Czuwajcie... Pobrzmiewają mi cały czas słowa ewangelii na pierwszą niedzielę Adwentu... Przyznam szczerze, że owo ewangeliczne czuwanie zawsze kojarzyło mi się dość przyjemnie – jako pewien wysiłek podjęty raz na czas (a dokładnie w noc Zesłania Ducha Świętego i w noc paschalną) i stosunkowo niewielkim kosztem przynoszący błogą satysfakcję.
Ta artystowska wizja czuwania przy świecach, liturgicznym śpiewie i w miłym towarzystwie nie opuszczała mnie do czasu narodzin mojej córki, gdy zostało mi dane przeżyć dziesięć nocy na oddziale noworodkowym.
Czuwanie, do tej pory w wydaniu soft romantic, dało się poznać w wersji no mercy.
Zamiast mdlejącego światła świec – blask żarówki w oczy bez chwili przerwy, zamiast pięknego śpiewu – skrzeczący płacz noworodków, zamiast towarzystwa przyjaciół błyskotliwie głoszonego Słowa – zamęt szpitalnego oddziału i pojękiwania z sąsiednich łóżek. I w tym wszystkim już nie obowiązek czuwania, nie ambitne wyzwanie rzucone samej sobie, ale ogromna potrzeba serca, by być w gotowości na każdą, najmniejszą nawet potrzebę własnego maleńkiego dziecka. Niestety, choć serce pałało, reszta organów padła. Przyszedł moment, gdy zasnęło absolutnie wszystko, z czego się składam. Nie obudził mnie ani płacz córki, ani potrząsania sąsiadek, ani wołanie nad uchem wezwanej położnej... Córeczka powędrowała ogrzać się w dyżurce do czasu, aż dojdę do siebie.
To tak naprawdę była krótka chwila słabości, która czymże jest w perspektywie czasu, jaki jeszcze spędzę z córką. A jednak – poważna sprawa. Dotkliwe doświadczenie. Bo gdy Jezus wzywa: Czuwajcie..., to wie, że nie wystarczy raz na czas chwila czujności, by coś zyskać. Za to wystarczy moment jej braku, by stracić wszystko.
Gdy czuwam i wiem, że za chwilę odpocznę, to to są wakacje. Gdy nie znam dnia ani godziny, w której czuwanie osiągnie kres, wtedy anielskie uniesienie przechodzi w ociężałe, nużące trwanie.
Adwent. Oczekiwanie. Dzieci sąsiadów ćwiczą na flecie „Lulajże, Jezuniu”. Jak co roku. Radosne oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę...
A co z naszym oczekiwaniem na oślepiający blask przy końcu czasów?
Kinga Wenklar
Żona. Matka trójeczki.
Językoznawca. Adiunkt w IJP PAN.
Prywatnie i publicznie - w stanie permanentnego zaangażowania.
Komentarze
czw., 4.12.2008, 18:51
dyżurka