Pieśń liturgiczna od podszewki

2008-12-08

Nie ma na świecie muzyki, która byłaby mi bliższa niż pieśni dominikańskie. Są modlitwą, są piękne, modlę się nimi od wielu lat. Być może warto byłoby wspólnie zastanowić się nad tym, co jest w nich najlepsze, a na co należałoby uważać pod kątem dalszej twórczości.

Jakie ich cechy sprawiają, że dobrze służą liturgii, a jakie mogą budzić kontrowersje. (Pod hasłem „pieśni dominikańskie” rozumiem pieśni tworzone przez kompozytorów związanych z dominikanami, a zwłaszcza te spośród nich, które na stałe wchodzą do repertuaru scholi dominikańskich.) Próba dokonania takiej oceny nie będzie łatwa, gdyż większość kryteriów jest mocno subiektywna.
 
Przepiękne teksty, melodie i harmonie, prostota i co za tym idzie - łatwość w śpiewaniu wspólnie z wiernymi oraz duży potencjał modlitewny są tym, co - moim zdaniem - jest w naszych pieśniach najcenniejsze.
 
Napisanie dobrej pieśni to wielkie wyzwanie, gdyż kryteriów, jakie powinny być spełnione, żeby muzyka miała potencjał liturgiczny, jest całkiem sporo: poczynając od poddania się twórcy działaniu Ducha Świętego podczas komponowania, a kończąc na dopasowaniu skali sopranu do możliwości wiernych.
 
Wydaje mi się, że elementem, który wywołuje najwięcej kontrowersji, jest styl. Pojawia się pytanie: jakie style muzyczne są dobrym tworzywem dla pieśni liturgicznych, a jakie złym? Niezwykle cenna wydaje mi się koncepcja Andre Gouzesa OP, od której „wszystko” się zaczęło: czerpanie z muzyki dawnej, prawosławia, pieśni ludowej, chorału gregoriańskiego.
 
Natomiast ostatnimi czasy w niektórych pieśniach dominikańskich pojawiły się drobne nawiązania do cech muzyki rozrywkowej i filmowej. Chodzi o pewne zwroty melodyczne, o harmonię, o rytmy synkopowane. Nie jest to częste zjawisko, ale zastanawiam się, czy to tylko taki etap, czy jakaś nowa tendencja. A jeśli jest to rzeczywiście nowa tendencja, to czy prowadzi ona w dobrym kierunku.
 
Nie jest to takie oczywiste. Z jednej strony przykład muzyki Gospel pokazuje, że pieśń religijna o cechach muzyki rozrywkowej może dobrze służyć liturgii. Z drugiej strony, jeśli „synkopa” w liturgii jest tradycją, to ma zupełnie inny wydźwięk niż „synkopa – intruz” w pieśni dominikańskiej. Tutaj wszelkie podobieństwa do rozrywki czy muzyki filmowej budzą (przynajmniej w moim odczuciu) skojarzenia z kulturą masową, brakiem głębi emocjonalno–duchowej, tanim chwytem, właśnie dlatego, że radykalnie odcinają się stylistycznie od tradycji.
 
Może warto byłoby zrezygnować z tego tropu na rzecz poszukiwania bardziej szlachetnych połączeń wyżej wspomnianych źródeł muzycznych (np. chorału gregoriańskiego) z indywidualnym językiem poszczególnych kompozytorów.
 
Następne ważne pytanie: czy istnieje potrzeba poszukiwań nowego języka muzycznego w pieśniach? Obecnie większość pieśni pisana jest w regularnym czterogłosie, harmonii dur-moll, opartej na prostych funkcjach, w regularnym metrum. Ma to swoje dobre i złe strony (więcej dobrych). Dobre: jest to naprawdę świetna i sprawdzona formuła. Prostota zachęca ludzi do śpiewu, słysząc nową pieśń czujemy się bezpiecznie jak w domu i łatwo przyswajamy nowy tekst. Osiągamy pozytywny stan jedności stylistycznej większości pieśni podczas liturgii.
 
Natomiast wadą takiego rozwiązania jest to, że może pojawić się znużenie schematem w melodii, w opóźnieniach, zaczyna brakować charakterystyczności i indywidualnego potraktowania każdego tekstu.
 
Pozostaje jeszcze kwestia charakteru pieśni. Większość z nich jest radosna, ale bardzo spokojna. Brakuje mi w repertuarze dominikańskim śpiewu, który byłby odpowiedzią na potrzebę wyrażenia radości ogarniającej całą duszę i ciało. Są takie pieśni, ale nie ma ich zbyt wiele. Każdy, kto próbował skomponować taką muzykę wie, że jest to najtrudniejsze zadanie: napisać radosną, prostą, niebanalną, nietandetną, porywającą do uwielbienia Pana Boga całą duszą i ciałem pieśń. Byłoby wspaniale, gdyby powstało ich więcej.
 
Mam wrażenie, że sposób pisania pieśni dominikańskich cały czas ewoluuje razem z ich twórcami, każdym z osobna, ale też w jakimś stopniu razem. Jestem ciekawa, jaki będzie kierunek kolejnych mikro-zwrotów w poszukiwaniu nowych środków wyrazu. Mam nadzieję, że nie w stronę skomplikowanej harmonii, zawiłych technik polifonicznych albo muzyki rozrywkowej, ale raczej łączenia prostoty i piękna, szlachetnego brzmienia i łatwości wykonania, a nade wszystko podporządkowania muzyki słowu.

Komentarze

aż tak groźnie?

OK, z tym co może ciążyć w kierunku kiczu pewnie trzeba uważać, ale ostrożność jest zalecana nie tylko dlatego, że coś rzeczywiście może skończyć w tej niechlubnej kategorii. Również dlatego, że można coś zbyt restrykcyjnie chronić przed taką porażką... Droga wąska, czyli chrześcijańska, no i pewnie trzeba jakiegoś wspólnego wysiłku orientowania się w tym terenie, ekspertem nie jestem, ale przysłuchując się pieśniom dominikańskim, mam raczej spokój w tej kwestii, wygląda na to, że są ludzie, którzy o to dbają. Pieśni te dobrze służą liturgii... Pieśni służą liturgii, liturgia posługuje się sztuką, a sama służy... no właśnie też służy. To też w sumie ciekawe i nieproste, bo niektórzy powiadają, że termin 'sztuka liturgiczna' to prawie oksymoron ;). Jest sztuka, ze swoimi koleinami, no i jest liturgia, ze swoim nadprzyrodzonym wymiarem. Przydałby się ktoś zorientowany, może są jacyś chętni heh, ja nie będę udawał znawcy, no ale byłaby to trochę inna kwestia, niż temat autorski ;). Tak czy inaczej, pewnie jest jakiś niebanalny związek między wydźwiękiem liturgii a ewentualnym kiczem obecnym w sztuce, która tej liturgii służy. Jaka jest ta zależność? Na to, żeby powiedzieć: taka prosta, liniowa, wprost proporcjonalna itd... sprawa jest chyba zbyt złożona. Cóż, w każdym razie jeśli ostrożność, to ta wszechstronna...

kicz-klucz

"jeśli ktoś zadba o jakieś proporcje, o to, żeby całość nie zmierzała w takie rejony, z których może już być niedaleko do krainy co się 'kicz' zowie - no ale to chyba pieśniom dominikańskim nie grozi ;)" Właśnie wydaje mi się, że odrobinę grozi, stąd ten wątek...Dzięki za cenny głos, właśnie o ten kicz chodzi - żeby go uniknąć. Pytanie tylko, czy da się obiektywnie stwierdzić, co nim jest, a co nie jest. Trudne pytanie.

hmm, jakoś to zbyt restrykcyjnie wygląda chyba

O właśnie tu zajrzałem, ciekawy wątek w sumie. Początkowo skojarzyłem sens jakoś tak, Ula, że raczej w ogóle nie widzisz w śpiewach liturgicznych miejsca na takie elementy, które kojarzą się z rozrywką, kulturą masową... Potem coś mi tu doprecyzowało, że chyba raczej chodzi o niestosowność tych elementów w pieśniach dominikańskich (inaczej miałoby być w liturgiach muzycznie całościowo 'rozrywkowych'). Czyli nie chodzi o to, że coś, co się stylowo kojarzy z kulturą masową jest generalnie niechciane, ale jeśli już gdzieś jest to niech sobie będzie tam, gdzie generalnie nie ma nic innego i styl jest ogólnie popowy....jakoś tak? Hmmm, no fajnie, że tak troskliwie do tego podchodzisz, ale chyba nieco zbyt restrykcyjnie, z ostrym podziałem złe/dobre. Myślę, że takie elementy, które kojarzą się z filmowością, kulturą masową, mogą być zupełnie udaną częścią śpiewów liturgicznych, również dominikańskich, jeśli ktoś zadba o jakieś proporcje, o to, żeby całość nie zmierzała w takie rejony, z których może już być niedaleko do krainy co się 'kicz' zowie - no ale to chyba pieśniom dominikańskim nie grozi ;) Tak mi się to kojarzy, że liturgia, włącznie ze swoją muzycznością, nie jest celem samym w sobie, potrafi wiele jakby zaczarować i dobrze znosi różnorodność - to co może grozić spójności utworu muzycznego, który musi się liczyć z np. akademickim obstrzałem krytycznym, nie musi zagrażać liturgii. Przecież może być i tak, że słysząc w trakcie liturgii coś z powszedniego tła muzycznego, uczestnik tej liturgii ma odczucie pewnej świeżości, aktualności, tego, że w kościele łączy się codzienność z czymś więcej... Oczywiście tutaj duże alealeee: nie jest tak, że można w oprawę liturgii upchać byle co i niech się tam tym Duch Święty przejmuje ;). Super, że są ludzie, którzy wkładają cały swój kunszt w coś, co służy liturgii... Chodzi mi o to, że liturgia, kościół, moment spotkania ludzi i Boga, ma taki potencjał, że elementy składające się na formę nabierają innego wymiaru i nie musi przeszkadzać to, że nie są w jakiś wyrafinowany sposób tradycyjne, czy chwilami kojarzą się z filmowością, kulturą masową... Jakoś tak ufam, że pieśni dominikańskie uporają się z tą kwestią, nie przez radykalne odcięcie się od synkop i innych podejrzanych chwytów, ale przez kunsztowne urozmaicenie :)

to zmienia postać rzeczy

Dziękuję za oświecenie i do zobaczenia na roratach!

Tak właśnie! Ale nie wiem

Tak właśnie! Ale nie wiem skąd ta tradycja pochodzi? Ale wiem, że taki sposób wykonania fantastycznie buduje adwentowe oczekiwanie w pełnej w moim odczuciu zgodności z tym tekstem, pełnym wewnętrznego napięcia. Na "consolamini" przyjdzie nam zatem poczekać prawie do Wigilii:)

Czego się nie robi aby przyspieszyć nadejście Mesjasza...

Rabbi Lubliner próbował w tym celu wywołać Armageddon, a ja chciałem tylko wszystkie zwrotki naraz - co być może jest równie niestosowne... Tak to się właśnie śpiewa? Dodając po jednej, jak świeczki?

dawka krytyczna?

Nie do końca rozumiem: dziennie. Chodzi o to, że tylko jedna przez cały tydzień? Dodaje się po jednej z każdym tygodniem Adwentu. Jutro usłyszałbyś dwie zapewne:)A na trzecią trzeba zaczekać do poniedziałku:) Czy może chodzi o jakieś inne anomalie?

do Bubsona o roraty na Służewie

A może wiesz czemu 'Rorate caeli' dawkowane tam po jednej zwrotce dziennie?

Co jest dobre dla ludzi?

Moje doświadczenie, oparte na służewskich Mszach akademickich mówi mi, że nie istnieją dobre dla wszystkich wiernych kryteria ułatwiające włączenie się w pieśń. Dla każdego inny zestaw będzie kluczowy. A wybór ogromny: nie za wysoko, nie za nisko, znane, ale nie przejedzone, radosne, porywające serce, wolne, co by się w tempie nie zgubić, po polsku, a może właśnie po łacinie itd.? No i jeszcze do tego scholę obowiązuje dobór do czytań i do części Mszy. Jak tu żyć? Ano, uciekając od tricków socjotechnicznych i dyskusji o gustach, wydaje mi się, że pewnym kluczem może być kontakt scholi z ludźmi w czasie liturgii, który wywołuje wzajemne zaufanie i otwarcie na obie "strony" wydarzenia. Proste gesty ze strony scholi mogą wiele pomóc - nauka nowych pieśni, prośby o wspólną modlitwę śpiewem, świadectwo godnego zachowania w czasie liturgii, wyraziste wychodzenie naprzeciw ze stałością repertuaru, a czasem wręcz pytanie: "jakie jest wasze doświadczenie? podzielcie się z nami, to ważne" (ostatnio rozdaliśmy na Służewie ankietę, ciekawe co "wyjdzie"?). Z drugiej strony nie da się nikogo zmusić do śpiewu. Wierny musi chcieć się otworzyć, przełamać opór psychologiczny, nierzadko barierę ciszy wokół siebie. Podsumowując, uważam, że wspólnota śpiewu dominikańskiego w czasie liturgii to rzeczywiście technicznie rzecz trudna (nie można się ukryć w dźwięku organów), ale obustronne zaangażowanie i cierpliwość mogą, moim zdaniem, zaprocentować efektami (tym cudowniejszymi, bo niełatwymi). Jako przykład takiego "sukcesu", którego zbudowanie trwało parę lat, mogę podać służewskie Msze roratnie - wspólnotę parafialną z pełnym przekrojem wiekowym, która razem pełnym głosem śpiewała po kolei: gregoriańskie Rorate, Zawiiitaj ranna jutrzenko, pieśni dominikańskie, a potem godzinki.

'łatwość w śpiewaniu wspólnie z wiernymi'?

Moje doświadczenia (jako 'wiernego') uczestnictwa w liturgii ze scholą dominikańską (przy obu klasztorach warszawskich) nie pozwalają mi przytaknąć - włączenie się w śpiew scholi jest dla mnie jednak dość trudne, zwykle trudniejsze niż włączenie się w śpiew prowadzony przez organistę. Nie mam wykształcenia muzycznego, więc nie bardzo potrafię określić co konkretnie jest przyczyną tych trudności. Druga obserwacja to taka, że w śpiew scholi włączają się lub próbują włączyć zwykle młodzi wierni, a mniej młodzi(po czterdziestce) najwyżej sporadycznie. Może dlatego, że schole dominikańskie śpiewają na mszach dla młodzieży i studentów, ale może nie tylko dlatego. Mimo, że pieśni w wykonaniu scholi brzmią nieraz bardzo pięknie, czuję jakby ich przeznaczeniem było raczej wykonanie przez scholę niejako w imieniu ludu (jak na swoim blogu pisze o tym o. Wojciech Gołaski) raczej niż wspólny śpiew całego zgromadzenia.

synkopa cd.

Witaj Michale! Rzeczywiście wolałabym nie mówić o konkretnych pieśniach, bo nie chcę wpływać negatywnie na ich odbiór. Ale może przynajmniej rozwinę myśl. "Synkopę" traktuję jako symbol rozrywkowości, która nie podoba mi się w pieśniach dominikańskich wcale, w jakichkolwiek przejawach. A jeśli z kolei jakaś liturgia posługuje się muzyką o cechach silnie i jednolicie rozrywkowych od zawsze, to nie mam nic przeciwko temu. A pisząc o filmowości miałam na myśli np. korzystanie z chwytów obiegowych generujących pewne emocje - taka np. seksta mała to znany wyciskacz łez w kulminacyjnych romantycznych scenach. Albo używanie charakterystycznych dla harmonii muzyki filmowej przejść akordowych.

Intruz w liturgii

Urszulo, chyba celowo nie podawałaś przykładów pieśni należących do niepokojącego Cię prądu. Niemniej na pewnym poziomie abstrakcji nie da się podjąć polemiki. Chciałbym poznać przede wszystkim różnicę pomiędzy synkopą dobrze czującą się w liturgii a "synkopą-intruzem". Nawiązania do muzyki filmowej też wydają się interesującym tropem. Opierając się na konkretnych utworach pomożesz zrozumieć swą myśl :)

Nasze hymny pochwalne niczego Tobie nie dodają, ale się przyczyniają do naszego zbawienia

a mi

a mi zwykle chce się potańczyć przy Oto są barankach młodych

wow

Dziękuję autorce za pierwsze zdanie tego wpisu. :)))))))))) wow, jest niesamowite. nawiązując do wypowiedzi Moniki, rzeczywiście, "Cała ziemio" jest (moim zdaniem) jedną z nielicznych pieśni dominikańskich, która jest "cała" radosna, tzn. nie tylko w treści, ale również w charakterze. lud wierny apeluje o więcej takowych ;)

"radość ogarniająca całą duszę i ciało"

Przyznam, że dla mnie taką pieśnią jest "Cała ziemio wołaj z radości na cześć Pana" Dawida Kusza. Zawsze kiedy ten śpiew pojawia się na Mszy mam ochotę potańczyć na środku kościoła ;-)

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Zasypywanie przepaści”
Miałem niedawno rozmowę na tematy liturgiczne z jednym moim współbratem. Rozmowa ta dała mi trochę do myślenia, dlatego dzielę się tym na blogu.
Blog „Krucjata anty-omniańska”
W Regula monachorum św. Fruktuoza z Bragi (+ ok. 665) znalazłem bardzo ciekawe zalecenie, co robić w przypadku przyłapania mnicha na efebo-, albo pedofilii. Pisze on:
Blog „Blog redakcyjny”
Ten krótki kolaż blogowy chcieliśmy dedykować dwóm świeżo wyświęconym diakonom: Krzyśkowi Porosło (autorowi wielu dobrych tekstów na Liturgia.pl) i Andrzejowi Krukowi (przyjacielowi).

O autorze

Kompozytorka, absolwentka Akademii Muzycznej im. F.Chopina w Warszawie (specjalność: kompozycja). Komponuje utwory solowe, kameralne, chóralne i orkiestrowe, a także muzykę filmową i liturgiczną.

Od wielu lat śpiewa w scholach dominikańskich, w latach 2004-2008 dyrygowała scholą Duszpasterstwa Akademickiego u Dominikanów na Służewie.

Najnowsze wpisy autora

Religijna pieśń biesiadna

2010-08-01

Jest to gatunek pieśni religijnej, a nawet co gorsza liturgicznej, który niezwykle mocno zakorzenił się w wielu parafiach. Jest to dla mnie absolutnie przerażające. więcej »

Niebezpieczna forma

2009-08-26

Jest taka zależność, że im bardziej człowiek koncentruje się na formie liturgii, tym mniej w niej uczestniczy.  więcej »

Kantyk Katarzyny Ricci

2009-03-23

Przypomniałam sobie jedno z najpiękniejszych doświadczeń liturgicznych zeszłego Wielkiego Postu.  więcej »

Lubiane na Facebooku