Myślę o przypuszczalnej przyszłości i niekoniecznej swojej starości. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Dlatego ręce trzymam przy sobie.
Dobrze, że tu jesteśmy. Rozbiję namiot dla nas − tubylców tego czasu. W słońcu, które nie zna zachodu, będę śpiewał na cześć świąt. Na nowo uwierzę w Zmartwychwstanie. Bowiem dana mi jest łaska ocalenia do tej chwili.
O, Krzyżu, który drzazgą, belką tkwisz w oku. Nie ułożę ku twojej czci hymnu. Znaku zimny jak czoła umarłych, których ciągle widzę żywymi.
Błogosławieni, którzy nie widzą, a wierzą. Którzy nie odróżniają już przerażenia od radości wielkanocnej, wołając: „Radujcie się”.
Jeśli w rezurekcyjnym marszu mam być radosny, moja radość będzie jak grymas. W grymasie twarzy jest wiara w Zmartwychwstałego. Niewielka, lecz mocna. Jak trzydziestoletnia tradycja mojego życia.
Ze słowami Te Deum na ustach wyobrażam sobie, że jesteśmy ludźmi z Księgi Rodzaju. Tymi, którzy słyszeli głos Stworzyciela.
Mateusz Czarnecki
Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek.
Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.