Odkąd zająłem się śpiewem chorału wciąż zadaję sobie to pytanie. Jest to zasadnicze pytanie, na które próbują odpowiedzieć wszyscy uczestnicy muzycznego ruchu "wykonań historycznie poinformowanych", do którego sam przystąpiłem dawno temu, gdy w Polsce pojawili się pierwsi muzycy wykonujący muzykę dawną (barokową i renesansową) według starych traktatów i partytur.
W debacie prowadzonej w tym środowisku bardzo ważnym tematem okazała się możliwość weryfikacji zaproponowanych interpretacji muzycznych. W przypadku muzyki instrumentalnej jednym z czynników umożliwiających weryfikację jest uzyskanie umiejętności gry na instrumentach zbudowanych według sztuki z danej epoki. Wiemy już doskonale, jakie może być brzmienie i technika gry na takich instrumentach. Dzięki temu zabiegowi możliwe stało się odkrycie sposobów frazowania wynikających ze specyfiki brzmienia barokowych skrzypiec czy instrumentów dętych nastrojonych według systemu naturalnego. Każdy, kto choć raz słuchał koncertu wykonywanego w tym nurcie zauważył, że sposób frazowania jest zupełnie inny, niż w przypadku użycia instrumentów współczesnych. Muzyka zyskuje zupełnie inną barwę i kształt. Także interpretacja według dawnych szkół staje się wówczas pełniejsza.
Ale jak weryfikować interpretację średniowiecznego śpiewu?
Dawne epoki pozostawiły nam sporo traktatów opisujących formy śpiewu, począwszy od traktatu Boecjusza De institutione musica z początku VI w. aż po późnośredniowieczne traktaty łączące system modalnej monodii z formami wczesnej polifonii. Dysponujemy także dużą liczbą ksiąg liturgicznych: od najstarszych rękopiśmiennych notacji neumatycznych z X-XI w. aż do XVI-wiecznych inkunabułów podających chorał w notacji menzuralnej (jak choćby Parthenomelica wydane w 1613 roku przez wileńskich jezuitów). Źródła pisane zatem są bardzo bogate i zróżnicowane. Ale czy na ich podstawie można skonstruować kompletny wizerunek śpiewu, który nie dotrwał do naszych czasów?
Wydaje się to bardzo trudne, a właściwie niemożliwe do wykonania. Są jednak pewne sposoby przybliżenia się do formy średniowiecznego śpiewu. Jak wiemy, chorał w średniowieczu przekazywany był zasadniczo drogą tradycji ustnej, czyli uczenia się melodii, tekstów i rytmu metodą pamięciową. Księgi, jakie dziś możemy badać, były w owych czasach bardzo kosztowne i przez to niedostępne prawie dla nikogo. Klasztory, które były miejscem, gdzie chorał śpiewano codziennie podczas celebracji liturgicznych, posiadały zazwyczaj pojedyncze egzemplarze ksiąg skrywane w kantorskich szafach. Mnisi śpiewali Oficjum z pamięci, zadaniem kantora klasztornego zaś było pilnowanie, by forma tego śpiewu była zgodna z przekazaną od poprzednich pokoleń tradycją wykonania. Trudno w takiej sytuacji spodziewać się, aby forma śpiewu była przez wieki niezmienna i nieulegająca indywidualności kantora, a nawet aktualnym modom. Jednak system modalny zawsze pozostawał zachowany, ponieważ bez szkody dla siebie dopuszczał różnicowanie śpiewu. Świadczą o tym prace porównawcze ksiąg z różnych okresów. Nie szkodziło modalności również to, że w różnych miejscach pojawiały się czasem dość duże różnice w repertuarze, dyferencje w melodiach i maniery ornamentacyjne.
Dzięki temu i dziś możemy nauczyć się śpiewu modalnego. Jednak same księgi i traktaty do tego nie wystarczą. Przede wszystkim jednak nie powinniśmy szukać jednej uniwersalnej formy chorału, choćby z uwagi na zróżnicowanie źródeł. Chorał, który dziś powszechnie nazywany jest gregoriańskim pojawił się w użyciu Kościoła rzymskiego dopiero po ogłoszeniu Motu proprio Tra le sollecitudini Piusa X w 1903 roku. Śpiew ten powstał w oparciu o źródła benmedyktyńskie z X-XI w. jako średnia wyciągnięta z muzyki, którą mnisi z Solesmes odnaleźli we wspomnianych źródłach. Przypomnieć należy, że równolegle z pracami francuskich benedyktynów prace nad restytucją śpiewu liturgicznego prowadzone były w Ratyzbonie, jednak ich wyniki nie znalazły takiego uznania, ponieważ nie całkiem pasowały do teorii Dom Pothiera. Sami Solesmeńczycy odrzucili sposród źródeł księgi starorzymskie (X-XI w.) jako zawierające zupełnie inny śpiew. To spowodowało, że ex cathedra usunięto wówczas z kanonu liturgii wiele odmiennych form śpiewu zaaprobowanych przez Sobór trydencki.
Szukając zatem w źródłach "odrzuconych" nie powinniśmy popełniać tego błędu. Tym bardziej, że istnieje sporo traktatów odnoszących się do tych źródeł. Przede wszystkim zaś trzeba mieć świadomość, że sposób śpiewania ma zasadnicze znaczenie dla uzyskania wiarygodnej formy tej muzyki. W czasach, gdy chorał był jednynym sposobem celebracji liturgii, nie znano technik wokalnych z baroku (messa di voce) czy z XIX wieku (bel canto). Nie uda nam się przy pomocy tych technik uzyskać specyficznej frazy i artykulacji, podobnie jak na koncertowym fortepianie Bechsteina nie zagramy Kunst der Fuge Bacha z zachowaniem lekkiej barokowej artykulacji. W śpiewie musimy odwołać się do techniki bardziej archaicznej, a tym samym bardziej wiarygodnej dla czasów średniowiecznych. Podobnie jak w kornetowych pasażach u Bacha nie ma racji bytu fraza brahmsowska, tak i w śpiewie chorału nieskuteczne będą nieprawdobodobnie długie frazy kończące się zanikaniem dźwięku. Proszę spróbować taką techniką zaśpiewać wielogodzinną liturgię Matutinum. Jest, dzięki Bogu, sposób na uczenie się odpowiedniej jakości głosu: to lekcje u śpiewaków tradycyjnych, którzy na szczęście jeszcze są w różnych częściach świata. Śpiewacy pogrzebowi z Suwalszczyzny mają do perfekcji opanowaną technikę, która pozwala im śpiewać przez długie godziny czuwania przy zmarłym. Konfratrzy z Korsyki umieją tak prowadzić głos, aby przez całe Święte Triduum brać udział w długich celebracjach Officium de tenebrae. Bracia Sardowie znają technikę śpiewu, która zapewnia im dobrą kondycję podczas śpiewu wielogodzinnych procesji Wielkiego Tygodnia. Śpiewacy tradycyjni na Iżu w Chorwacji co roku praktykują całonocne procesje ze śpiewem Gospin Placz. Kurpiowscy kantorzy prowadzą całonocne śpiewane czuwania przy Grobie Pańskim. Nikt z nich nie próbuje nawet używania "uczonych głosów", bo te nie są adekwatne do zadań, jakie się im w takich okolicznościach stawia.
I jeszcze ważna uwaga na koniec: aby przekazywać śpiew drogą ustną, trzeba słowa wyśpiewywać w pulsującym rytmie, ponieważ jest to starożytna technika zapamiętywania. Dzięki niej znamy dziś choćby eposy Homera. Tu zresztą wracamy do średniowiecznych traktatów. Kantorzy z tamtych czasów na pierwszym miejscu teorii rytmu stawiają "czas pierwszy", który ma być niezmienny. Hieronimus de Moravia pisze: "Czas pierwszy dzielimy na sześć części, a starożytni dzielili go na dwanaście" dając w ten sposób śpiewakowi wskazówkę, że śpiew ma jak najbardziej mierzalny charakter. Czas pierwszy to nic innego, jak puls śpiewu, który napędza muzykę tak, jak puls serca ożywia ludzkie ciało.
I to są podstawy śpiewu modalnego. Musimy je zaakceptować, jeśli chcemy się takiego śpiewu nauczyć. Weryfikacją zaś będzie zdolność do śpiewania nieprzerwanie przez wiele godzin bez oznak zmęczenia. A stuprocentowa forma weryfikacji? Porównać z nagraniami z tamtych czasów...
Robert Pożarski
Śpiewak, jeden z pierwszych kantorów Lektorskiej Scholi Cantorum ks. Wiesława Kądzieli (1988-97), założyciel i kantor Scholae Gregorianae Silesiensis (od 2000), kantor Scholae Mulierum Silesiensis (od 2002), Scholi Teatru Węgajty (od 1996), członek zespołu muzyki dawnej Bornus Consort (od 1995), solista - muzyka barokowa, współczesna, pieśni.
Uczeń Marcela Peresa (1996), wielokrotny uczestnik kursów mistrzowskich - Międzynarodowa Akademia Muzyki Dawnej w Wilanowie (1991-95), seminaria chorału bizantyjskiego pod kier. Charalambosa Rimbasa, Lykourgosa Angelopoulosa.
Wielokrotnie prowadził warsztaty chorałowe m.in.: w Dominikańskim Ośrodku Liturgicznym w Krakowie, na Festiwalu Muzyki Dawnej "Pieśń naszych korzeni" w Jarosławiu, w ramach projektów kulturalnych Stowarzyszenia "Schola Gregoriana Silesiensis".
Badacz średniowiecznych rękopisów liturgicznych.
Dyskografia:
Komentarze
pon., 21.3.2011, 16:00
nie ma jak Bielany. Mówisz i
nie ma jak Bielany.
Mówisz i masz.
zamiast Gloria Patris... - Chwała Ojcu i Synowi... po polsku i "po gregoriańsku", oczywiście. Aż się zaczęłam zastanawiać, czy jednak nie powinno być po łacinie :-)
Bo tak w ogóle, to ja też jestem za łaciną w chorale, i nawet zawsze tak było.
Ale teraz mogę dodać: łacina, dopóki nie powstanie Traktat. Z wyjątkami opisanymi co najmniej w kwadratach.
Śpiewajcie chorał!
Wszystko jedno, w jakim języku, byle pięknie :-P
A w ogóle, czy ten nasz podobny akcent to wpływ łaciny przez wieki czy naturalna tendencja szlachetnego języka polskiego (jeszcze w II poł. XX w., teraz się akcentuje jakoś tak dziwnie, na ostatnią chyba i zniżając, czy się mylę? a może to intonacja się zmienia, jeszcze nie akcent).
wt., 15.3.2011, 20:08
przedszkole - to może być
przedszkole - to może być nazwa optymistyczna...
:-)
I dziękuję za odpowiedź.
wt., 15.3.2011, 10:29
Odpowiadam. Musicus to
Odpowiadam.
Musicus to oczywiście także pilny czytelnik traktatów. A zważywszy ambicje Hieronima, czytelnik jednego doskonałego traktatu obejmującego całość wiedzy. Tak było kiedyś, a obecnie rzecz jest znacznie trudniejsza, zważywszy dostęp do tak różnej muzyki, jak chorał w zapisach z XI w. i późniejszy. Musicus chcący być kantorem musiałby mieć w głowie i w gardle skrajnie odmienne brzmienia. To się da zrobić na potrzeby płyt i koncertów, ale to nie ma nic wspólnego z sytuacją kogoś, kto żyje w jednej tradycji.
Co do różnorodności, trzeba by precyzyjnie rozróżniać. Czym innym były różne style śpiewania, czym innym błędy śpiewaków - i poszczególnych, i takie nieporozumienia, jak to, które przytoczyłem w związku z błędnym odczytaniem zapisu. A w naszych czasach rzecz się komplikuje. Albo ma rację o. Eugene Cardine, albo John Blackley. Obu interpretacji można posłuchać (Blackleya także w ogólnie dostępnych pdf-ach ilustrowanych dźwiękami). Współczesna różnorodność przypomina wielorakość szkół chorału w czasach dawnych, ale nasze kontrowersje nie sprowadzają się do niuansów, ale do sprzecznego odczytania źródeł. Dodajmy dla wzbogacenia krajobrazu najważniejszych śpiewaków chorałowych - mnichów. Jeden z nich mówi wyraźnie we wspomnianym tu kiedyś filmie, że jego wspólnota świadomie ogranicza się do stosowania tylko niektórych elementów wskazanych przez nowsze badania muzykologiczne.
Mam nadzieję, że moja konfuzja wobec rozmaitych szkół chorału stanie się bardziej zrozumiała za sprawą przykładu. Niech nim będą Koncerty brandenburskie. Dla niektórych słuchanie nagrania Karajana będzie torturą, tak ze względów estetycznych (za wielkie, za ciężkie, za wolne, za mało taneczne...), jak i historycznych (nie te instrumenty, nie to frazowanie...). Dla kogoś znowu nie do zniesienia będzie zabójcze tempo (3'51) w III Koncercie pod dyrekcją Goebla. Co mówi słuchacz, u którego takie wykonania budzą opór? Wiadomo: "to nie Bach!". Otwartość na pluralizm miewa swoje granice, co nie musi świadczyć o niczyim ograniczeniu w sensie pejoratywnym.
Powoli próbuję się uczyć zastosowania najstarszych neum tak, jak je odczytuje o. Cardine, i widzę, jak daleko od pobieżnej ich znajomości, osiągniętej lata temu, do opanowania języka. Forma pośrednia nie nadaje się ani do prezentacji, ani do uczenia innych.
A skoro mowa o szkołach chorału, to mam poczucie, że daleko nam nawet do przedszkola. No bo kto by chciał na modłę średniowieczną wkuwać poszczególne dyferencje tonów psalmowych i posiąść umiejętność ich stosowania z głowy, na zasadzie: antyfona = hasło, właściwa dyferencja = odzew? Sam tego nie umiem, a to przecież elementarz. Może kiedyś, jak już będzie mi dane uporać się z opracowaniem traktatu Hieronima, wrócę do starego pomysłu gregoriańskiego przedszkola, ale to melodia dalekiej przyszłości. Obawiam się zresztą, że mało by było chętnych do takiej pracy u podstaw.
Powoli próbuję się uczyć zastosowania najstarszych neum tak, jak je odczytuje o. Cardine, i widzę, jak daleko od pobieżnej ich znajomości, osiągniętej lata temu, do opanowania języka. Forma pośrednia nie nadaje się ani do prezentacji, ani do uczenia innych.
A skoro mowa o szkołach chorału, to mam poczucie, że daleko nam nawet do przedszkola. No bo kto by chciał na modłę średniowieczną wkuwać poszczególne dyferencje tonów psalmowych i posiąść umiejętność ich stosowania z głowy, na zasadzie: antyfona = hasło, właściwa dyferencja = odzew? Sam tego nie umiem, a to przecież elementarz. Może kiedyś, jak już będzie mi dane uporać się z opracowaniem traktatu Hieronima, wrócę do starego pomysłu gregoriańskiego przedszkola, ale to melodia dalekiej przyszłości. Obawiam się zresztą, że mało by było chętnych do takiej pracy u podstaw.
' data-count="none" data-via="liturgiapl">Tweetnijwt., 15.3.2011, 1:11
sztuczność i naturalność, a
sztuczność i naturalność, a także: musicus i cantor.
Pytanie: czy określenie musicus dotyczy tylko autorów traktatów, czy też każdego, kto rozumiał zasady konstrukcji śpiewu liturgicznego i stosował je, a nie powtarzał tylko wyuczone melodie z pamięci? Zaintonować można, ale wiedzieć dlaczego tak, a nie inaczej, jest już czymś innym. Poza tym, wydaje mi się, autorów traktatów już nie będzie - chyba że Gospodarz tego blogu zrealizuje swoje zapowiedzi, będzie śpiewał chorał po polsku i ułoży odpowiednie zalecenia :-) sądząc z ostatniej niedzieli, jest to niewykluczone, tylko dlaczego na zakończenie zabrzmiało Gloria Patris w oryginale? chyba że się zamyśliłam i nie zauważyłam wczesniejszej zmiany języka. pamiętam też genialny absolutnie werset na alleluja - chyba sprzed dwóch czy trzech miesięcy. To na marginesie.
Nie wiem, czy mam rację, ale średniowieczny musicus nie mógł chyba abstrahować od praktyki, i ją współtworzył. Pracował, jednak, "na" chorale wykonywanym, a nie wyobrażonym.
I, powiem szczerze, nie rozumiem, dlaczego wielość szkół chorałowych ma prowadzić do bezradności. Nie rozumiem w tym wypadku poszukiwania ostatecznej racji, jedynego słusznego sposobu wykonania. Ma być tak, a nie inaczej. Dlaczego tylko tak, a nie inaczej? W końcu "wielość szkół wykonania" nie jest chyba wynalazkiem najnowszym, czy naprawdę w średniowieczu każdy klasztor śpiewał podobnie?
A chorał nie tylko jednogłosowy, ale i jednoosobowy, to dopiero jest świadectwem desperacji.
Nie ma nikogo, kto by odpowiadał za drugi chór?
pon., 14.3.2011, 23:01
Ciekawa jest myśl pana
Ciekawa jest myśl pana Michała i chyba dobrze obrazuje pogląd i sposób działania Roberta.
Sed contra: biorąc pod uwagę takie fakty jak wysnuta z teorii niechęć Gwidona z Arezzo do używania bemola, zarówno sam Gwidon, jak i jego naśladowcy (pamiętajmy o roli autorytetu w średniowieczu!) woleliby od podstaw zrekonstruować właściwy rodzaj śpiewu niż iść za praktykiem, który nie zna teorii.
Tak zresztą zrobili cystersi: śpiewy zanotowane w źródłach nie odpowiadały ich teoretycznym założeniom, więc w pierwszej fazie dokonali "poprawek", a w drugiej zaczęli tworzyć nowe kompozycje, doskonale zgodne z logiczną teorią. Podobnie zresztą jest u Hieronima z Moraw: będąc pod pewnymi względami człowiekiem tradycji, zarazem nim nie jest, skoro recenzuje klasyczne utwory chorałowe jako lepsze i gorsze (zamiast przyjmować jako skarbiec tradycji) i postuluje reguły kompozycji oparte m.in. na nieznajomości przedcysterskiego kształtu melodii (bo krytykuje repetycję na jednym dźwięku).
Inna strona problemu cantor/musicus: są w klasycznym repertuarze gregoriańskim utwory z więcej niż jednym ruchomym stopniem, a zapis umożliwia tylko jedną oboczność (si/b). Radzono sobie z tym problemem np. zapisując część utworu nie na właściwych stopniach skali, tylko o ton czy pół tonu wyżej lub niżej (przepraszam, ale nie pamiętam szczegółów, a zbyt wiele czasu zajęłoby mi teraz sprawdzenie). O wykonaniu decydował autorytet kantora. W kolejnym pokoleniu wyżej stawiano autorytet pisma, przez co zniekształcano melodię.
A co do wyższości chorału wykonywanego nad niewykonywanym, to może kiedyś szerzej podzielę się swoim poczuciem bezradności i zagubienia wobec wielości szkół śpiewania chorału. Na dziś tyle: wiele proponowanych wersji chorału brzmi dla mnie sztucznie albo/i brzydko, więc po prostu nie potrafię się w nie włączyć, a że przez lata poszukiwań nabrałem rozmaitych nawyków i naleciałości, to najbezpieczniej jest dla mnie śpiewać samemu, nie przeszkadzając innym.
pon., 14.3.2011, 17:56
jako laik (laiczka?), jesli
jako laik (laiczka?), jesli chodzi o spór muzykologiczny, mogę tylko we własnym imieniu powiedzieć, że dla mnie jednak niewątpliwa jest wyższość chorału wykonywanego nad niewykonywanym. Stąd, o ile kantor jednak będzie śpiewał, choćby go musicus nie wspierał (na całe szczęście - na całe szczeście będzie śpiewał, brak wsparcia to brak jeszcze jednego szczęścia), to musicus w otoczeniu nieśpiewającym traci sens istnienia.
Co do pytania tytułowego, to, przypuszczam, że również: nie - bo jesteśmy w innym miejscu czasoprzestrzeni, pod różnymi względami. Jesteśmy też, w pewnym sensie, w tym samym miejscu - ale to znaczy też, że modlitwa powinna być własna. Nie chodzi więc o "odtwarzanie", ale o własną modlitwę, choć opartą o zapisy/wzorzec modlitwy średniowiecznej. Średniowiecznej - bo w samym założeniu, idei, świat tutejszy miał być wówczas podporządkowany Bogu, i w jakiś sposób słychać to założenie w tym, co próbujemy "odtworzyć". Trudno o doskonalszą, po prostu.
(powyższy akapit może zawierać jakieś herezje, proszę mi zwrócić uwagę, jeśli tak :-))
Wreszcie - jednak dużo zależy od tego, co uznamy za formę. Jeśli to nie tylko kwestie muzyczne - rytm i sposób wydawania i prowadzenia dźwięku - a przede wszystkim stałość, trwanie liturgii, jej rytm "dobowy", to z natury rzeczy mnisi w Fontgombault są bliżej "oryginału", choćby śpiewali zupełnie inaczej, niż ich poprzednicy dziesięć (siedem - dwanaście) wieków temu. Świecka grupa śpiewacza nie ma na to szans, z natury rzeczy. Ale też może spełniać inną rolę, i miewa, tak myślę - większy "zasięg rażenia".
Jesli zaś chodzi o tych, którzy wiedzą jak, to niech doprowadzą do tego, by ich otoczenie tak właśnie w liturgii spiewało (bo chyba jednak nie rozmawiamy o koncertach?). Weryfikując, przy okazji, swoje poglądy na naturę tego śpiewu i względy praktyczne, oraz wpływ tych względow na teorię bądź brak tego wpływu.
Zakladamy też chyba, że w klasztorach każdy miał obowiązek uczestniczenia w liturgii, czy też bywali z niej jacyś wyłączeni z przyczyn nieuctwa muzycznego i braku odpowiednich umiejętności? jeśli każdy - to nie można przyjąć "ekskluzywności wykonania", tak mi się wydaje. Ale może mi się wydaje źle.
A, tak nawiasem mówiąc, na uboczu tej dyskusji przeprowadziłam eksperyment myślowy, wyobrażając sobie, jak to bracia owego łagodnego i jakże niesprawiedliwie ocenianego przez nas zakonu, który przejął liturgię od oo.dominikanów, śpiewają modlitwy wysokimi, uczonymi głosami. I wprawiła mnie moja wyobraźnia w bardzo dobry nastrój. Co zresztą o niczym innym nie świadczy, oczywiście, tylko o przewrotności (muzyczno-historycznej) mojej wyobraźni.
pon., 14.3.2011, 17:29
Nie jestem uczestnikiem sporu
Nie jestem uczestnikiem sporu muzykologicznego, ale wydaje mi się, że odniesienie do toposu, o którym pisze o. Błażej, mogłoby wyglądać następująco - muzyków już nie ma, ale ciągle są ludzie (kantorzy), którzy mogą nas doprowadzić do DOMU, jeśli są wśród nas "kartografowie" (ci, którzy mogliby dziś, ze swoją wiedzą teoretyczną, aspirować do miana muzyków), wystarczy, że wyruszą w drogę za kantorami i będą próbowali opisać marszrutę.
pon., 14.3.2011, 16:30
A skoro nie ma odzewu, to
A skoro nie ma odzewu, to pozwolę sobie zwrócić uwagę na jeszcze jeden element, wracając do punktu wyjścia Twojego, Robercie, wywodu.
Otóż w samym nurcie wykonawstwa muzyki dawnej są rozmaite rodzaje emisji głosu, stosowania ozdobników itp. Ograniczając się do chorału, wystarczy wziąć pod uwagę dwóch śpiewaków, znanych m.in. z Ensemble Organum: Dominique'a Vellarda, który w zespole śpiewał na samym początku, oraz Marcela Peresa, który choć jest założycielem zespołu, to zaczął śpiewać znacznie później. Styl Vellarda (a to znaczy również: wczesny styl Peresa) jest próbą praktycznego zastosowania wskazówek o. Cardine'a. Mało tego, Vellard również inspiruje się śpiewem tradycyjnym, dochodząc do skrajnie odmiennego brzmienia.
Uważam, że zadaniem artystów współpracujących z muzykologami jest nakreślenie "szerokiego obrazu prawdopodobieństwa", przy czym anachroniczność jest z natury rzeczy nieunikniona.
Uważam, że zadaniem artystów współpracujących z muzykologami jest nakreślenie "szerokiego obrazu prawdopodobieństwa", przy czym anachroniczność jest z natury rzeczy nieunikniona.
' data-count="none" data-via="liturgiapl">Tweetnijczw., 10.3.2011, 15:53
Wiele wątków zostało tu
Wiele wątków zostało tu poruszonych. Zatrzymam się nad sprawą wiedzy śpiewaka.
Przez większość traktatów muzycznych średniowiecza (pewnie można śmiało powiedzieć "przez wszystkie", ale bądźmy ostrożni) przewija się rozróżnienie musicus/cantor. Pierwszy to znawca teorii, a drugi to sprawny praktyk. Wspominany tu Hieronim z Moraw porównuje "cantora" do pijaka, który trafi do domu, ale drogi nie wskaże. Jasne stąd, że teoretycy muzyki niżej stawiali śpiewaków, choćby najbardziej biegłych, niż tych, których zwali muzykami.
Przy okazji hasła "kantor" pojawia się oboczny wątek: ilu kantorów poszczególnych wspólnot zakonnych zasługiwało na miano muzyków. Ten wątek zostawmy.
Ci, którzy szukają inspiracji u śpiewaków tradycyjnych, powinni przekonująco odnieść się do średniowiecznego toposu cantor/musicus. Samo to, że śpiewacy korsykańscy czy inni, dysponują imponującym "savoir faire" co do prowadzenia frazy, użycia ozdobników itp., nie stawia ich w rzędzie średniowiecznych "muzyków". Brakuje im znajomości teorii. Krótko mówiąc: śpiewak tradycyjny i chorałowy to różne światy. Traktaty pisano dla fachowców - śpiewaków, którzy mieli być dobrze obeznani z teorią.
Skoro już padł przykład Marcela Peresa, przywołam jego nagranie mszy Guillaume'a de Machaut. Brzmienie i umiejętności śpiewaków korsykańskich nadają temu dziełu niesłychany charakter, ale jest to możliwe tylko dzięki temu, że musicus Peres umiał poprowadzić swoich cantores.
Można mnożyć przykłady wskazujące, do jakiego stopnia chorał był poddany zarówno refleksji, jak i ciągłemu ćwiczeniu. Niech wystarczy jedna kwestia szczegółowa. Standardowym zagadnieniem traktatów muzycznych było czyste śpiewanie interwałów na podstawie mozolnej pracy z monochordem. Innym sposobem ćwiczenia się w czystym śpiewie było użycie solmizacji, wraz z trudną sztuką biegłego przechodzenia od jednego heksachordu do drugiego. Może niech wystarczy tyle technicznego bagażu. Podsumowując: z traktatów wyłania się obraz śpiewu uczonego, nieodłącznego od skomplikowanej teorii.
Można mnożyć przykłady wskazujące, do jakiego stopnia chorał był poddany zarówno refleksji, jak i ciągłemu ćwiczeniu. Niech wystarczy jedna kwestia szczegółowa. Standardowym zagadnieniem traktatów muzycznych było czyste śpiewanie interwałów na podstawie mozolnej pracy z monochordem. Innym sposobem ćwiczenia się w czystym śpiewie było użycie solmizacji, wraz z trudną sztuką biegłego przechodzenia od jednego heksachordu do drugiego. Może niech wystarczy tyle technicznego bagażu. Podsumowując: z traktatów wyłania się obraz śpiewu uczonego, nieodłącznego od skomplikowanej teorii.
' data-count="none" data-via="liturgiapl">Tweetnijczw., 10.3.2011, 13:35
Chętnie dodam kilka słów od
Chętnie dodam kilka słów od siebie. A to dlatego, że dyskusja jak ta toczy się już kilkanaście lat w mojej przytomnej lub nieprzytomnej obecności.
1) Marcel Peres nie stosuje jednej metody wykonawczej do chorału. Stąd w sposób uprawniony nie można powiedzieć, że proponuje jedną, określoną szkołę wykonawczą. Uważa, że dostępne dla nas nuty są jedynie tworzywem, które można kształtować na różną modłę. W stosunku do materiału nutowego, używa sformułowania "materia prima", którą należy dopiero ukształtować. Kształt, do którego dąży nie jest dowolny, znajduje swoje uzasadnienie w badaniach na temat czasu, miejsca wykonania i źródeł. Byłbym ostrożny w wypowiadaniu sądów ogólnych o badaczu rangi Marcela Peresa.
2) Śpiew nabożny ludu jest od przeszło stu lat posponowany przez gremia wykształconych liturgistów. Ostatnio miałem okazję posłuchać kurpiowskiej pieśni o świętej Barbarze, wykonanej przez śpiewaka, który kilkanaście lat bada śpiew tradycyjny. Wynik jego pracy jest tak bliski chorału gregorańskiego, że w zadumieniu siedziedziałem słuchając i siedzę do tej pory. A do jakiego chorału jest podobny? Pozostawiam domysłom czytelników.
3) Metoda śpiewu benedyktynów zmienia się od czasu pierszych lat reformy. Zachęcam do prześledzenia trzech opisanych już etapów śpiewu solesmeńczyków. Różnice są zaskakujące. Niektórzy polscy liturgiści zmian tych nie zauważają i traktują ich metodę śpiewu jako trwałą, bez modyfikacji. Dyletanci.
4) Klasztory z rodziny Fontgombault nie śpiewają metodą matczynego opactwa (Solesmes). Odeszli od niej i jak powiedział opat z Triors na rzecz własnej praktyki wykonawczej. Oczywiście blisko padło jabłko od jabłoni, ale różnice są wyraźne nawet dla tak niewprawnego ucha jak moje. Czy to jakiś argument dla krytykowania Solesmes? Żaden. I o to właśnie chodzi. Chorał gregoriański jest sztuką podatną na lokalny wpływ. I tak powinno pozostać. Błąd metodologiczny reformy śpiewu kościelnego z początków XX wieku polegał na próbie unifikacji. Dominikanie próbowali poddać się tejże, ale poza księgami projekt nie znalazł odzwierciedlaenia w praktyce. Najciekawsze jest posłuchanie ojców starszej daty, którzy mówią: powinno się to wykonać tak a tak, np. ściszając koniec frazy. Gdy jednak śpiewają, żadna fraza nie zostaje ściszona. Nie jest to brak zdolności, ale przyzwyczajenie do zupełnie innego śpiewu niż ten promowany przez benedyktynów. Ot tyle nowej teorii zostało po zderzeniu z trwałą praktyką.
śr., 9.3.2011, 18:28
Szanowny Panie
Szanowny Panie Robercie.
Zgodzimy się chyba, że sposób śpiewania chorału na sposób wschodni zapoczątkowany został przez Marcela Peres, a potem zaszczepiony na grunt polski przez Marcina Bornusa Szczycińskiego. Pozwoliłam użyć sobie nazwiska M.Peres jako pewnego rodzaju słowa-klucza, na określenie tego charakterystycznego sposobu śpiewania.
Co do mojego „głębokiego uprzedzenia”.
Owszem, mam pewien uraz, ale jest on dosyć uzasadniony. Śledząc bowiem od dłuższego czasu różne artykuły czy polemiki poświęcone chorałowi zauważyłam pewną bardzo nieprzyjemną rzecz. Mianowicie w każdej takiej dyskusji (którą rozpoczynają zazwyczaj zwolennicy wschodniej maniery śpiewania), pod hasłem „nie ma jednego sposobu wykonania chorału gregoriańskiego” czy też „nie można z całą pewnością stwierdzić jak chorał był kiedyś wykonywany”, pojawiają się przede wszystkim głosy deprecjonujące niekwestionowane zasługi mnichów z Solesmes w dziedzinie badań nad chorałem i w ogóle – przywrócenia chorału do użytku kościelnego. Więcej – odzywają się osoby, które wprost obrażają lub wyśmiewają mnichów nazywając ich sposób śpiewania np. „miauczeniem eunuchów”(!). Po czym pokazuje się konkluzja, że owszem, jest taki sposób, Jedynie Słuszna Koncepcja, a jest to sposób proponowany właśnie przez pana Peresa. Ta agresywna propaganda skutecznie działa zniechęcająco, więc trudno dziwić się różnego rodzaju uprzedzeniom.
Również Pan, podobnie jak inni zwolennicy śpiewów na sposób wschodni, pisząc swoje rozważania, nie ustrzegł się przed pewnego rodzaju nierzetelnością. Mam na myśli ten fragment:
„W czasach, gdy chorał był jednynym sposobem celebracji liturgii, nie znano technik wokalnych z baroku (messa di voce) czy z XIX wieku (bel canto). Nie uda nam się przy pomocy tych technik uzyskać specyficznej frazy i artykulacji, podobnie jak na koncertowym fortepianie Bechsteina nie zagramy Kunst der Fuge Bacha z zachowaniem lekkiej barokowej artykulacji”.
Oczywiście, nie pisze Pan wprost, że mnisi solesmeńscy śpiewają techniką bel canto czy messa di voce. Jednak taki właśnie wniosek może wysnuć z Pana tekstu osoba niezbyt zorientowana w temacie, a wniosek taki będzie jak najbardziej FAŁSZYWY I KRZYWDZĄCY. Takie argumenty nie powinny znaleźć się w merytorycznej dyskusji.
Moje określenie muzyki w liturgii jako "dodatku, który nie powinien skupiać na sobie uwagi" rzeczywiście nie było najszczęśliwsze. Zgadzam się z Panem, że muzyka jest nośnikiem słowa, ale punkt ciężkości umieściłabym gdzie indziej niż Pan (i tu liczę, że Pan się ze mną zgodzi): muzyka jest nośnikiem SŁOWA, jest nośnikiem ŚWIĘTEGO TEKSTU. Muzyka nie jest równorzędna w stosunku do słowa, to słowo zawsze jest pierwsze i ten fakt podkreśla choćby to, że
KANON RZYMSKI ODMAWIA SIĘ W CISZY!
Więc proszę – nie absolutyzujmy muzyki i nie stawiajmy jej na piedestale.
Pański argument „skuteczności” nie przekonuje mnie zupełnie (ad.pkt. 9 pańskiej odpowiedzi). Śpiewanie „manierą wschodnią” nie jest jedynym sposobem na nieczystości intonacyjne, obniżanie tonacji w czasie śpiewu czy zmęczenie. Jest kilka technik śpiewu (nie tak znowu dużo) i każda, jeśli dobrze opanowana, daje podobne efekty. Nie ma co zachwalać czarnej kury, że znosi jajka, skoro każda kura robi to samo… Dobry śpiewak stosujący bel canto także śpiewa czysto i może śpiewać długo – czy wobec tego upierałby się Pan, że jest to doskonały sposób na śpiewanie chorału?
Dalej ad.9
„Ponieważ nie dysponujemy żadnymi nagraniami z tamtych czasów, ani nie mamy precyzyjnych opisów średniowiecznej techniki wokalnej (takich, jak np. późniejsze traktaty barokowe), nie możemy w pełni odpowiedzialnie powiedzieć: "Oto prawdziwa forma średniowiecznego chorału", albo: "Całkowicie niemożliwe jest odtworzenie prawdziwej formy średniowiecznego chorału". A to dlatego, że nie mamy wzorców weryfikacyjnych”.
Nie do końca rozumiem co chciał powiedzieć Pan w przytoczonym fragmencie. Skoro nie mamy wzorców weryfikacyjnych, to jak najbardziej możemy w pełni odpowiedzialnie powiedzieć: "Całkowicie niemożliwe jest odtworzenie prawdziwej formy średniowiecznego chorału". Co więcej nawet w okresie średniowiecza nie było jednej obowiązującej formy chorału jak więc możliwe jest odnalezienie tej jednej, jedynej – dzisiaj?
(Ad.10)
„Mnisi po prostu NIE ĆWICZYLI chorału, bo była to dla nich muzyka użytkowa wykonywana głównie z pamięci i dla celów natury duchowej. Śpiewali zatem głosami jak najbardziej naturalnymi z punktu widzenia fizjologii”.
Oczywiście zgadzam się z tym w zupełności. Dlaczego więc ćwiczyć ich teraz? Na dodatek w metodzie, która jest im zupełnie obca kulturowo?! Niech śpiewają po swojemu, tak jak śpiewają np. mnisi z Solesmes – ich metoda również jest jak najbardziej NATURALNA Z PUNKTU WIDZENIA FIZJOLOGII.
To, że w środkowej Europie śpiewa się inaczej niż w Hiszpanii, południowych Włoszech czy Rosji nie oznacza wcale, że u nas śpiewa się wbrew fizjologii! Kultura śpiewacza, nawet jeśli skromna, rozwijała się nieprzerwanie przez tysiąclecia. Nie było przerwy w celebracji liturgii, nie było „czarnej dziury” w śpiewaniu w kościołach. Proszę pokazać mi księdza, który NATURALNIE (nie wykształcony w tym celu) śpiewałby na sposób wschodni? I proszę pomyśleć jak brzmi chorał śpiewany manierą wschodnią w czasie Mszy, podczas której celebrans śpiewa ZUPEŁNIE INACZEJ (i wcale niekoniecznie – gorzej!). Taki chorał zawsze będzie jak przysłowiowy „kwiatek do kożucha”.
Historia muzyki nie przekazuje nam opisów technik wokalnych używanych dawniej, ale daje nam dość dokładny opis pożądanego rezultatu. Dodatkowo należy pamiętać, że nie rozważamy tu śpiewu jako takiego, ale śpiew liturgiczny, czyli modlitwę. I tak Izydor z Sewilli (Etymologie, VIIw.) pisze:
"Głos jego (psalmisty) zaś nie może być szorstki, krzykliwy, dysonansowy, lecz śpiew jego będzie słodki, melodyjny, jasny, dźwięczny."
Reguła zakonna z Akwizgranu (IXw):
„Dlatego jeśli stajemy przed obliczem Boga, stańmy w wielkim uniżeniu, nie podnosząc głosu. Albowiem mnisi nie po to odeszli na pustynię, aby wznosić wysoko swoje głosy w obecności Boga, albo śpiewać psalmy, lub melodie, lub poruszać rękami i stopami biegając wkoło. Stosownym będzie raczej wznosić modły do Boga z trwogą i drżeniem, ze łzami i wzdychaniem, z szacunkiem, za pomocą cichego (przebitego), miarkowanego i pokornego głosu”.
Podsumowując – popierana przez Pana metoda ani nie stanowi jedynego remedium na rozwiązanie problemów śpiewu chorału w dzisiejszym Kościele, ani nie ma mocnego uzasadnienia jako najdoskonalszy sposób wykonania chorału. Proponuję też abyśmy (obie strony sporu) pamiętali o słowach, które sam Pan wypowiedział: „Przede wszystkim jednak nie powinniśmy szukać jednej uniwersalnej formy chorału, choćby z uwagi na zróżnicowanie źródeł”.
śr., 9.3.2011, 10:46
Pawle, sytuacja opisana przez
Pawle, sytuacja opisana przez Ciebie jest potwierdzeniem tezy, że chorał jako muzyka użytkowa musi być weryfikowany przez używanie. Mnisi z Fontgombault używają go w codziennej liturgii i, podobnie jak mnisi z Tyńca, śpiewają skutecznie. Ale nie sposób sprawdzić, czy w takim konkretnie stylu śpiewano w średniowieczu. Tym bardziej, że źródła pisane poddają to w wątpliwość. Ale chwała opactwu Fontgombault, że podejmuje trud restytucji pięknej liturgii.
Śpiewajcie chorał!
wt., 8.3.2011, 10:12
-
-
wt., 8.3.2011, 10:08
Robercie, bywam regularnie u
Robercie, bywam regularnie u benedyktynów w Fontgombault (fundacja Solesmes) i Triors (fundacja Fontgombault) - śpiewają chorał codziennie (zaczynając od Matutinum) i nie daje się odczuć, żeby się przy tym męczyli. A dla uczestnika z zewnątrz, dla mnie, ta liturgia jest wytchnieniem. Chyba musi być też dla mnichów.
A może tak, albo podobnie dawno temu śpiewali mnisi na zachodzie?
pon., 7.3.2011, 18:10
Szanowna Pani Teofilo, wytyka
Szanowna Pani Teofilo,
wytyka mi Pani błędy, które znalazła Pani w moim tekście. Szkoda, że przynajmniej niektórych nie poparła Pani odpowiednimi materiałami źródłowymi, np. cytatami ze wspomnanych traktatów. Proszę najpierw przyjąć do wiadomości, że tekst ten powstał w oparciu o moje własne ponad 20-letnie doświadczenie w śpiewie liturgicznym. Zapewne nie przeczytała go Pani dość uważnie, ponieważ nigdzie nie powołuję się na Marcela Peresa, Pani zaś wciąż przywołuje jego osobę. To wygląda jak głębokie uprzedzenie. Mam jednak nadzieję, że zauważy Pani moje argumenty, którymi spróbuję odnieść się do Pani uwag.
1. Tezy zawartej w cytacie, który przypisuje Pani Peresowi (dlaczego?), nie da się zakwestionować na podstawie historii muzyki. Przede wszystkim dlatego, że historia muzyki nie przekazuje nam opisów technik wokalnych używanych dawnie, niż we wczesnym baroku.
2. Posiadana przez nas wiedza o zawartości średniowiecznych traktatów daje nam podstawy, by uważać te teksty za próby precyzyjnego opisu zastanej rzeczywistości. Nie są to zatem teoretyczne projekty ani też nic, co możnaby określić mianem podręczników muzyki. Autorzy traktatów, począwszy od Boecjusza, opierali się na pitagorejskiej teorii muzyki próbując przy jej pomocy opisać fenomen muzyki nowożytnej. Oczywiście w tej sytuacji teoria wyprzedzała praktykę, ale dotyczyło to, jakbyśmy dziś powiedzieli, zagadnień ogólno-muzycznych, nie zaś ścisłych wskazówek dla praktyki.
3. Pani uwagę o sprzeciwie średniowiecznych teoretyków wobec przejawów muzyki ludowej w muzyce sakralnej uważam za demagogiczną. Doskonale wiadomo, że nie był to sprzeciw wobec techniki śpiewu, ale wobec używania melodii z ludowych piosenek (przykład akademicki: Msza l'Homme arme) jako cantus firmus dla wczesnej polifonii sakralnej. Przytoczenie przez Panią przykładu śpiewu pastuchów i uczestników pijatyk w karczmach jest nadużyciem erystycznym, ponieważ doskonale zdajemy sobie sprawę (tuszę, że i Pani też), iż nie do takiego śpiewu odwołuje się mój tekst.
4. Muzyka sakralna nigdy nie była i nie powinna być dodatkiem do tekstów świętych. Rozumiem, że tak to sobie wyobrażają teoretycy, którzy nie odważają się śpiewać podczas modlitwy. Muzyka, a zwłaszcza chorał, jest NOŚNIKIEM słowa (mam nadzieję, że określenie jest wystarczająco zrozumiałe). Jako nośnik świętego tekstu śpiew jest immanentną cechą liturgii. Dzisiaj, w świecie zachodnim, który po prostu wstydzi się prostego śpiewu, nastąpiło bolesne rozdarcie tych składników i dlatego zazwyczaj mówi się o "muzycznej oprawie liturgii". W tradycji ortodoksyjnej nie ma takiego problemu dzięki pieczołowitemu zachowywaniu tradycji śpiewu liturgicznego. Określenie śpiewu mianem "dodatku, który nie powinien skupiać na sobie uwagi" pokazuje, że nigdy nie próbowała Pani celebracji np. brewiarza (nie mówię tu o prywatnym odczytaniu przepisanego formularza). Zapewniam Panią, że tradycyjny sposób śpiewania, którego nie uczyłem się od Marcela Peresa, ani nawet nie na jego polecenie, jest doskonałym środkiem modlitewnym. Ale przekonałem się o tym dopiero podczas uczestnictwa w nabożeństwach prowadzonych przez tradycyjnych śpiewaków.
5. O naleciałościach muzyki świeckiej i ich skutkach dla muzyki sakralnej pisałem wyżej. Co zaś dotyczy możliwości odtworzenia prawdziwego brzmienia średniowiecznego chorału - zadaję pytanie w tytule mojego tekstu. Ciekaw jestem, skąd wzięła Pani tamte cytaty z Peresa? On jest przede wszystkim rzetelnym muzykologiem, i jednocześnie doskonałym śpiewakiem (co akurat bardzo rzadko idzie w parze). Od nikogo, kto przez osiem lat uczył mnie śpiewu w manierze solesmeńskiej, nie dowiedziałem się o traktatach, systemach modalnych, neumach itd. Peres natomiast najpierw zwrócił moją uwagę na źródła i traktaty oraz przedstawił bardzo bogatą bibliografię. Pani uwagi są w tym kontekście świadectwem nieznajomości tematu, w którym się Pani wypowiada.
6. "Argument zdroworozsądkowy". Czy próbowała Pani kiedykolwiek wziąć czynny udział w Matutinum? Ja akurat mam długoletnie doświadczenie w takiej aktywności, także dzięki wizytom w Tyńcu, choć tam pełnego Matutinum nie śpiewają. Wiem doskonale, jak trudno uruchomić głos o świcie, bo wielokrotnie to robiłem. Zapewniam Panią, że jedynym skutecznym środkiem jest próba śpiewu mocnego i zaangażowanego. Proszę mi wierzyć - sposób śpiewania w takiej sytuacji nie jest efektem fizycznego stanu kantora lecz skutkiem jego woli uczestniczenia w liturgii. Kierunek implikacji jest zatem całkiem odwrotny.
Znów uzywa Pani nazwiska Marcela Peresa, więc i tym razem muszę się do niego odnieść: Czy słyszała Pani kiedykolwiek jakiekolwiek wykonanie chorału prowadzone przez niego? Czy w istocie Marcel "wydziera się"?...
Ten argument "zdroworozsądkowy" bardzo łatwo obalić doświadczalnie. Gdy po raz pierwszy odwiedziłem Opactwo w Tyńcu mnisi zupełnie nie radzili sobie z intonacją. I to do tego stopnia, że spadali nawet o kwintę w czasie jednego psalmu, mimo akompaniamentu pozytywu (sic!). Od kilku lat scholę tyniecką prowadzi o. Bernard Sawicki, obecnie Opat. Główne jego starania szły w kierunku "rozśpiewania" konwentu, czli doprowadzenia braci do artykulacji otwartej, jasnej i mocnej. Obecnie Oficjum śpiewają silnymi, męskimi głosami i, co najważniejsze, doskonale wytrzymują intonację przez cały cykl godziny brewiarzowej. To jest argument rzeczowy.
7. "Forma śpiewu". Uwaga w mojej ocenie małostkowa. Oczywiście, że "forma śpiewu" jest jak najbardziej jasnym określeniem. Zawiera w sobie wszystko, co wymieniła Pani w kolejnym zdaniu. Ale być może muzykologiczny żargon takiego określenia nie akceptuje lub przypisuje mu jakieś szczególne znaczenie. Nie wiem, nie jestem muzykologiem tylko śpiewakiem.
8. "Messa di voce", "bel canto". Czyżbym napisał, że ktoś wykonuje chorał tymi technikami? Dla osób obeznanych w temacie jest oczywiste, że mnisi z Solesmes ufundowali swoisty sposób impostacji głosu. Powyższych określeń użyłem wyłącznie jako pewnego uogólnienia przy pomocy rozpoznawalnych zjawisk, odnosząc się do tego, co wcześniej pisałem o interpretacji muzyki instrumentalnej. W Pani tekście jest to raczej "nieładna zagrywka".
9. Nie ma Pani wątpliwości, odpowiadając na tytułowe pytanie. Ja właściwie też mógłbym odpowiedzieć - NIE. Ale mając za sobą dwadzieścia dwa lata praktykowania śpiewu sakralnego, w tym osiem lat śpiewania w stylu Solesmes, nie mogę w pełni odpowiedzialnie udzielić tak jednoznacznej odpowiedzi. Zawsze mam wątpliwości, które rodzą pytania i mobilizują do dalszych poszukiwań. I o tym właśnie był mój artykuł. Jeśliby Pani przeczytała go bez uprzedzeń, znalazłaby Pani tezę o konieczości weryfikacji efektów pracy nad średniowiecznym śpiewem. Ponieważ nie dysponujemy żadnymi nagraniami z tamtych czasów, ani nie mamy precyzyjnych opisów średniowiecznej techniki wokalnej (takich, jak np. późniejsze traktaty barokowe), nie możemy w pełni odpowiedzialnie powiedzieć: "Oto prawdziwa forma średniowiecznego chorału", albo: "Całkowicie niemożliwe jest odtworzenie prawdziwej formy średniowiecznego chorału". A to dlatego, że nie mamy wzorców weryfikacyjnych. Zatem możemy jedynie próbować śpiewać "skutecznie", czyli tak, aby bez niepotrzebnego wysiłku odbywać długe celebracje; aby sama czynność śpiewania nie odciągała naszej uwagi od celu, dla którego ją wykonujemy. Tu zaś jedyną formą dostępnej nam weryfikacji jest porównywanie efektów tej pracy np. ze śpiewem kantorów tradycyjnych wykonujących chociażby długie śpiewy pogrzebowe. Nie postawiłem za to włożonej w moje usta tezy o "użyciu białego głosu [też nie do końca jasne określenie - R.P.] jako jedynego prawdziwego historycznie". Proszę mi nie imputować takich opinii.
10. Koncert a liturgia. Według mnie wykonywanie koncertowe chorału pozbawia go naturalnego środowiska i jakimkolwiek głosem byśmy go nie zaśpiewali, efekt będzie niemiarodajny. Mnisi średniowieczni nie używali "uczonych głosów" tak, jak w późniejszych epokach używano messa di voce czy bel canto (techniki stworzone dla ściśle określonego celu wykonawczego). Mnisi po prostu NIE ĆWICZYLI chorału, bo była to dla nich muzyka użytkowa wykonywana głównie z pamięci i dla celów natury duchowej. Śpiewali zatem głosami jak najbardziej naturalnymi z punktu widzenia fizjologii.
Chorał jest nośnikiem słowa i jako taki tylko podczas celebracji liturgicznych daje się poddać weryfikacji.
Pozdrawiam.
Robert Pożarski
Śpiewajcie chorał!
4. Muzyka sakralna nigdy nie była i nie powinna być dodatkiem do tekstów świętych. Rozumiem, że tak to sobie wyobrażają teoretycy, którzy nie odważają się śpiewać podczas modlitwy. Muzyka, a zwłaszcza chorał, jest NOŚNIKIEM słowa (mam nadzieję, że określenie jest wystarczająco zrozumiałe). Jako nośnik świętego tekstu śpiew jest immanentną cechą liturgii. Dzisiaj, w świecie zachodnim, który po prostu wstydzi się prostego śpiewu, nastąpiło bolesne rozdarcie tych składników i dlatego zazwyczaj mówi się o "muzycznej oprawie liturgii". W tradycji ortodoksyjnej nie ma takiego problemu dzięki pieczołowitemu zachowywaniu tradycji śpiewu liturgicznego. Określenie śpiewu mianem "dodatku, który nie powinien skupiać na sobie uwagi" pokazuje, że nigdy nie próbowała Pani celebracji np. brewiarza (nie mówię tu o prywatnym odczytaniu przepisanego formularza). Zapewniam Panią, że tradycyjny sposób śpiewania, którego nie uczyłem się od Marcela Peresa, ani nawet nie na jego polecenie, jest doskonałym środkiem modlitewnym. Ale przekonałem się o tym dopiero podczas uczestnictwa w nabożeństwach prowadzonych przez tradycyjnych śpiewaków.
5. O naleciałościach muzyki świeckiej i ich skutkach dla muzyki sakralnej pisałem wyżej. Co zaś dotyczy możliwości odtworzenia prawdziwego brzmienia średniowiecznego chorału - zadaję pytanie w tytule mojego tekstu. Ciekaw jestem, skąd wzięła Pani tamte cytaty z Peresa? On jest przede wszystkim rzetelnym muzykologiem, i jednocześnie doskonałym śpiewakiem (co akurat bardzo rzadko idzie w parze). Od nikogo, kto przez osiem lat uczył mnie śpiewu w manierze solesmeńskiej, nie dowiedziałem się o traktatach, systemach modalnych, neumach itd. Peres natomiast najpierw zwrócił moją uwagę na źródła i traktaty oraz przedstawił bardzo bogatą bibliografię. Pani uwagi są w tym kontekście świadectwem nieznajomości tematu, w którym się Pani wypowiada.
6. "Argument zdroworozsądkowy". Czy próbowała Pani kiedykolwiek wziąć czynny udział w Matutinum? Ja akurat mam długoletnie doświadczenie w takiej aktywności, także dzięki wizytom w Tyńcu, choć tam pełnego Matutinum nie śpiewają. Wiem doskonale, jak trudno uruchomić głos o świcie, bo wielokrotnie to robiłem. Zapewniam Panią, że jedynym skutecznym środkiem jest próba śpiewu mocnego i zaangażowanego. Proszę mi wierzyć - sposób śpiewania w takiej sytuacji nie jest efektem fizycznego stanu kantora lecz skutkiem jego woli uczestniczenia w liturgii. Kierunek implikacji jest zatem całkiem odwrotny.
Znów uzywa Pani nazwiska Marcela Peresa, więc i tym razem muszę się do niego odnieść: Czy słyszała Pani kiedykolwiek jakiekolwiek wykonanie chorału prowadzone przez niego? Czy w istocie Marcel "wydziera się"?...
Ten argument "zdroworozsądkowy" bardzo łatwo obalić doświadczalnie. Gdy po raz pierwszy odwiedziłem Opactwo w Tyńcu mnisi zupełnie nie radzili sobie z intonacją. I to do tego stopnia, że spadali nawet o kwintę w czasie jednego psalmu, mimo akompaniamentu pozytywu (sic!). Od kilku lat scholę tyniecką prowadzi o. Bernard Sawicki, obecnie Opat. Główne jego starania szły w kierunku "rozśpiewania" konwentu, czli doprowadzenia braci do artykulacji otwartej, jasnej i mocnej. Obecnie Oficjum śpiewają silnymi, męskimi głosami i, co najważniejsze, doskonale wytrzymują intonację przez cały cykl godziny brewiarzowej. To jest argument rzeczowy.
7. "Forma śpiewu". Uwaga w mojej ocenie małostkowa. Oczywiście, że "forma śpiewu" jest jak najbardziej jasnym określeniem. Zawiera w sobie wszystko, co wymieniła Pani w kolejnym zdaniu. Ale być może muzykologiczny żargon takiego określenia nie akceptuje lub przypisuje mu jakieś szczególne znaczenie. Nie wiem, nie jestem muzykologiem tylko śpiewakiem.
8. "Messa di voce", "bel canto". Czyżbym napisał, że ktoś wykonuje chorał tymi technikami? Dla osób obeznanych w temacie jest oczywiste, że mnisi z Solesmes ufundowali swoisty sposób impostacji głosu. Powyższych określeń użyłem wyłącznie jako pewnego uogólnienia przy pomocy rozpoznawalnych zjawisk, odnosząc się do tego, co wcześniej pisałem o interpretacji muzyki instrumentalnej. W Pani tekście jest to raczej "nieładna zagrywka".
9. Nie ma Pani wątpliwości, odpowiadając na tytułowe pytanie. Ja właściwie też mógłbym odpowiedzieć - NIE. Ale mając za sobą dwadzieścia dwa lata praktykowania śpiewu sakralnego, w tym osiem lat śpiewania w stylu Solesmes, nie mogę w pełni odpowiedzialnie udzielić tak jednoznacznej odpowiedzi. Zawsze mam wątpliwości, które rodzą pytania i mobilizują do dalszych poszukiwań. I o tym właśnie był mój artykuł. Jeśliby Pani przeczytała go bez uprzedzeń, znalazłaby Pani tezę o konieczości weryfikacji efektów pracy nad średniowiecznym śpiewem. Ponieważ nie dysponujemy żadnymi nagraniami z tamtych czasów, ani nie mamy precyzyjnych opisów średniowiecznej techniki wokalnej (takich, jak np. późniejsze traktaty barokowe), nie możemy w pełni odpowiedzialnie powiedzieć: "Oto prawdziwa forma średniowiecznego chorału", albo: "Całkowicie niemożliwe jest odtworzenie prawdziwej formy średniowiecznego chorału". A to dlatego, że nie mamy wzorców weryfikacyjnych. Zatem możemy jedynie próbować śpiewać "skutecznie", czyli tak, aby bez niepotrzebnego wysiłku odbywać długe celebracje; aby sama czynność śpiewania nie odciągała naszej uwagi od celu, dla którego ją wykonujemy. Tu zaś jedyną formą dostępnej nam weryfikacji jest porównywanie efektów tej pracy np. ze śpiewem kantorów tradycyjnych wykonujących chociażby długie śpiewy pogrzebowe. Nie postawiłem za to włożonej w moje usta tezy o "użyciu białego głosu [też nie do końca jasne określenie - R.P.] jako jedynego prawdziwego historycznie". Proszę mi nie imputować takich opinii.
10. Koncert a liturgia. Według mnie wykonywanie koncertowe chorału pozbawia go naturalnego środowiska i jakimkolwiek głosem byśmy go nie zaśpiewali, efekt będzie niemiarodajny. Mnisi średniowieczni nie używali "uczonych głosów" tak, jak w późniejszych epokach używano messa di voce czy bel canto (techniki stworzone dla ściśle określonego celu wykonawczego). Mnisi po prostu NIE ĆWICZYLI chorału, bo była to dla nich muzyka użytkowa wykonywana głównie z pamięci i dla celów natury duchowej. Śpiewali zatem głosami jak najbardziej naturalnymi z punktu widzenia fizjologii.
Chorał jest nośnikiem słowa i jako taki tylko podczas celebracji liturgicznych daje się poddać weryfikacji.
Pozdrawiam.
' data-count="none" data-via="liturgiapl">TweetnijRobert Pożarski
ndz., 6.3.2011, 21:09
@ Teofila Bepko Dlaczego
@ Teofila Bepko
Dlaczego uważa Pani, że ludowi kantorzy prowadzący śpiewy żałobne śpiewali tą metodą co pastuchowie i pijacy w karczmach?
Sama Pani wspomniała, że kluczowy w chorale jest tekst. Śpiew solesmeński doskonale utrudnia "śpiewanie ze zrozumieniem" i przyznają to również osoby, które z przekonaniem wykonują chorał w ten sposób. Śpiewanie w ten sposób rozbudowanych melizmatów ma się nijak do modlitwy tekstem.
sob., 5.3.2011, 22:32
W pańskim artykule znalazło
W pańskim artykule znalazło się kilka nieścisłości, do których chciałabym się ustosunkować.
Na początek cytat:
„Jest, dzięki Bogu, sposób na uczenie się odpowiedniej jakości głosu: to lekcje u śpiewaków tradycyjnych, którzy na szczęście jeszcze są w różnych częściach świata”
To jest oczywiście wymysł Peresa, który nijak się ma do tego, co wiemy z historii muzyki.
Trzeba przede wszystkim powiedzieć, że średniowiecze było chyba jedyną epoką, w której TEORIA WYPRZEDZAŁA PRAKTYKĘ – tzn. ustalała zasady, które potem były realizowane i wprowadzane w życie. I wszyscy, podkreślam, WSZYSCY teoretycy średniowieczni występowali PRZECIW PRZEJAWOM MUZYKI LUDOWEJ, przeciw jej implementacji na grunt muzyki religijnej. Trudno w takiej sytuacji spodziewać się, że mnisi modląc się chorałem – stosowali technikę śpiewu podobną do tej używanej przez pastuchów i uczestników pijatyk w karczmach.
Dodatkowo trzeba wziąć pod uwagę fakt, że muzyka miała funkcję drugorzędną w stosunku do słowa. Muzyka opisywała słowo, komentowała sens, pomagała w zrozumieniu i zapamiętaniu tekstów religijnych. Była DODATKIEM, który NIE POWINIEN SKUPIAĆ NA SOBIE UWAGI. Mnisi, śpiewając chorał, modlili się, kontemplowali, wielbili Boga. Wszyscy, którzy preferują śpiew "białym" głosem powinni przede wszystkim zastanowić się i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ten sposób śpiewu SKŁANIA DO MODLITWY I REFLEKSJI.
Teoretycy średniowieczni nie mieli wątpliwości, że naleciałości muzyki świeckiej stanowią zagrożenie dla muzyki religijnej (czego znakomitym przykładem były wieki późniejsze) i przestrzegali przed nimi. Tak więc pan Peres (a za nim – również Pan) nawołując do uczenia się śpiewu u śpiewaków tradycyjnych (a więc ludowych) i wykorzystania tych umiejętności w śpiewaniu chorału gregoriańskiego, w imię – podobno - wierności historycznej i odtworzenia prawdziwego brzmienia – pokazuje jednocześnie, że:
1. Obce mu są średniowieczne traktaty muzyczne lub cytuje z nich to tylko, co jest korzystne dla jego teorii,
2. Nie chodzi mu o wierność prawdzie historycznej, tylko o forsowanie swoich przekonań.
Oczywiście mamy pełną wolność jeśli idzie o wykonania koncertowe, ale przenoszenie tej „filozofii” do liturgii jest nie na miejscu, co więcej - jest nieprawdziwe historycznie.
I jeszcze argument zdroworozsądkowy. Trudno jest wyobrazić sobie mnichów, którzy co noc wstają, żeby ok. 3.00 odśpiewać matutinum, a potem laudesy upierając się jednocześnie, że byli wtedy rześcy i ożywieni. Raczej nie śpiewali wtedy pełnym głosem.
W literaturze źródłowej można znaleźć nawet wzmianki o funkcji, nazwijmy to, mnicha-dobudzacza, którego zadaniem było chodzenie, sprawdzanie współbraci (czy czuwają) i ewentualna interwencja, w przypadku tych śpiących… Gdyby mnisi wydzierali się wg. szkoły pana Peresa – nikt nie miałby szans na sen i funkcja „dobudzacza” byłaby zbyteczna…
Jeszcze dwie drobniejsze uwagi.
„Trudno w takiej sytuacji spodziewać się, aby forma śpiewu (chorału) była przez wieki niezmienna i nieulegająca indywidualności kantora, a nawet aktualnym modom”.
„Forma śpiewu” – niejasne określenie.
Nie ma czegoś takiego jak „forma śpiewu”. Czy chodzi tu o technikę śpiewaczą, sposób wydobycia dźwięku, czy może o sposób odczytania zapisu materiału muzycznego?
„W czasach, gdy chorał był jednynym sposobem celebracji liturgii, nie znano technik wokalnych z baroku (messa di voce) czy z XIX wieku (bel canto)”.
Nikt nie wykonuje chorału techniką messa di voce czy bel canto. Nie wiadomo po co te określenia pojawiają się w tekście, domyślam się, że celem było obniżenie wartości wykonań solesmeńskich. Jest to bardzo nieładna „zagrywka”, ponieważ, powtórzę: NIKT NIE ŚPIEWA CHORAŁU UŻYWAJĄC MESSA DI VOCE CZY BEL CANTO. Mnisi w Solesmes również tak nie śpiewają i nigdy nie śpiewali.
Podsumowując:
Odpowiedź na pytanie tytułowe brzmi: NIE. Trudno więc nie zdziwić się, że autor, który jak się wydaje skłania się do takiej koncepcji, daje jednocześnie stanowczą odpowiedź na pytanie: "Jak chorał należy śpiewać".
Teoria o użyciu „białego głosu” jako jedynego prawdziwego historycznie, wydaje się być mocno naciągana. Przeczy temu historia muzyki, przeczą traktaty średniowieczne, przeczy sam chorał gregoriański, który jest formą modlitwy, nie popisów. Argument o niemożności używania „uczonych głosów” jako „nieadekwatnych”(?) jest nietrafiony: mnisi byli właśnie (jako nieliczni w społeczeństwie średniowiecznym) uczonymi osobami więc z pewnością używali „uczonych” (cokolwiek by to mogło znaczyć) głosów.Br>
Użycie "białego" głosu w chorale wydaje się usprawiedliwione w czasie koncertów, ale niedopuszczalne w czasie liturgii.
pt., 4.3.2011, 11:30
Jestem daleko od domu i nie
Jestem daleko od domu i nie mam dość czasu nie tylko na odpowiedź, ale i na dokładne zapoznanie się z treścią. Na razie więc odpowiadam na pytanie z tytułu: NIE.
Więcej w przyszłym tygodniu.