Jako ciąg wrażeń, ciąg wspomnień, ciąg wydarzeń? rozwija się, czy się nie rozwija, czy wie o tym albo i nie wie? Czy może coś o sobie powiedzieć, poza przytoczeniem ciągu przykładów? A do Pana Miłosza już bezpośrednio: a co to jest wolność katolika (w której on jest rzekomo ograniczany - a może naprawdę ograniczany)? Katolicyzm jest jednak, tak mi się wydaje, systemem norm (między innymi, mam nadzieję). Gdy się przyjmuje system norm, to się je przyjmuje i stosuje się do nich. Przykład P.Olgierda jest tu chyba własciwy, choć nie wiem, czy zrozumiały. Wybieram swego Pana, pochylam głowę, składam przyrzeczenie i dotrzymuję słowa. Może problem w bezwględnym rozumieniu danego słowa? Sto lat temu wiedzieliby, o co chodzi, bez wyjaśnień, może jeszcze siedemdziesiąt. W Muzeum Tatrzańskim, jesli dobrze pamiętam, jest tekst ślubowania TOPR, podpisany przez Klemensa Bachledę. Litości, ślubowanie miewa swoje konsekwencje, nie jest tylko dla ładnej uroczystości. Chrzest jest może za wcześnie. ktoś coś za nas przyrzeka Panu Bogu, a tak dokładnie to nie bardzo wiemy, co przyrzeka. I wychodzi na to, że potem sam lepiej wiem, czego mój Kościół powinien nauczać. Wydaje mi się, że walka Jakuba z Bogiem miała inny nieco wymiar, niż: wiem lepiej od Ciebie, co dla mnie dobre, nie ograniczaj mojej wolności przez swoje nauki. Pewnie by usiadł i robił, co dla niego "dobre", zamiast się bić. Ale może się mylę.

@ Iza

Nie jest dla mnie oczywiste, że sprawy związane z NPR-em same w sobie czy z siebie są delikatne. Ciągle nie mogę się otrząsnąć z pewnego zaskoczenia tak negatywnym odbiorem tekstu Kingi i uporczywym określaniem go przez niektórych jako niekulturalny czy skandaliczny, nie wspominając o pretensjach do redakcji "Christianitas", że będąc katolicką dopuściła się publikacji "takiego tekstu" (sic!). Tak jakby jej artykuł był co najmniej drwiną np. ze sposobu życia małżeństwa stosującego NPR ze względu na obustronne obciążenie nosicielstwem hiperglicynemii, na którą już dwoje z ich dzieci zmarło. A w rzeczywistości przecież był polemiką z artykułem młodziutkiego, bezdzietnego małżeństwa, zachwalającego - zresztą na pewno w dobrej wierze (tylko co z tego?) - NPR jako katolicki sposób na (po)życie małżeńskie. Ten pierwszy przypadek (i jemu podobne) bez wątpienia powinien być traktowany z całą delikatnością, ale ten drugi - dlaczego? Zwłaszcza, że gołym okiem widoczne jest już szerokie zjawisko wspomnianego poprzednio przeze mnie odwrócenia proporcji, a artykuły takie, jak ten, z którym polemizowała Kinga, bynajmniej się do normalizacji tej sytuacji nie przyczyniają, wręcz przeciwnie. I to jest, jak sądzę, jej główny zarzut w stosunku do jego autorów. Nie jestem do końca pewien czy dobrze Cię rozumiem, kiedy piszesz, że problem odwrócenia proporcji jest punktem wyjścia w dyskusji o pełnym zaufaniu. Jeśli w tym sensie, że jest to problem, który każe się zastanowić nad kwestią zaufania (i kryzysu w tym względzie) to tak. Sporo ostatnio na ten temat myślałem i przyszło mi do głowy pewne rozróżnienie, które może być pomocne w opisie tego naszego dryfu jeśli chodzi o NPR. Właściwy modus życia chrześcijańskiego to jak najszerzej zakrojona współpraca natury z łaską. W tym mieści się właśnie również chrześcijańska realizacja miłości małżeńskiej: ufność w moc sakramentu małżeństwa, pełna otwartość na naszą własną seksualność, płodność itd. Nasza ludzka kondycja jest jednak obciążona ograniczeniami i słabościami, które bardzo często są obiektywne (= niezależne od naszej woli). Ze względu na nie możemy stosować NPR. I myślę, że poczucie niegotowości, braku siły itp. też pod nie podchodzi. Problem pojawia się wówczas, gdy zaciera się granica pomiędzy słabościami natury a słabościami moralnymi (np. tendencją do egoizmu). A wydaje mi się, że paradoksalnie (a może właśnie nie) większe niebezpieczeństwo takiego zatarcia dotyczy osób, których słabość natury dotyka na poziomie przeczuć, nastrojów, poczuć itd., niż tych, którzy np. borykają się z biedą lub chorobą. Tu nie da się chyba podejść do tego na zasadzie: grzech - nie grzech, gdzie grzech rozumie się jako niełamanie litery prawa. A w świetle tego rozróżnienia widać wyraźniej, dlaczego odwrócenie proporcji jest niebezpieczne. Mówienie o NPR jako o głównym katolickim sposobie na (po)życie małżeńskie, w miejsce mówienia o otwarciu naszej natury, w tym i jej aspektu seksualnego i prokreacyjnego, na łaskę płynącą z sakramentu, stawia w centrum nasze naturalne ograniczenia. Nie zaczynamy od prawdy o tym, że otwarcie na łaskę pozwala nam dalece transcendować nasze ograniczenia na każdym poziomie, ale od tego, jak "po katolicku" nie musieć niczego poddawać zmianie. Tego rodzaju myślenie "czopuje" rozwój duchowy.

Panie Miłoszu,

odniosę sie tylko do tego fragmentu Pańskiej wypowiedzi: "Nikt z dyskutantów nie dopuścił (choćby hipotetycznie), że mogę mieć rację." Ze swojej strony mogę powiedzieć, że te kwestie już kiedyś przemyślałam. (Więc tak jak bym hipotetycznie dopuściła, że może Pan mieć rację.) Dziś szczerze mówię że się z Panem nie zgadzam. Pozdrawiam!

do pana Miłosza

I ja nie zostałem zrozumiany, ale mniejsza z tym. Zamiast plątać się w wyjaśnieniach spróbuję podzielić się tym, czym sam żyję. Mój przykład, będący - jak napisałem - skojarzeniem (nie zaś aluzją czy argumentem) odnosił się do sytuacji odwrotnej niż ta, którą Pan opisuje. Chodziło o kogoś, kto widzi swój grzech jako atak z zewnątrz. Dla takiej osoby jest zbawienne zobaczyć, że to właśnie część jej osobowości pragnie tego grzechu. Na dalszym etapie pracy ktoś taki ma szansę zrozumieć, do jakiego dobra zwykł dążyć w zły sposób i jakie ścieżki prowadzą do celu. Po cóż więc taki przykład? Był potrzebny, żeby powiedzieć o dwóch ważnych sprawach. Pierwszą sprawą jest modlitwa: słowo wypowiadane przed Bogiem, wylanie serca przed Nim, jak to pięknie mówi Biblia. Modlitwa nie ma być nigdy ani buntem przeciw Bogu ani też jakimś poddaniem się woli tyrana. To spotkanie pełne zaufania, miłości i oddania. Nie ma to nic wspólnego z tym, co Pan nazwał "wielokrotnie krytykowanym mechanizmem". Taki mechanizm byłby jakąś karykaturą wiary. Nie pamiętam, kiedy widziałem ten mechanizm wprawiony w ruch. Druga fundamentalna sprawa: dążenie do prawdy. Łącząc wątek prawdy i modlitwy otrzymujemy taką oto postawę: "Daj, Boże, abym poznał Ciebie naprawdę i żeby mi nic Ciebie nie zasłaniało - ani moje wyobrażenia o Tobie, ani wyobrażenia innych ludzi". Co najważniejsze, taka modlitwa zostaje wysłuchana i człowiek wychodzi z przeklętego kręgu własnych i cudzych mniemań, a spotyka się - w modlitwie, ale i w myśleniu - z samym Bogiem. Na koniec jeszcze jedno skojarzenie (podkreślam: skojarzenie). Człowiek nieraz sobie ułatwia dylematy moralne pomniejszając instancję, która nadaje prawa. Krótko mówiąc: wygodniej powiedzieć "Nie zgadzam się z nauką Kościoła" niż "Jestem nieposłuszny Bogu". Podobnie: wygodnie jest uznać swoje nieposłuszeństwo za wyraz wolności i dojrzalszą formę posłuszeństwa. A ponieważ "in medio est virtus", odwrotnym zagrożeniem będzie nazywanie posłuszeństwem oportunizmu czy lęku przed stawianiem pytań. Wszystkiego dobrego!

Nie chciałbym przynudzać i

Nie chciałbym przynudzać i ciągnąć w nieskończoność tej dyskusji, ale czuje się znów wywołany (szczególnie przez wpis Tomasza Dekerta). 1. Moim zdaniem "punkty styku" pomiędzy (i) wizją autonomicznego podmiotu, który nie jest wpisany w sztywne esencjalne ramy, a (ii) prawdami wiary zawartymi w Biblii oraz Chrystusowym życiu i nauczaniu istnieją. A) Tradycja żydowska bardzo silnie akcentuje fakt walki Jakuba z Bogiem (imię Izrael ma oznaczać walczącego z Bogiem). W Starym Testamencie pojawia się wiele takich postaci. Cała teologia judaistyczna od starożytności po współczesność przeniknięta jest takim właśnie myśleniem. B) Nowy Testament również bywa odczytywany jako Jezusowe wezwanie do postawy aktywnej i twórczej. Figury: Jezusa jako Nauczyciela, czy Boga jako ojca nie zaprzeczają, iż uczeń/syn stają wobec nauczyciela/ojca jako wolne oraz racjonalne podmioty, niepozbawione własnych przekonań, wartościowań itd... C) Takiego odczytania dostarcza szczególnie tzw. "teologia wyzwolenia". Wiem, że samo to hasło budzi olbrzymie kontrowersje. Zapewniam od razu, że nie mówię o radykałach uzbrajających chrześcijan w karabiny. Po pobieżnej lekturze zaledwie kilku książek z tego nurtu widzę, że bardzo łatwo tu o uproszczenia. 2. Oczywiście Ewangelia nie zawiera "pewnych ograniczeń". Wyczerpuje ona Objawienie, ale Objawienie wymaga wciąż na nowo przepracowywanej hermeneutyki. Stąd moja teza, że ludzie II w.n.e., później Augustyn, Tomasz i inni bynajmniej nie szukali tam pytań i odpowiedzi na temat autonomicznego, nie-esencjalistycznego podmiotu, które pojawiły się u teologów XX wieku po lekturze np. Nietzschego, czy Sartre'a. Po lekturze wpisów o. Błażeja Matusiaka, pani Izy C., ale i innych, odnoszę wrażenie, że jestem źle rozumiany. Stąd dwie uwagi. 3. Bynajmniej nie neguję niezmienności Kościoła w kwestii prawd wiary, które wyliczył Tomasz Dekert (wcielenie, odkupienie, zmartwychwstanie...). Jest jednak faktem, że szczegółowe normy moralne podlegały wielokrotnie historycznym zmianom, nie tyle w skutek ulegania "modom", ile w skutek nowych technik hermeneutycznych. 4. Na pytanie o niezborność moich przekonań z normami moralnymi instruowany jestem uparcie, że należy się modlić, by te normy przyjąć. Nikt z dyskutantów nie dopuścił (choćby hipotetycznie), że mogę mieć rację. Proponowany przez dyskutantów mechanizm był wielokrotnie krytykowany (w mojej ocenie słusznie) np. przez Eugena Drewermanna, który pokazywał, w jaki sposób kościół jako instytucja dąży do podporządkowania sobie swych członków, wymuszenia na nich poczucia winy, że myśli się inaczej. Uznania własnego odmiennego zdania za skłonność do grzechu lub wręcz sam grzech.

Do źródeł

Nie wiem, czy po tak burzliwej dyskusji wypada jeszcze dodać komentarz z trochę innej strony. Męczy mnie jednak spostrzeżenie, którym chciałam się podzielić. To, co pisze o. Błażej, to bardzo ważny element prawdziwie chrześcijańskiej postawy względem nauczania Kościoła. Myślę o innym jeszcze elemencie takiej postawy. W wielu dyskusjach na tak zwane drażliwe tematy (jak ten NPR, inne kwestie bioetyczne itd. - patrz np. dyskusja pod przywołanym artykułem p. Kingi Wenklar) uderza mnie ostatnio brak lub ogromna rzadkość odwoływania się do źródeł, tj. do dokumentów Kościoła, a nawet do samej ewangelii. Bardzo silna jest pokusa (we mnie także!) stwierdzenia, że już wszystko o tym wiem, i wyrażania własnych poglądów jako poglądów katolickich czy wręcz jako nauczania Magisterium. W komentarzu o. Błażeja czytam radę dla siebie: więcej się modlić niż mądrzyć. Chcę dołączyć tę drugą: sięgajmy do źródeł, by nie mijać się z prawdą. Pozdrawiam wszystkich dyskutantów i bardzo dziękuję panu Tomaszowi Dekertowi za ten tekst i wywołaną dyskusję.

modlitwa a normy moralne

Padło w tej dyskusji takie oto pytanie: "Czy nie istnieje ani jedna szczegółowa norma moralna, o zmianę której modlicie się wytrwale?" To pytanie kojarzy mi się z innym rodzajem modlitwy. Czasem człowiek nie widzi, jak bardzo przywiązał się do jakiegoś grzechu. Dobrze wtedy szczerze powiedzieć Bogu jakoś tak: "Boże, Ty widzisz, że chcę żyć dla Ciebie. Ty widzisz, że mam upodobanie niezgodne z Twoim przykazaniem. Wręcz chciałbym, żeby to, co lubię, nie nazywało się grzechem i było dozwolone. Proszę Cię, przemień moje myślenie. Niech mnie grzech nie zniewala. Daj mi upodobanie w Twoim prawie". A prościej i biblijnie: "Wieczna jest sprawiedliwość Twych napomnień, daj mi je zrozumieć, a żyć będę" (Ps 119, 144).

Panie Miłoszu,

postaram się odpowiedzieć choćby krótko, bo czuję się współodpowiedzialna za rozległość dyskusji. przepraszam za ewentualne chropowatości w wypowiedzi, czas mnie pogania, a przeczytałam i czuję przymus odpowiedzenia :-) "Czy nie ma ani jednej normy moralnej sformułowanej przez Magisterium, którą po głębokim namyśle uznaliście za niesłuszną? Czy, jeśli tak było, uznaliście za chrześcijańską cnotę przekonać się do słuszności tej normy? Czy, jeśli próbowaliście się przekonać, nigdy nie zdarzyło się wam bezradnie rozłożyć rąk? Czy nie istnieje ani jedna szczegółowa norma moralna, o zmianę której modlicie się wytrwale?" Ileś lat temu być może powiedziałabym: tak, są normy, które po długim (czy głębokim?) namyśle uznaję za niesłuszne. Po latach (od studiów minęła mi, powiedzmy, co najmniej pełnoletność) mogę powiedzieć tylko: są normy, o których wiem, że szalenie trudno byłoby mi się do nich zastosować (poza tym, że świadomość własnej grzeszności jest równiez świadomością, że pewne normy zdarza mi się naruszać - czy nie tak?). Zdarza mi się więc modlić, w niektórych wypadkach często, bym na pewne próby nie była wystawiona, bo mogłabym nie dać rady. co do filozofii - by się wypowiedzieć serio, musiałabym sięgnąc do pewnych starych książek, czego nie zdążę zrobić w czasie tej dyskusji. Pewnie popełniam jakiś błąd, zwłaszcza z Pańskiego punktu widzenia, ale zdarza mi się (od czasu moich studiów właśnie) oceniać doktrynę po konsekwencjach w dziedzinach praktycznych czy szczegółowych (konsekwencje moralne właśnie), jakie z niej można wyprowadzić. Niewątpliwie jest to szczególna droga do, jak mu poufale mówimy, Tomasza, ale jest :-) Aha, relatywizm w zastosowaniu - chyba własnie wtedy, gdy próbuję oceniać słuszność ja - a nie wyprowadzić z normy ogólnej bądź - z Objawienia. Do innego Tomasza: Tomku, czy ja już kiedyś mówiłam, jak ja bardzo tych Niemców nie lubię? to jest, filozofów niemieckich, oczywiście, w skrócie sprowadzanych w moich czasach do triady Kant, Hegel, Marks... Brzmi to wszystko niezwykle szumnie i chmurnie, i głęboko, a w rzeczywistości, po dokonaniu pewnych rozbiorów... nie napiszę, żeby nie urazić zwolenników.

@ Miłosz

Pytając o punkty styku Twojej koncepcji z chrześcijaństwem, chodziło mi przede wszystkim o to, jak się ona ma do nauki Chrystusa, euaggelion o Jego wcieleniu, śmierci i zmartwychwstaniu, do Starego i Nowego Testamentu, wiary i nauki Kościoła dotyczącej ludzkiej natury, kondycji, problemu zła i grzechu, działania łaski itd. Wszystkie te rzeczy też przynależą do "niezmienników" i to na nich oparte są te szczegółowe normy moralne, które tak Cię uwierają. I chyba nie ma tu ucieczki przed "esencjalizmem", w każdym razie w tym sensie, że mowa tu pewnych prawdach, o rzeczywistości, która nie jest zależna od woli podmiotu, bardziej niż istnienie układu heliocentrycznego. Oczywiście może on zdecydować, że nie akceptuje takiego ujęcia rzeczywistości i żyć opierając się wyłącznie o własne poglądy, tworzone przez siebie doraźnie teorie i implikowane przez nie wzorce postępowania, tak samo jak może zdecydować się spalić wszystkie dostępne sobie egzemplarze De revolutionibus orbium i w imię własnej wolności i autentyczności umeblować sobie własny wszechświat, w którym Ziemia ma kształt wstęgi Moebiusa i krąży po kwadratowej orbicie wokół Aldebarana. Bez wątpienia będzie wtedy w jakiś sposób wolny. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że rozwój chrześcijaństwa nie zakończył się u progu nowożytności, ale nie oznacza to dla mnie bynajmniej, że dopiero wtedy się rozpoczął, i że powinienem bardziej opierać się na Harnacku niż na Pawle czy na Rahnerze niż na Tomaszu. Chcąc być w tego rodzaju myśleniu konsekwentny, musiałbym przyjąć, że Ewangelia zawiera pewne ograniczenia (jest na prymarnym stopniu rozwoju), które zostały szczęśliwie w późniejszych czasach przezwyciężone. Jezus nie mógł jeszcze powiedzieć tego, co mógł już powiedzieć Luter, a Luter tego, co stało się już możliwe dla Tilicha. It's nonsense, isn't it? To nie tak działa w moim odczuciu. W odniesieniu do argumentu za stykiem Twojej koncepcji z chrześcijaństwem, wedle którego są ludzie, którzy żyją w ten sposób (tu nie jest dla mnie jasne, czy mówisz ogólnie o "autonomicznym planie i odwadze w działaniu" czy o szczegółowych implikacjach typu stosowania środków antykoncepcyjnych), którzy "bez wątpienia są chrześcijanami", zapytałbym o kryterium ich chrześcijańskiej tożsamości. Czy są chrześcijanami, bo żyją według nauki Chrystusa, czy też żyją według własnych "autonomicznych planów" i sami siebie uważają za chrześcijan? Wiesz, według statystyk opartych o autodeklaracje w Polsce jest prawie 40 000 000 katolików... I jeszcze w kwestii Twojego pytania o niemożliwą do zaakceptowania normę moralną. Zupełnie szczerze - nie mam takiej. Z prostego powodu: jestem głęboko i egzystencjalnie (częściowo wręcz empirycznie) przekonany, że niosą one człowiekowi dobro, że stoją na jego straży, że ono jest ich celem itd. Oczywiście "dobry" nie równa się łatwy, przyjemny, miły, czy wygodny.

Panie Miłoszu,

zadał Pan konkretne pytanie, a więc (czując się poniekąd uczestnikiem tej rozmowy, choć takim może bardziej z tła) odpowiem od siebie: wątpliwości i pytania co do norm moralnych, głoszonych przez Magisterium są chyba czymś, co się zdarza członkom naszej wspólnoty (mnie też), ale w zasadzie wydaje mi się, że "po głębokim namyśle" właśnie przyjdzie się z nimi zgodzić. (Może nie obejmuję tu teraz wszystkich owych norm moralnych, ale te w kwestii rodziny, o których traktuje tekst Tomka.) Kluczem jest mistyka, wejście w tajemnicę, złączenie się z Bogiem, pragnienie tego. I to nie jest coś, co podlega modom czy przemianom historycznym. Bóg jest jeden na wszystkie czasy (i nie tylko czasy), a my na Jego podobieństwo. Kościół zaś nie ma w interesie reklamowania się czy przypodobania współczesnej cywilizacji. Są przecież rzeczy NIEZMIENNE. Nie potrafię uwierzyć w to, że Pan w to wątpi. :) Można mieć trudności w akceptacji wielu rzeczy, ale sedno nie tkwi , moim zdaniem, we wchodzeniu w to, na ile się zgadzam z jakąś ustaloną przez Magisterium normą, tylko w zastanowieniu się, jak kocham. Czego ta Miłość wymaga.

@p. Miłosz

Pańska sytuacja jest dramatycznie trudna. Katolicyzm w takim rozumieniu, jaki Pan prezentuje, stał się dla Pana pułapką, z której nie wychodzi się o własnych siłach. Jest jeszcze gorzej. Nie istnieje argument, drugi człowiek, który pomógłby panu się z tej pułapki wydostać. Szczęśliwie jest jeszcze Jezus. On ma moc wydobycia Pana z tego, w czym Pan tkwi. Jak On to robi,opisałem w ostatniej części książki Pomazaniec. Schemat zniewolenia,który tu działa, rozpoznał Kierkegaard. Wolność, która sama siebie niewoli,a bazą do tego jest nieprawda na swój temat, nieprawda bycia.I Zbawca to niweczy. Tak, Jezus może wyciągnąć Pana z Pańskiej pułapki, jak wyciągnął Nikodema, Piotra, Pawła.Jakie dobre ma Pan towarzystwo :-) To, co tu kluczowe, ciągle takie samo, tylko detale scenariuszy odmienne. Jezus sam o tym po swojemu opowiada w trzech rozmowach w świątyni zapisanych w Janowej ewangelii. Pozdrawiam Pana najserdeczniej

Very good!

I don't understand nothing. ;). Yes. (Kawa i papierosy, cz.1)

Wspaniała dyskusja! Niestety

Wspaniała dyskusja! Niestety sprawa tak się rozrosła, że trudno mi teraz odnieść się do wszystkich poruszonych zagadnień. Gdybym chciał to zrobić, musiałbym napisać jakiś monstrualny artykuł. Z tego powodu zamknę mój wywód raz jeszcze w wyjściowej tezie (mam nadzieję, że precyzyjnie). 1. Nie zgadzam się z nauką Magisterium Kościoła o antykoncepcji i w wielu punktach z nauką o życiu małżeńskim. 2. Nie zgadzam się, ponieważ uważam, że katolikom narzucane są normy, które ograniczają ich wolność. 3. Nie chcę, by Magisterium mówiło o człowieku posługując się jego "istotą", ponieważ pojęcie to wydaje mi się trudne do zaakceptowania (wątpliwy grunt filozofii Arystotelesa) oraz godzi ono w wolność podmiotu. Niezgoda na pojęcie "istoty" nie oznacza skrajnego relatywizmu lub kwestionowania istnienia prawdy. 4. Nie przekonuje mnie koncepcja "teonomii uczestniczącej". Z psychologicznego punktu widzenia można zaatakować ją jako "interioryzację" (bezradne uznanie za własne tego, co zewnętrzne i konieczne). Trafny jest również, moim zdaniem, zarzut Fryderyka Nietzschego, że jest to "resentyment". 5. Sytuację rzekomej wolności wyboru (zaakceptować normę moralną i pozostać we wspólnocie albo nie zaakceptować i być wyłączonym, przynajmniej ze wspólnoty sakramentalnej) porównałem do szantażu. Zrobiłem to, ponieważ rozróżniam jakościowo między nieakceptowaniem dogmatów wiary, a nieakceptowaniem szczegółowych, historycznie zmiennych norm moralnych. 6. Wydaje mi się, że większość dyskutantów (być może wszyscy) traktuje moje opinie jako zewnętrzne względem kościoła poglądy. Stąd analogia do szantażu logiką Arystotelesa. Przedmiot sporu, nie dotyczy jednak tego, czy ja mogę określony zespół norm nazwać katolickimi, ale czy te a nie inne normy funkcjonować powinny jako katolickie i jak wpływa to na moją przynależność do katolickiej wspólnoty. 7. Jest w Kościele Katolickim jakiś niezrozumiały dla mnie strach przed różnorodnością. Jedność wspólnoty rozumiana jest jako postępowanie wedle jednej przynależnej wszystkim (np. małżonkom) istoty. Ja jestem w stanie zrozumieć tego typu postulat jedności wyłącznie w kwestii dogmatów wiary. 8. Na koniec chciałbym zadać uczestnikom dyskusji trochę bardziej osobiste pytania. Nie pytam, by odpowiedź atakować, ale ze szczerej ciekawości. Czy nie ma ani jednej normy moralnej sformułowanej przez Magisterium, którą po głębokim namyśle uznaliście za niesłuszną? Czy, jeśli tak było, uznaliście za chrześcijańską cnotę przekonać się do słuszności tej normy? Czy, jeśli próbowaliście się przekonać, nigdy nie zdarzyło się wam bezradnie rozłożyć rąk? Czy nie istnieje ani jedna szczegółowa norma moralna, o zmianę której modlicie się wytrwale? Ja tak własnie mam. Stąd moje przekonanie, że bezwarunkowe podporządkowywanie się Bożej woli nie jest zawsze dobrym rozwiązaniem.

Dziękuję i przepraszam.

Dziękuję Panu Profesorowi i Pani Beacie. Przepraszam, że się uchylam od odpowiedzi, panie Miłoszu. Przyznaję, że po prostu zupełnie nie wiem,jak z Panem dyskutować, ponieważ różnimy się do co pryncypiów. Szczerze podziwiam pana profesora Grabowskiego i panią Beatę, że potrafią odnieść się do poszczególnych wątków Pana myśli i prowadzić rzeczową dyskusję. Zazdroszczę, ale nie potrafię wyabstrahować od następujących różnic. Po pierwsze, ja wierzę, że w Kościele objawia się żywy Bóg i Jego Prawda, z której biorą się wskazania, jak żyć. Pan - jeśli dobrze rozumiem - traktuje Kościół jako "historycznie zmienną instytucję nauczającą", która z czasem zmienia swoje "szczegółowe nakazy moralne". To różnica zasadnicza, ale nie najważniejsza. Po drugie, pan optuje za "nie-esencjalistycznym" pojmowaniem podmiotu. Dobrze rozumiem, że chce Pan widzieć człowieka jako kogoś, kto sam może zdefiniować swoją istotę? Ja - jak Pan już zauważył - wierzę w niezmienną istotę człowieka, obiektywną i niezależną od jego chęci, zdefiniowaną aktem stwórczym Boga, którą człowiek może w sobie odnaleźć i zrealizować lub zatracić (według własnej woli). Po trzecie i najistotniejsze - Pan "sceptycznie podchodzi do pojęcia istoty". Dobrze rozumiem, że oznacza to, iż nie jest Pan przekonany o istnieniu obiektywnej i niezmiennej prawdy? Ja jestem przekonana, że prawda jest niezależna od naszego widzimisię - możemy ją poznawać, przyjąć lub odrzucić, ale nie możemy w dowolny sposób nazywać prawdą tego, co chcemy za nią uznać. Tak więc i wolnością nie możemy nazwać tego, co sami chcielibyśmy za wolność uważać. W tej sytuacji mnie wcale nie dziwi Pana zestawianie nauczania Kościoła z szantażem. Tylko że równie mocno znamiona szantażu nosiłaby np. nauka Arystotelesa, jeśliby ująć ją następująco: albo dojdziesz do tego samego wniosku, że A=A, albo nie pozwolę nazwać twego rozumowania logiką arystotelesowską.

Panie Miłoszu, w sprawie wolności, może się przyda?

Ja potrafię myśleć o wolności tylko tak naiwnie, w prostych kategoriach rycerskich. Feudalny porządek rzeczy stwarzał zdrowe warunki dla realizacji wolności, zwłaszcza mężczyźnie. Biorę zwykle pod rozwagę rycerza, bo jest mi bliższy, niż włościanin, czy duchowny. Czy rycerz podlegając panu tracił wolność? Przecież trafiał na jego służbę zasadniczo na całe życie! A jego życie było ograniczone twardymi ramami prawa i zwyczaju. Chcąc pozostać rycerzem nie mógł wybierać wszystkiego, mógł tylko w tych ramach. [Tu można wstawić znane nam ze szkoły obrazy Zawiszy Czarnego, Rolanda, Tristana, Zbyszka!] Zawsze mógł się jednak zdegradować, rozerwać węzeł zależności feudalnej i zbiec na jakieś "dzikie pola". Zostać wolnym chamem, albo dzikim rozbójnikiem. Mógł też oddać się na służbę innemu panu, czyli zostać zdrajcą. Decyzja o wyjściu z ram prawa to też realizacja wolności. Jak się porówna skutki tych decyzji to widać, o co chodzi z tą istotą człowieka. Człowiek może się spełniać w zgodzie ze swoją istotą, albo degenerować, zaprzeczając jej. Obranie kierunku na istotę wymaga postawienia granic, bo tego domaga się prawda tej istoty. Rycerz jest np. w istocie wierny, a to znaczy, że trwa przy jakimś dobru bez względu na okoliczności. Stałości i niezmienności wyborów chroni generalna norma, bo nie można danego dobra (np. pokoju, dobrego imienia, czyjejś czci) uchronić, jeśli będzie się przy nim trwało tylko przygodnie, kiedy nam ta wartość błyśnie swoim blaskiem. Konieczna - i dlatego wymagana obowiązkiem - jest ta stałość, ten znój codzienny. Błyski są w nagrodę. Tak samo to działa z innymi dobrami. Pozdrawiam Pana serdecznie!

@p. Beata - podziękowanie, @p. Miłosz - dzięki za precyzyacje

Dziękuję p. Beato za wpis. Nie muszę odpisywać p. Miłoszowi. Wyręczyła mnie Pani wspaniale.

przepraszam, że się wtrącam pod koniec dyskusji

przede wszystkim - co do jednego wątku. Panie Miłoszu, wydaje mi się, że coś poplątało się w Pańskim wywodzie, albo ja go zupełnie nie rozumiem: 1.”nosić znamiona szantażu” - to zrozumiałe wyrażenie, tylko zastosowanie go jest zupełnie niezrozumiałe. Nie ma wolności noszącej znamiona szantażu, taka wolność nie istnieje. Zatem to, o czym Pan pisze, jest dla Pana brakiem wolności wyboru. A wolność wyboru, na co zwrócił uwagę Pan Profesor Grabowski, istnieje zawsze. Jak sądzę, nie chcąc (nie wiem, czy świadomie) wyciągać konsekwencji z napisanych słów, nie skończył Pan zdania w poprzednim wpisie: „Jest to jednak wolność, która nosi znamiona szantażu: albo zadeklarujesz uroczyście przed wspólnotą, że chcesz mieć dzieci, że będziesz przestrzegać zasad katolickiej nauki o małżeństwie, albo..”. Albo co, Panie Miłoszu? Albo – co? 2. czy pytanie w pkt 2 można wyrazić po polsku? Może łatwiej byłoby znaleźć błąd logiczny w samym jego postawieniu, bo wydaje mi się, że taki błąd jest. Przeciwstawienie autonomii podmiotu heteronomii normy jest chyba pewną oczywistością, a napięcie, jakie powstaje, może służyć doskonaleniu się podmiotu lub zmianie normy (systemu norm). Pytanie dotyczy chyba w istocie konsekwencji tego przeciwstawienia. I dlaczego podmiotu nie należy ujmować w sposób esencjalistyczny? Cóż to psuje? 3. (także II akapit w 1.) Czy chodzi o punkty styku z chrześcijaństwem, czy z katolicyzmem? Nie zawsze, gdy ktoś stawia się poza Kościołem katolickim, stoi poza chrześcijaństwem. Jak się zdaje, dotyczy to m.in. nauki o małżeństwie (choć czy również o płodności – proszę o ratunek specjalistów, protestantów nigdy nie spytałam). Ponadto: chrześcijaństwo to nie tylko sposób życia (to chyba dość stary problem: nie każdy zachowujący ów „właściwy” sposób życia jest chrześcijaninem, może być pogańskim mędrcem, na przykład) 4. czy chrześcijaństwo się rozwija? Czy powinno? Czy rozwija się „poprzez filozofów i teologów”? poprzez umysł, tylko? czy też rozwijają się poszczególni chrześcijanie, na swojej życiowej drodze? W ogóle, czy kategoria rozwoju jest tu przydatna i do czego? Chodzi o rozwój czy o postęp? A także, w tym samym punkcie: (i)co to jest „otwarta egzystencja”? (ii) czy aby wartości nie wyznaczają norm? Jesli nie, to skąd się biorą normy? (chyba Kant się kłania, nie Hegel - a właściwie złośliwie wyziera zza ramienia dyskutującego). 5. Ucieszyłabym się , gdyby mógł Pan sprecyzować, cóż to jest ów „nie-esencjalistyczny podmiot”. Wydawało mi się, że wiem, o co chodzi w tej dyskusji, ale przy nie-esencjalistycznym podmiocie już nie wiem. Jeśli moje pytania brzmią w jakiś sposób napastliwie, to przepraszam, tak być nie miało. Jak wiele razy zauważyliśmy, komentarze nabierają tu czasem innych znaczeń, niż zamierzał autor. Ogólnie rzecz biorąc, mnie samej, po iluś latach własnych sporów z Normą, a braku – w zasadzie – przeczenia Jej istnieniu, wydaje się, że tak właśnie jest, jak napisał Pan Profesor. Istnieje wolność, i jest to wolność wyboru, przy czym możliwości są dwie: albo – poddaję się Bogu (z miłością , co dopisuję dla usunięcie ewentualnych wątpliwości) – i wtedy akceptuję to, co z tym się łączy, w tym zasady, które obowiązują w Kościele, albo – druga możliwość: nie akceptuję tych zasad, chcę do innego (żadnego? To też możliwe) kościoła, gdzie obowiązują inne zasady. Mogę mieć wrażenie, że się Bogu poddaję, ale to już kwestia poza Kościołem katolickim. Wymaga tego i konsekwencja w rozumowaniu, i w stosowaniu zasad (norm). Z mego punktu widzenia z przyjęcia określonych wartości wynikają określone normy – a jeżeli nie udaje się ich stosować, to kwestia mojej niedoskonałości, z którą trzeba się pogodzić, choć z jej konsekwencjami niekoniecznie. Niech będzie, że to szantaż: albo chcesz mieć dzieci i będziesz przestrzegać zasad katolickiej nauki o małżeństwie, albo po prostu nie dążysz do katolickiego małżeństwa... tak też można, świat to umożliwia. Tak to szantażem nazwaliśmy po prostu świadomość wyboru. Dotyczy to nie tylko nauki o małżeństwie. PS Tomku, dzięki, wiele wyjaśniłeś w odpowiedzi. Jak chyba widać z moich pytań (i stwierdzeń) powyżej, trudno mi się z Tobą (i p.Kingą Wenklar) nie zgodzić, gdy chodzi o pryncypia. Gdy chodzi o konkretnych ludzi, daleka byłabym od osądzania ich bez posiadania wiedzy o ich konkretnych przypadkach. Genialne streszczenie (znacznie szerszego) problemu w słowach "miłość i odpowiedzialność", gdy przychodzi do szczegółowego rozwinięcia, potrzebuje rzeczywiście czasem bardzo wielu słów. I tyle.

Tomku,

ze wszystkim, właściwie, co piszesz się zgadzam, nawet bardzo. I dziękuję Ci za ten tekst. Jest w nim naprawdę wyraz wielkiej wiary i oddania (czy też chęci oddania) Bogu. Zgadzam się, jak napisałam, i sama też uważam, że chodzi właśnie o maksymalizm w chrześcijaństwie. Tyle, co mam do dodania i poniekąd na obronę (i bynajmniej nie odwołując tego, co napisałam wcześniej): zawsze CHCĘ mówić Bogu "tak", ale nie zawsze mam na to siłę, stąd wiem, że czasem wybiorę rozwiązanie - powiedzmy - łatwiejsze. Jeśli nie jest grzechem, nie muszę się chyba wstydzić. Ale proszę Cię byś zauważył tylko taką rzecz: podjęliście (Ty i Kinga) kwestię npr - sprawę niezwykle delikatną, nie należy więc dziwić się oporowi, który wyraża wiele komentarzy. Ty napisałeś teraz odpowiedź bardzo długą, tłumacząc wszystko dokładnie i ściśle, krok po kroku - bo dokładnie tak trzeba by o tym mówić, by nie sprawiało to wrażenia jazdy walcem. Dlatego, przyznając Ci rację i rozumiejąc Twoje intencje - wbrew pozorom - od samego początku, uważam, ze tekst Kingi był zbyt czarno biały, sprawa delikatna, a sedno widać dopiero w Twojej odpowiedzi: że w kwestii npr odwróciły się niebezpiecznie proporcje, co jest tylko punktem wyjścia w dyskusji o pełnym zaufaniu Bogu. Czy tak?

1. "Nosić znamiona szantażu"

1. "Nosić znamiona szantażu" to rzeczywiście jakiś dziwoląg językowy. Miałem w tym przypadku na myśli sytuację, która opisywana jest jako wolność podmiotu, ale pod wieloma względami podobna jest do szantażu. Krótka uwaga: rozumiem sytuację, w której ktoś neguje bóstwo, czy wcielenie Chrystusa (lub inny dogmat). Wówczas sam staje poza wspólnotą kościoła i mówi: ja wierzę w co innego. Nie rozumiem natomiast, dlaczego ktoś, kto w kwestii prowadzonego w małżeństwie współżycia i ewentualnego potomstwa, stawiany jest w sytuacji: albo dojdziesz do tego samego wniosku i odkryjesz (na zasadzie teonomii), że to cię maksymalizuje, albo nie będziesz mógł przyjmować Komunii Świętej, zawrzeć małżeństwa, ochrzcić dzieci, współżyć nie grzesząc itd... 2. Pytanie, które miałem na myśli: jak pogodzić autonomię podmiotu z heteronomią prawa moralnego, nie ujmując równocześnie podmiotu w sposób esencjalistyczny? 3. Tomasz Dekert zasugerował, że to, o czym piszę jest jedynie "teoretycznym konstruktem", a nie możliwym chrześcijańskim "programem życia". W tym celu miałem podać "punkty styku". Sądzę, że jest to chrześcijański "program życia", bo istnieją ludzie, nawet całe wspólnoty, które (i) tak żyją, (ii) są chrześcijanami. 4. Sądzę, że chrześcijaństwo rozwija się właśnie przez swoich teologów i filozofów. Myśliciele, którzy (i) opisują człowieka jako otwartą egzystencję, (ii) oczekują orientacji podmiotu etycznego względem wartości, a nie względem normy, są również "punktami styku". 5. Co to właściwie jest "liberalna wizja wolności"? Nie używałem tego pojęcia w dyskusji (poza ogólną wzmianką o "neo-liberalnej kulturze"). Jeśli określą ją np. preferencjonizm wspomniany przez prof. Grabowskiego, to to nie jest to, o co mi chodzi. Chodzi mi o: (a) autonomię podmiotu, (b) nie-esencjalistyczny podmiot.

@p. Miłosz - proszę o uściślenia

Co to znaczy, że "jest to jednak wolność, która nosi znamiona szantażu"? Nie rozumiem tego nawet w porządku semantycznym: szantażować, to może ktoś kogoś w jakiejś sprawie. Co to znaczy, że wolność ma znamiona szantażu? Wolność może być skończona, nieograniczona, wewnętrzna, zewnętrzna, pozorna, prawdziwa... ale "mieć znamiona szantażu", dalibóg, nie rozumiem. "W jej świetle Ojcowie Kościoła, św. Augustyn, św. Tomasz nie mogli postawić takiego pytania o wolność." Jakiego pytania - z tekstu nie umiem wywnioskować? Wcześniej, pisze Pan; "Czy moja wizja wolności nie ma punktów wspólnych z chrześcijaństwem? Ma, o ile przyjmiemy, że jego rozwój nie kończy się u progu nowożytności." Trudno mi zgodzić się z Pańską identyfikacją "rozwoju chrześcijaństwa" z wybranymi poglądami pewnych teologów, filozofów. Niczyja wizja wolności nie ma punktów wspólnych z chrześcijaństwem, najwyżej z jego rozumieniem wolności. Liberalna takich punktów wspólnych nie ma. Argument zaś, że iluś myśli inaczej, sam Pan przyzna, nie jest żadnym argumentem.

Rzeczywiście moja uwaga

Rzeczywiście moja uwaga zawraca dyskusję na inne tory. Nie chciałbym robić tego wbrew uczestnikom. Temat wolności to szersze tło tematu antykoncepcji, naturalnych metod planowania rodziny, odpowiedzialności wspólnoty itd... Postaram się więc krótko odnieść do moich przedmówców i nawiązywać bezpośrednio do głównego zagadnienia. 1. Zgadzam się, że pełne zaakceptowanie Bożej woli wytycza człowiekowi "maksymalistyczny horyzont" oraz że "pozwala się człowiekowi rozwinąć", transcendować siebie itd. (Przykład z dziećmi zapewne bardzo trafny.) Trudno jednak odrzucić w tym przypadku "esencjalizm". Katolicki małżonek ma chcieć posiadać dzieci, żeby w ogóle zostać małżonkiem. Ma stosować naturalne metody, żeby pozostawać we wspólnocie sakramentalnej. Ma przyjmować liczne potomstwo... itd. Dlaczego? Bo to jest istotą małżonka. Jedyna pociecha to, że ta istota go "maksymalizuje". Ale czy zawsze? Czy wszystkich? Czy koniecznie? Śmiem wątpić. Tak jak sceptycznie podchodzę w ogóle do pojęcia "istoty". 2. W tej sytuacji, jak napisał prof. Grabowski, rzeczywiście "Wolność rozgrywa się pomiędzy zgodą na Boży plan a jego odrzuceniem". Jest to jednak wolność, która nosi znamiona szantażu: albo zadeklarujesz uroczyście przed wspólnotą, że chcesz mieć dzieci, że będziesz przestrzegać zasad katolickiej nauki o małżeństwie, albo... Jeżeli dodamy jeszcze do tego fakt, że wolę Bożą eksplikuje w postaci szczegółowych przykazów historycznie zmienna instytucja nauczająca, to niepodzielanie poglądu o "teonomii uczestniczącej" prowadzi do sporych problemów. (Nie twierdzę, że Kościół Katolicki jest zmienny w sprawie dogmatów wiary, a jedynie szczegółowych przepisów moralnych.) 3. Czy zatem mój pogląd jest niechrześcijański? Czy moja wizja wolności nie ma punktów wspólnych z chrześcijaństwem? Ma, o ile przyjmiemy, że jego rozwój nie kończy się u progu nowożytności. Być może bezkrytycznie przyjmuję tezę Hegla o historycznym dorastaniu ludzkości do wolności. W jej świetle Ojcowie Kościoła, św. Augustyn, św. Tomasz nie mogli postawić takiego pytania o wolność. Mogli je natomiast postawić np. Karl Rahner, czy Józef Tischner. Bardziej prywatnie (by zejść z piedestału teorii) mogę dodać, że poznałem osobiście wielu ludzi myślących podobnie jak ja (sam tego nie wymyśliłem), którzy bez wątpienia byli chrześcijanami. To bym uznał za "punkty styku".

@ Miłosz

Zgadzam się z prof. Grabowskim, że Twoja koncepcja jest oparta na braku rozróżnienia pomiędzy chrześcijańskim a zsekularyzowanym ujęciu wolności. Ja bym zapytał, albo lepiej, poprosił Cię, żebyś mi pokazał/udowodnił, nawet nie tyle, czy Twój projekt jest zgodny z chrześcijaństwem, co, że istnieją pomiędzy nimi jakiekolwiek punkty styku. Inaczej mogę o nim dyskutować jako o pewnym całkowicie teoretycznym konstrukcie (zresztą w moim odczuciu bardzo niekompletnym, nawet jako teoria), ale nie mogę wziąć go pod uwagę jako programu życia.

@ Iza, Seba, Piotr, Miłosz

Na Wasze zarzuty czy wątpliwości pozwolę sobie odpowiedzieć w punktach. Będzie długo niestety, ale nie potrafię tego ująć krócej, a zależy mi na precyzji. 1. Kwestia NPR w tekście Kingi. Moim zdaniem odczytywanie go jako "przejechania walcem" po NPR, a tym bardziej po ludziach stosujących NPR jest nieporozumieniem. Autorka nie deprecjonuje NPR-u jako takiego. Krytykuje to, jak w podskórny sposób coś, co miało pierwotnie pomagać małżonkom we wzajemnym poznaniu oraz w dążeniu do “cieszenia się upragnionym potomstwem”, a w nadzwyczajnych przypadkach (które Paweł VI w Humanae vitae ujmuje jako "słuszne powody wynikające bądź z warunków fizycznych czy psychicznych małżonków, bądź z okoliczności zewnętrznych") pozwalało na odsunięcie poczęcia, stało się w świadomości wielu katolików przede wszystkim narzędziem tego odsuwania, wokół którego narosła w dodatku jakaś “mistyka” wstrzemięźliwości w okresach płodnych* i aura nieodzowności (katolickie małżeństwo = małżeństwo stosujące NPR). Chodzi więc o odwrócenie proporcji. I ona (na ile oczywiście mogę się za nią wypowiadać) i ja krytykujemy czy sygnalizujemy zjawiska, które w naszym odczuciu pokazują - że użyję jej frazy z naszej korespondencji - jak strasznie zdryfowaliśmy jako wspólnota. Jest to więc próba oceny pewnych kierunków czy sposobów myślenia dających o sobie znać w Kościele, nie zaś sąd nad poszczególnymi ludźmi. Tymczasem mnóstwo osób poczuło się osobiście zaatakowanych i - w przypadku tekstu Kingi - krytykę błędnego z punktu widzenia wiary katolickiej dryfu NPR-u, odczytało tak, jakby ktoś rozliczał ich z tego, jak żyją. Od innej strony powiedziałbym, że Kinga krytykuje to, że przez część katolików NPR zaczął być traktowany jako coś,co pozwala im zachować godność w oczach świata: są oświeceni, ekologiczni, potrafią okresowo powstrzymać pożądanie, są w stanie odsuwać poczęcie dzieci równie skutecznie, co ludzie stosujący antykoncepcję hormonalną a bez skutków ubocznych, planują życie odpowiedzialnie (tzn. przede wszystkim mierząc własne zasoby i siły na zamiary), itd. A wszystko to przy haśle: jesteśmy katolikami, tacy są nowocześni katolicy. Tylko, że zachowanie godności w oczach świata, na jego warunkach, nie ma już zbyt wiele wspólnego z chrześcijaństwem. 2. Podobnie moim zdaniem nie ma zbyt wiele wspólnego z chrześcijaństwem traktowanie naszej słabej i grzesznej ludzkiej kondycji jako głównego kryterium formułowania sądów na temat pryncypiów życia chrześcijańskiego (a Kindze i mi chodzi przede wszystkim o pryncypia). W tego typu rozmowach zawsze w pewnym momencie pojawia się argument typu: "przecież są ludzie, którzy..." i tu następuje wyliczanka: są biedni, nieświadomi, niegotowi, słabi psychicznie itd. Ale to przecież dotyczy nas wszystkich bez wyjątku i nie wiąże się wyłącznie z kwestią otwartości (tudzież nie) na potomstwo. Można np. zapytać, dlaczego Chrystus, kiedy uczył o miłości nieprzyjaciół i nadstawianiu drugiego policzka (nb. dlaczego to przykazanie, jakże trudne do zachowywania, nie jest przedmiotem tak zaciekłych sporów jak NPR?) nie dodał mnóstwa zastrzeżeń typu: "jeśli cię nie poniżyli" (bo przecież mogą być ludzie, którzy zniosą wszystko, o ile to nie dotyka ich ego), albo "jeśli sprawa nie będzie dotyczyła pieniędzy" (bo przecież od niektórych nie można wymagać, aby kochali ludzi, którzy ich ograbili albo oszukali), itd.? Nauka Chrystusa wyznacza maksymalistyczny horyzont, nie dlatego, jak uważa Miłosz, że jest gotowym szablonem, odgórnie zdefiniowanym kształtem człowieka, ale dlatego, aby pozwolić człowiekowi naprawdę się rozwinąć. Nie jesteśmy kompletni, ukończeni - ileż do tej pory zrobiliśmy rzeczy, które wcześniej przekraczały nasze możliwości wyobrażenia sobie, że damy radę to zrobić? Czy wiem, ile jestem w stanie z siebie dać, zanim nie zdecyduję się tego zrobić? Zaufanie Bogu nie dotyczy przecież tylko kwestii tego, co będziemy jeść i pić, ale również sił, zdolności poświęcenia, wyzbywania się egoizmu (czy to kiedykolwiek przestanie być potrzebne?), cierpliwości. To wiara, że to wszystko dostaniemy. Dlatego Kościół mówiąc o rodzinie, potomstwie, otwarciu na płodność zaczyna od maksymalizmu: całkowite otwarcie, całkowite zaufanie, pełna, nie blokowana w żaden sposób realizacja seksualności i prokreatywności (ujętych w formę monogamicznego małżeństwa rzecz jasna), przyjęcie w pełnym poczuciu wolności wszystkiego, co w tym od Boga dostaniemy i wiara, że jest to dla nas dobre, nawet jeśli trudne (dobre = m.in. ulepszające nas, pozwalające nam przekroczyć nasze ograniczenia). Oczywiste jest, że każdy z nas realizuje to inaczej z uwagi na nasze "warunki fizyczne i psychiczne", koleje życia, podejmowane na dany moment decyzje. Ale jeśli zamiast od tego maksymalistycznego i w gruncie rzeczy ponadludzkiego, transcendentnego horyzontu będziemy wychodzić od naszych ludzkich ograniczeń i z nich uczynimy główny punkt odniesienia, to zamkniemy sobie drogę do duchowego rozwoju. To sam dotyczy wszystkich aspektów życia chrześcijańskiego. 3. W kwestii mojej tezy o (braku) pomocy wspólnoty. To jest pole do rozważań nad dziwną fluktuacją pojęcia odpowiedzialności wśród katolików. Oczywiście w sytuacji, kiedy ktoś cynicznie wykorzystuje własną trudną sytuację materialną, wszystko jedno czy związaną z wielodzietnością czy nie, aby uzyskiwać materialną pomoc, samemu nie starając się tej sytuacji w jakikolwiek sposób zaradzić, właściwym wyrazem miłości bliźniego jest kopnięcie go w tyłek, żeby wziął za siebie i swoją rodzinę tę odpowiedzialność, jaką jest w stanie. Nie wiem tylko, dlaczego kojarzyć wszelką wielodzietność z tego rodzaju przypadkami i traktować je jako coś, co miałoby określać reguły chrześcijańskiej odpowiedzialności. A tak to trochę wychodzi z części Waszych wypowiedzi. Słuszne jest, abyśmy starali się w sposób samowystarczalny zapewnić byt naszym rodzinom - to jest normalna postać rzeczy. Ale przecież tego rodzaju "odpowiedzialność" nie jest czymś stabilnym. Bo np. moje dzieci mogą się urodzić wówczas, kiedy mam pracę i zarabiam tyle, ile trzeba, ale wystarczy abym stracił pracę, uległ wypadkowi i co, nagle moje wcześniejsze decyzje były nieodpowiedzialne? I usłyszę od innego chrześcijanina, że trzeba było myśleć wcześniej i nie robić tylu dzieci, to teraz nie miałbym kłopotu i nie zawracał głowy innym, bardziej odpowiedzialnym ode mnie ludziom? Samowystarczalność to tylko część tego, co bym określił jako chrześcijańska odpowiedzialność, zresztą - wbrew temu nurtowi myślenia, z którym tutaj polemizuję - wcale nie ta najważniejsza. Ta druga to poczucie odpowiedzialności za potrzebujących współbraci (czy też ludzi po prostu), niezależnie od tego - wyjąwszy przypadek cynizmu, kiedy pomoc trzeba połączyć z kopniakiem - dlaczego się w potrzebie znaleźli. Chodzi o to, aby punktem wyjścia uczynić myśl, że może mam w danym momencie szansę być narzędziem Opatrzności, nie zaś przekonanie, że ktoś sam jest sobie winien i sam powinien sobie poradzić. Trudno się dziwić, że mamy problem z uwierzeniem w Boską opiekę, skoro nie podejmujemy tego rodzaju szans. I proszę nie czytać tego jako zarzut czy chęć rozliczania kogokolwiek, tylko jako próbę opisu jakiegoś naszego zdryfowania jako wspólnoty (zresztą wcale nie będącego czymś nowym) oraz, w ramach tego, zwerbalizowany wyrzut mojego własnego sumienia. ___________________________ *) Jeśli chodzi o tę “mistykę”, jak i o dziwactwa związane z antykoncepcyjnym stosowaniem NPR przez katolików, to znalazłem ostatnio rozmowę na forum, która to w moim odczuciu w dość groteskowy, żeby nie powiedzieć tragikomiczny to ilustruje.

@ p. Anna, p. Olgierd, Maciej, Filip, p. Marian

Bardzo dziękuję za komentarze. Pani Annie zwłaszcza za bardzo głęboki opis zaufania. Filipie, te badania przywołałem, bo akurat ostatnio o nich słyszałem, ale to tylko jeden z szeregu przypadków, kiedy ten temat pomocy państwa w kontekście dzietności się pojawia. Cóż, być może chybiony, ale chyba problem pozostaje. Nie do końca się zgadzam ze zrównaniem sytuacji wywołanej tekstem Kingi i naszych tu niegdysiejszych bojów. Ale to inna sprawa i pewnie nie ma sensu do tego wracać.

Nowy temat dyskusji

Wprowadza Pan, panie Miłoszu, nowy temat do tych rozważań. Temat wolności i to chyba zupełnie nie przeczuwając radykalności różnicy chrześcijańskiego i zsekularyzowanego rozumienia wolności, gdy Pan pisze: "Co zrobić jednak, gdy człowiek domaga się dla siebie wolności? Gdy nie odnajduje się w "teonomii uczestniczącej"?" Uczestnicwo w planie Boga dla mnie jest rozegraniem mojej wolności - naprawdę wolności! By mogło się to dokonać muszę zawierzać. Wolność rozgrywa się pomiędzy zgodą na Boży plan a jego odrzuceniem. Realizuję i to realizuję definitywnie swoją wolność, gdy Boży plan akceptuję i równie serio wydarza się moja wolność, gdy ten plan względem siebie odrzucam. Ostatecznie wolność człowieka rozgrywa się w nieredukowalnej perspektywie opcji: zbawienie - moja wieczność z Bogiem i potępienie - moja wieczność bez Boga. Nie ma niczego pośredniego.Wszyskie czyny wolności są po to, by wykrystalizował się wybór ostateczny. Zsekularyzowana filozofia wolności przyjmuje obraz wolności, która rozgrywa się pomiędzy niepoliczalną liczbą możliwości i nie ma tu żadnego definitywnego wyboru, jest wiele wyborów równoprawnych, równocennych. Wolność nie wydarza się tu przez zawierzenie Bogu, ale jako czyn, którego efekt tylko człowiek ustanawia. Dwa światy - światy nie do pogodzenia. Obce sobie.

Chciałbym odnieść się do tego

Chciałbym odnieść się do tego krótkiego fragmentu: "To Bóg stworzył nas razem z naszymi pragnieniami i ograniczeniami. Boże powołanie nie jest niczym z zewnątrz - odpowiada naszej najgłębszej istocie! Dlatego nie trzeba się bać, że jeśli zawierzymy Bogu, nasze życie nas przerośnie i obarczy cierpieniem nie do uniesienia". Jeżeli dobrze zrozumiałem intencję autorki, wyraża ona pogląd, który w teologii nazywany jest "teonomią uczestniczącą". Próbuje on pogodzić rzekomo heterogoniczny (zewnętrzny) charakter prawa moralnego, z autonomią działania, której domaga się człowiek (szczególnie człowiek współczesnej, neo-liberalnej kultury). Magisterium Kościoła (np. Jan Paweł II w encyklice "Veritatis Splendor") utrzymuje, że człowiek nie powinien obawiać się tego konfliktu, ponieważ posługując się właściwie uformowanym sumieniem, postępując w sposób autonomiczny (samodzielny), odnajdzie w sobie właśnie owo prawo Boże (Bożą wolę), dobrowolnie uczestniczyć będzie zatem w Bożym prawie (Theos to Bóg, nomos to prawo). Tu pojawia się jednak pewien problem. Co zrobić, gdy ktoś po namyśle dochodzi do innej odpowiedzi: że na przykład nie chce mieć dzieci, albo że jedno (dwoje, troje) dziecko to już dosyć? Magisterium Kościoła i uczestnicy tej dyskusji udzielają wówczas dwóch odpowiedzi: 1. Masz źle uformowane sumienie, nie odkryłeś w sobie prawdy, to do czego doszedłeś to tylko pozory prawdziwej odpowiedzi. Prawdziwa odpowiedź musi okazać się teonomią uczestniczącą. 2. Nie zaufałeś Bogu, koncentrujesz się na sobie, a nie na Bogu. (Tę odpowiedź przyporządkowałbym Annie Pankiewiczowej.) Obie odpowiedzi obarczone są jednak "esencjalizmem" - odgórnym zdefiniowaniem, czym powinien być człowiek i co powinien robić, aby tym być. W cytowanej powyżej wypowiedzi pojawia się to wprost, autorka pisze o "najgłębszej istocie" człowieka. Co zrobić jednak, gdy człowiek domaga się dla siebie wolności? Gdy nie odnajduje się w "teonomii uczestniczącej"? Z tego właśnie względu, co napisałem w dyskusji poniżej, sądzę, że Bóg oczekuje od człowieka autonomicznego planu i odwagi w działaniu. Oczywiście nie każdy plan się sprawdzi i trzeba będzie go konfrontować z rzeczywistością oraz z Bożą wolą. W tej sytuacji jednak człowiek posiada rzeczywistą autonomię. Z tego względu (pomijając działanie wczesnoporonne w pewnych wypadkach, możliwą technicyzację współżycia, czy psychologiczne przesłanki ku seksualnemu permisywizmowi) nie widzę nic zdrożnego w stosowaniu środków antykoncepcyjnych. Także środków naturalnego planowania rodziny, które mogą przecież stanowić bardzo dobrą metodę zapobiegającą poczęciu.

Bóg mądry

Ja także uległam tendencji ogólnie przyjętej za normę. Wbrew Autorowi, który domaga się powrotu do Boga w myśleniu, wciąż skupiamy się na sobie, nawet w dyskusji. Tymczasem trzeba by chyba przypomnieć z całą mocą: Bóg jest Osobą, żywą, wolną, rozumną bardziej niż my i kochającą tak, że nie sposób pojąć. A ten ogromny problem z zaufaniem Bogu (szukanie, o co dokładnie muszę zadbać ja i tylko ja) wynika chyba w największej mierze z wykrzywionego obrazu Boga. Jeżeli traktuję Boga jako niepojętą siłę, po której mogę się spodziewać wszystkiego (np. że jeśli się nie "zabezpieczę", to ześle mi tuzin dzieci i ubóstwo) - jak mogę ufać? Ale Bóg nie jest złośliwy. Wie, czego dla nas chce. To Bóg stworzył nas razem z naszymi pragnieniami i ograniczeniami. Boże powołanie nie jest niczym z zewnątrz - odpowiada naszej najgłębszej istocie! Dlatego nie trzeba się bać, że jeśli zawierzymy Bogu, nasze życie nas przerośnie i obarczy cierpieniem nie do uniesienia - na przykład w postaci gromady niechcianych dzieci...

Jeszcze doskonalsza...

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że teksty takie, jak Pana, panie Tomaszu, jak i Kingi Wenklar, wzbudzają tak ogromne emocje i "święte" oburzenie z prostego powodu: jesteśmy szalenie czuli na punkcie swojego obrazu we własnych (i cudzych) oczach. Jeśli więc stosuję NPR i czuję się lepsza od tych innych=nieodpowiedzialnych (nie mówiąc o antykoncepcjonistach), to czuję się zakwestionowana wraz ze swoją prawością i odpowiedzialnością, kiedy ktoś wskazuje "drogę jeszcze doskonalszą". Tak, zgadzam się z całą mocą: tu chodzi przede wszystkim o miłość (do dzieci, do męża, do Boga), z której rodzi się zaufanie. Czy problem z przyjmowaniem (planowaniem) dzieci nie wiąże się istotnie z powodem, dla którego w ogóle chcemy mieć dzieci? Jeżeli w ogóle można coś na ten temat zgadywać, to zgaduję, że Bóg stworzył człowieka, żeby dać komuś udział w swojej Miłości, czyli podzielić się tym, co ma i czym jest. Chyba moja rola jako rodzica ma to za wzór - jeżeli chcę się dzielić tym, co mam (miłością, życiem, dobrami, którymi akurat z woli Bożej dysponuję), to chcę mieć dzieci. A jeśli próbuję sprostać swoim wyobrażeniem o tym, co muszę dziecku zapewnić, i dochodzę do wniosku, że mnie na to nie stać (finansowo, psychicznie, czasowo itd.) - to nie zdobędę się na wielkoduszność podzielenia się po prostu tym, co mam. Może żyje nam się teraz za łatwo i za wygodnie, żeby stać nas było na zaufanie? Za wszelką cenę chcemy zapewnić sobie i rodzinie "byt na pewnym poziomie" - to naprawdę nie nasza krwawica, wyrzeczenia i ofiary zabezpieczają nasze życie.

@ wszyscy

Wybaczcie, że nie odpowiadam, ale jestem chory i nie za bardzo mam siły na dyskusje. Jak dojdę do siebie na pewno odpiszę.

Cóż,

pozwolę sobie wtrącić się jeszcze raz w tę dyskusję w jakże męskim gronie. (Pewnie inne kobiety pilnują teraz swoich dzieci i nie w głowie im dysputa, a że moje już śpi...) Otóż dziękuję p.Piotrowi i p. Sebie za wspomnienie o aspekcie społecznym. Odnośnie tego, co Tomek napisał o nieistnieniu dawniej polityki społecznej: ano prawda, ale żyło się inaczej - przede wszystkim w rodzinach wielopokoleniowych i pomoc przy dzieciach była, powiedzmy, bardziej dostępna, naturalna i oczywista. Nie dziwię się tym, którzy brak dzieci uzależniają od państwa: sama nie chciałabym mieć przed sobą wizji oddania 5miesięcznego brzdąca do żłobka i powrotu do pracy, bo inaczej moja rodzina się nie utrzyma. Ja mam komfort, pracuję w domu i jestem z synkiem non stop. Ale nie każdemu to dane. Toteż zdanie p. Seby: "Ale liczenie, że wspólnota pomoże mi utrzymać i wychować dzieci, których mam tyle, że sam nie daję rady ("bo Bóg tak chciał") to już kompletny brak odpowiedzialności, a nawet bezczelność." bardzo mi się podoba.

Otóż to p. Piotrze.

Całkowicie się zgadzam. Moim zdaniem, powinniśmy móc liczyć na wspólnotową solidarność chrześcijan, ale w razie jakiejś nieprzewidzianej konieczności, zdarzenia, choroby czy innego problemu. Ale liczenie, że wspólnota pomoże mi utrzymać i wychować dzieci, których mam tyle, że sam nie daję rady ("bo Bóg tak chciał") to już kompletny brak odpowiedzialności, a nawet bezczelność.

Hmm, czasami mam wrażenie, że

Hmm, czasami mam wrażenie, że rzeczywiście wszystko już było. Bardzo cenną rzeczą jest w artykule p. Kingi wskazanie, że rozpanoszyło się w Kościele podejście do NPR jako do eko-antykoncepcji,do traktowania dziecka jako życiowego kłopotu, w czym niewątpliwie można dopatrywać się pewnych związków z XVII wiecznymi, głównie jezuickimi, kazuistami i ich laksyzmem. Mam jednak wrażenie, że, do pewnego stopnia i w samym artykule, ale zwłaszcza w przychylnych wobec niego komentarzach pojawia się mentalność a la Port Royal. I jeszcze o Tomkowej uwadze dotyczącej wymogu wspólnotowej solidarności chrześcijan. Przypomina mi się telewizyjny reportaż sprzed kilku lat o „neońskiej” rodzinie, rodzice bardzo sympatyczni, inteligentni, wykształceni (matka filuternie mówiąca, ze seks udał się Panu Bogu) i do tego 10 lub 11 dzieciaczków. Reportaż niósł też przesłanie o tej solidarności. Niestety, nie dało się ukryć, że pomoc dla tej rodziny głównie pochodziła od takich osób, które aż tak hardcorowo do zadania „zaludniania ziemii” nie podchodziły.

Chyba jestem z innej bajki,

Chyba jestem z innej bajki, ale mam nadzieję, że z tego samego kościoła. Nauczanie Kościoła w sprawie moralnego zła wynikającego ze stosowania anykoncepcji wydaje mi się (delikanie mówiąc) wysoce niezrozumiałe. Rygoryzm, z jakim uzależnia się od jego przestrzegania przystępowanie do sakramentów w kościele, uważam natomiast za krzywdzący. Co do otwartości na Bożą wolę, to widzę całą sprawę zupełnie odwrotnie. Sądzę, że Bóg nie oczekuje od człowieka, by przystępując Doń podporządkowywał się zewnętrznemu względem człowieka prawu moralnemu. Przeciwnie, mam wrażenie, że Bóg wymaga od człowieka śmiałego, własnego planu i determinacji w ustanowionym przez siebie działaniu. Wówczas można się z Bogiem spotkać, skonfrontować, wadzić, sprzeczać, dać przekonać albo ulec. Taki Bóg to jest Bóg z prawdziwego zdarzenia, w przeciwnym wypadku wystarczy jakiś złoty cielec albo Feuerbachowska projekcja.

Tomku,

Mówisz o zaufaniu Bogu i powierzeniu się Jemu. Oczywiście, że to kluczowa sprawa - tylko, żeby zaufać i powierzyć się komuś to trzeba tego kogoś znać. Problem jest w tym, że ludziom się nie mówi o Bogu i nie pokazuje Boga. Także (a może "szczególnie"?) w kościele - a "zwykły" człowiek w zasadzie do kościoła w niedzielę pójdzie i tyle ma kontaktu z wiarą i Bogiem (co go nie usprawiedliwia myślę, ale w jakiś sposób tłumaczy). To jak ma Go znać? Jak ma się Jemu powierzać? To kompletnie nic dla niego nie znaczy. A i ci, którzy "siedzą głębiej" nieraz całe życie dojrzewają do tego, żeby Bogu się powierzyć i zaufać. I mam głębokie przekonanie, że nie jest to zdanie się na Jego łaskę i nic nie robienie, lub nie zastanawianie się co się robi "bo On przecież czuwa". A mam wrażenie, że mniej więcej taki jest wydźwięk tekstu Kingi Wenklar. Strasznie mnie ten tekst zdenerwował. To są bardzo delikatne sprawy a Kinga pojechała po nich walcem. Sponiewierała NPR nie dając nic w zamian, poza "Bóg tak widocznie chce". Ja mam wrażenie, że Bóg chce, żebyśmy życie przeżywali odpowiedzialnie - świadomi tego co robimy i jakie są tego konsekwencje - po to przecież uczynił nas istotami rozumnymi. I jeżeli ktoś przemyślał, przemodlił i ZDECYDOWAŁ, że chce taką drogą iść i nie stosować NPRu - to chwała mu za to. Ale nie wolno potępiać ludzi, którzy postanowili żyć inaczej. I jestem przekonany, że wybór drogi NPRu nie przeczy otwartości na Boga. Ja stosuję, mam trójkę wspaniałych dzieci, które są wielkim darem od Boga, i nie jestem w stanie nawet wyrazić wdzięczności za to, że dał mi łaskę bycia z nimi (co więcej - kształtowania ich!). A czy będą następne? Nie wiem. Na razie nie jestem gotów, ale nawet stosując NPR nie mam pewności, że się kolejne życie nie pojawi. I wtedy je przyjmę z radością, choć wywróci mój świat do góry nogami (po raz czwarty :)). Ale nie pcham się, gdzie uważam, że nie dam sobie rady. A znam rodziny "przyjmujące co Bóg da", w których co Bóg dał wychowuje ulica. Naprawdę. Czy to jest odpowiedzialność? I jeszcze chciałem odnieść się do wpisu Macieja, który pisze, że "W końcu jeżeli w liturgii spotykamy Chrystusa, który z miłości stracił swoje życie, to udział w liturgii uzdalnia nas do tego samego. Jeśli nie uzdalnia, to z naszym udziałem w liturgii coś jest nie tak." Ależ uzdalnia! Przecież oddaję życie każdego dnia. A żona jeszcze bardziej - jej dzień w zasadzie sprowadza się do opieki nad dziećmi. Przyprowadź, odprowadź, ugotuj, wypierz, pomóż w lekcjach starszym, pobaw się z młodszym, itepe - czy t onie jest oddawanie swojego życia z miłości? Ale nie chcę być skwaśniałym, smutnym, przygnębionym chrześcijaninem, który ma "misję" wychowania takiej ilości dzieci, z którą rady sobie nie daje. I jestem święcie przekonany, że Bóg tego ode mnie nie wymaga. Pozdrawiam.

Laudacja i czepialstwo

Tomku, dzięki za ten wpis. Chwytamy problem bardzo "zaangażowanego" katolicyzmu który okazuje się być postchrzescijaństwem, i to zinstytucjonalizowanym. Lektura komentarzy pod tekstem Kingi na stronie Christianitas pokazuje po raz kolejny głębokie złoża nadwrażliwości dyskutantów (poprzednio widzieliśmy to tutaj, na liturgia.pl jako reakcję na komentarze Piotrka Kaznowskiego). Mam tylko uwagę do fragmentu: "W ostatnich badaniach Ministerstwa Pracy wyszło, że jedna trzecia młodych Polaków nie chce mieć dzieci." Posłużę się tym, co o tych badaniach napisał Krzysztof Leski na swoim blogu: http://krzysztofleski.salon24.pl/268243,bo-dzieci

@Tomasz

Przeczytałem tekst Kingi Wenklar i myślę, że ona i Ty trafiacie w sedno. Istota problemu jest w wierze. Masz rację, że problem "nominalnego katolicyzmu" dotyczy nas wszystkich równo. Ja nie żyję w małżeństwie i nie mam dzieci, więc nie mam akurat zmagań z npr, ale w swoich realiach życia mam codziennie pokusę, żeby przeżywać prezbiterat i życie zakonne jakoś "po swojemu", skrojone na swoją miarę, bez realnego odniesienia do żywego Chrystusa i bez umierania dla swoich projektów na życie. Dlatego ten "nominalny katolicyzm" to jak najbardziej mój problem. I wbrew temu, od czego zacząłeś swój wpis, to nie jest takie "nieliturgiczne". W końcu jeżeli w liturgii spotykamy Chrystusa, który z miłości stracił swoje życie, to udział w liturgii uzdalnia nas do tego samego. Jeśli nie uzdalnia, to z naszym udziałem w liturgii coś jest nie tak. A to co myślałem dopisać wczoraj, tylko nie miałem czasu, to wspomnienie z egzaminu z teologii moralnej u ś.p. ks. prof. Janusza Nagórnego ponad 20 lat temu. Zapytał mnie o aspekty odpowiedzialnego rodzicielstwa wg Humanae vitae i cały czas był niezadowolony, że nie wymieniam jednego bardzo ważnego. W końcu już nie wiedziałem co powiedzieć, a on zniecierliwiony wykrzyknął: "No, wymiar religijny! Odniesienie do Boga". No a takie aspekty jak ekonomiczny, zdrowotny itd. oczywiście wymieniłem, tylko zapomniałem o takim drobiazgu jak Pan Bóg. Zapamiętałem to dobrze, mocno mnie tamto wydarzenie skatechizowało. I jeszcze jeden kwiatek o npr. Jakiś czas temu było sympozjum na KUL i jedna pani profesor (nazwisko zachowam dla siebie) powiedziała: "Metody naturalnego planowania już znakomicie się przyjęły w Kościele, niechlubnym wyjątkiem są tylko neokatechumeni, którzy się mnożą jak króliki". Pomijając już to, że żeby powiedzieć, że metody npr znakomicie się przyjęły w Kościele, to trzeba żyć w jakimś matrixie, ta wypowiedź świetnie ilustruje to co napisałeś Ty i p. Kinga.

Tomku,

dyskusja, pewnie rozwinie się długa pod Twoim tekstem. I zawsze będą przeciwnicy i zwolennicy Twojego i Kingi spojrzenia. Moim zdaniem odchył w żadną stronę nie jest dobry. Nie podoba mi się demonizowanie npr, bo na kursach nie mówią o tym tylko jako o środku antykoncepcyjnym, lecz też o tym, że pomaga w odpowiednim czasie zajść w ciążę (wszak mówią o niepłodnych i PŁODNYCH dniach w cyklu). Zaufanie Bogu jest rzeczywiście podstawowym "zadaniem" chrześcijanina, ale słusznie ktoś tam pod Kingi tekstem przytoczył przypowieść o talentach. Trzeba ufać i zarazem pokornie podchodzić do siebie (np znać możliwości swojej psychiki, co w wychowaniu dzieci jest moim zdaniem zasadnicze). A ponad tym wszystkim właśnie oddać się Bogu "w całości" na tej zasadzie, że co On da, przyjmę, nawet jeśli to nie mieści się w moim "planie". Ja tak widzę npr, a mam wrażenie, że w tekście Kingi, do którego się odnosisz, sprawa jest postawiona czarno - biało. Stąd, jak sądzę, prawie 400 komentarzy i większość to wyraz oburzenia...

Panie Tomaszu,

Dziękuję Panu za mądry tekst i linka do wreszcie-takiego-głosu o rodzinie i NPRze! Kinga Wenklar tylko rzuciła na sprawę płodności trochę światła nie licząc się z mądrościami tego świata, a jak widać po komentarzach na Christianitas, jakże trudno to przyjąć. I za to, co Pan napisał w komentarzu: "Do niedawna myślałem, że problem "nominalnego katolicyzmu" jest związany przede wszystkim z niskim stopniem świadomości i wiedzy religijnej. Teraz myślę, że problem jest głębszy, bo problem braku miłości bliźniego dotyka nas wszystkich równo." Wbrew temu, proszę wybaczyć, "siłajejowi" (CYA) we wstępie, Pan napisał tu o bardzo poważnych rzeczach. Tekst ma w sobie głęboki realizm. Będę wracał do tego bloga.

@ Maciej

Jeśli chodzi o NPR to idę w zasadzie w całości za Kingą. Bardzo jestem ciekaw, jak Ty to widzisz. Natomiast mam jeszcze jedną refleksję, jeśli chodzi o uwiąd realnej wspólnoty chrześcijańskiej czy zbyt małą obecność praktycznej miłości bliźniego. Mianowicie jest to jakoś związane z przerzuceniem tej ostatniej na instytucje. Miłosierdziem chrześcijańskim zajmują się agendy typu Caritas, oczywiście my się w to włączamy, ale w sposób egzystencjalnie niezaangażowany. Trudno to opisywać w kategoriach przyczyn czy skutków, ale z pewnością jest to czynnik, który pozwala nam mieć poczucie spełnionego obowiązku bez przejmowania się zdaniami "jedni drugich brzemiona noście" itp. Do niedawna myślałem, że problem "nominalnego katolicyzmu" jest związany przede wszystkim z niskim stopniem świadomości i wiedzy religijnej. Teraz myślę, że problem jest głębszy, bo problem braku miłości bliźniego dotyka nas wszystkich równo.

Tomek, to bardzo ważne

co napisałeś. Dzięki że wspomniałeś o NPR i jak ono jest praktycznie rozumiane w Kościele, coś jeszcze o tym dopiszę, ale potem.

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Zasypywanie przepaści”
Miałem niedawno rozmowę na tematy liturgiczne z jednym moim współbratem. Rozmowa ta dała mi trochę do myślenia, dlatego dzielę się tym na blogu.
Blog „Krucjata anty-omniańska”
W Regula monachorum św. Fruktuoza z Bragi (+ ok. 665) znalazłem bardzo ciekawe zalecenie, co robić w przypadku przyłapania mnicha na efebo-, albo pedofilii. Pisze on:
Blog „Blog redakcyjny”
Ten krótki kolaż blogowy chcieliśmy dedykować dwóm świeżo wyświęconym diakonom: Krzyśkowi Porosło (autorowi wielu dobrych tekstów na Liturgia.pl) i Andrzejowi Krukowi (przyjacielowi).

O autorze

Krucjata anty-omniańska

Tomasz Dekert

Mąż, ojciec dwóch córek i dwóch synów

Doktor religioznawstwa (UJ)

Wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie

Współpracownik Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego

Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne

Autor m.in. książki Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama, (WAM, Kraków 2007).  

Najnowsze wpisy autora

Teologia dziecięca - odsłona XXV

2012-05-18

Z (tymczasem jednoczęściowego) cyklu: "(Nieświadome) debiuty młodych teologów". Tym razem bowiem głos zabrał Samuel (lat 3). więcej »

VII-wieczny sposób na...

2012-04-30

W Regula monachorum św. Fruktuoza z Bragi (+ ok. 665) znalazłem bardzo ciekawe zalecenie, co robić w przypadku przyłapania mnicha na efebo-, albo pedofilii. Pisze on: więcej »

O miłości i odzyskiwaniu autentyczności liturgii

2012-04-25

Spotkali się niedawno specjaliści od duszpasterstwa. Radzili, radzili i uradzili dużo mądrych rzeczy. A to żeby duszpasterstwem zajmowali się nie tylko urobieni po nozdrza księża, ale żeby było dynamicznie, to znaczy żeby się tym również świeccy zajęli. A to, żeby może bierzmować jeszcze później, co pozwoli wdrożyć młodzież lepiej (jak to, jeszcze lepiej!?) w działalność apostolską. A to... więcej »

Groby Pańskie czyli o przesuniętych akcentach

2012-04-09

Zerknąwszy wczoraj na naszą stronę, z komentarzy dowiedziałem się o dziwacznym, ocierającym się o profanację Grobie Pańskim w krakowskim kościele dominikanów. Ciało Pańskie zostało zawieszone na żyłkach na tle szaroczarnej fototapety, przedstawiającej jałową, spękaną ziemię i zasnute chmurami niebo (tak to w każdym razie wygląda na fotografiach). więcej »

Lubiane na Facebooku