"Pobożny" czy "rubrycysta" - który lepszy?

2011-02-03

W czasie różnych seminaryjnych dyskusji dość często wraca temat przestrzegania/łamania przepisów liturgicznych. Dyskusje te są zawsze bardzo burzliwie, a tym samym często brakuje jakichkolwiek rzetelnych argumentów. Najczęściej zajmowanym stanowiskiem przez kleryków jest to: „jestem zdecydowanie za przestrzeganiem przepisów, ale...”. I właśnie owo „ale” mnie najbardziej martwi i ciężko mi wytłumaczyć skąd ono w ogóle się bierze. „Ale” zazwyczaj ma dwa oblicza.

Pierwsze „ale” to dobro i potrzeby duszpasterskie. Dla dobra duszpasterskiego mogę złamać wszelkie przepisy. Oczywiście dobro i potrzeby duszpasterskie są przeróżne zdaniem wielu duszpasterzy: Wigilia paschalna o godz. 18:00 i jak najkrótsza – dla dobra duszpasterskiego. Jedno czytania na Mszy niedzielnej z udzieleniem sakramentu chrztu – dla dobra duszpasterskiego. II Modlitwa eucharystyczna zawsze i wszędzie – oczywiście wszystko dla dobra wiernych. To tylko trzy przykłady dość często przeze mnie doświadczane z tysiąca tego typu, które spotykamy w naszej codzienności liturgicznej. Ale najgorsze w tym jest to, że wielu kapłanów wmówiło sobie, że a) istnieje prawo pozwalające im dla dobra duszpasterskiego łamać przepisy; b) i że mają władzę nad liturgię, pozwalającą im określać, które przepisy są słuszne, a które szkodzą wiernym. A jak trudno tego typu przekonania wybić komuś z głowy to chyba każdy doskonale wie. Wszystkie liturgiczne dokumenty Kościoła zaczynają się od zdania, że kapłan nie ma najmniejszego prawa zmienić czegokolwiek w liturgii. Mało tego, jeśli coś zmienia to nigdy nie czyni tego dla dobra duszpasterskiego, ale wręcz przeciwnie, szkodzi wiernym. Módlmy się, abyśmy naprawdę w to uwierzyli i wyzwolili się z tej fałszywej pułapki duszpasterskiego dobra. Dla przykładu dwa bardzo mocne teksty z Magisterium:
„Kapłan jednak winien pamiętać, że jest sługą świętej liturgii i że nie wolno mu na własną rękę w celebracji Mszy świętej niczego dodawać, opuszczać ani zmieniać” (OWMR 24).
„Tajemnica Eucharystii jest zbyt wielka, „ażeby ktoś mógł pozwolić sobie na traktowanie jej wedle własnej oceny, która nie szanowałaby jej świętego charakteru i jej wymiaru powszechnego”. Przeciwnie, kto tak postępuje, pobłażając swojemu sposobowi myślenia, szkodzi, chociażby był kapłanem, prawdziwej jedności obrządku rzymskiego, która winna być gorliwie zachowywana, oraz podejmuje czynności, które w żaden sposób nie odpowiadają na głód i pragnienie Boga żywego, jakich doświadczają ludzie naszych czasów; nie służy też autentycznemu zaangażowaniu duszpasterskiemu ani słusznej odnowie liturgicznej, lecz raczej pozbawia wiernych ich dziedzictwa i tradycji ojców. Samowolne bowiem działania nie wspierają prawdziwej odnowy, lecz szkodzą słusznemu prawu wiernych do czynności liturgicznej zgodnej z tą tradycją i dyscypliną, która jest wyrazem życia Kościoła. Wprowadzają wreszcie pewne deformacje i niezgodności do samej celebracji Eucharystii, która doskonale i ze swojej natury prowadzi do tego, aby objawiała się i w cudowny sposób realizowała wspólnota Boskiego życia i jedność ludu Bożego. Stąd pojawiają się w następstwie: niepewność co do nauki Kościoła, wątpliwość i zgorszenie ludu Bożego oraz, w sposób prawie nieunikniony, gwałtowne sprzeciwy, a wszystko to, w naszych czasach, gdzie często życie chrześcijańskie również z powodu naporu „sekularyzacji” staje się niezwykle trudne, zasmuca i wprowadza duże zamieszanie wśród wielu wiernych. Wszyscy wierni mają prawo do prawdziwej liturgii, a w sposób szczególny do celebracji Mszy św., która winna być taka, jaką chciał i ustanowił Kościół, tak jak określają przepisy w księgach liturgicznych oraz w innych normach i aktach prawnych. Podobnie lud katolicki ma prawo, aby Ofiara Mszy św. była celebrowana w sposób niezmieniony, zgodny z całym nauczaniem Magisterium Kościoła. Wspólnota katolicka ma wreszcie prawo do celebracji dla niej Ofiary Mszy św. w taki sposób, aby prawdziwie ukazywała sakrament jedności, czyli z wykluczeniem uchybień i wszelkich gestów, które mogłyby zrodzić w Kościele podziały i stronnictwa” (Instrukcja Redemptionis Sacramentum 11-12).
 
Drugie „ale” ma nazwę pobożności. W czym się to objawia. Oczywiście, kiedy mówię o przepisach, kiedy „czepiam się” tych, którzy ich nie przestrzegają, kiedy ktoś przychodzi do mnie o coś zapytać, stają się pozbawionym serca i pobożności rubrycystą, który w liturgii nie widzi nic więcej tylko literę prawa. Dlaczego? Ponieważ znam i przestrzegam przepisy. Nic więcej nie trzeba, aby być rubrycystą. Przeciwieństwem tej postawy jest pobożny, który łamie przepisy. On liturgię przeżywa (cokolwiek to słowo znaczy), zanurza się w jej głębinach, doświadcza spotkania z Bogiem, i to go usprawiedliwia w łamaniu przepisów. Przecież lepszy ksiądz pobożny, który łamie przepisy, niż suchy rubrycysta – tak najczęściej argumentują swoje zdanie owi „pobożni” ignoranci. Często słyszałem rozwinięcia tej myśli: „Ludzie i tak nie znają przepisów, to tego nie zauważą jak je ksiądz łamie, ale widzą czy pobożny, czy nie”.
Ja natomiast nie mogę zupełnie zrozumieć dwóch rzeczy: a) dziwaczej dychotomii między pobożnością i przestrzeganiem przepisów; b) przestrzegania przepisów wtedy, kiedy ludzie orientują się, że są one łamane.  Po pierwsze skąd wypływa ten wniosek, że znający i stosujący przepisy od razu jest pozbawionym głębi ducha rubrycystą, który nie ma nic wspólnego z pobożnością? Jestem przekonany, że zazwyczaj jest wprost przeciwnie. Ten kto jest całkowicie wierny Bogu i posłuszny Kościołowi, a tym samym rytowi, który ustanowił Kościół, jest prawdziwie pobożny. I może nie rozpływa się w „mistycznym uniesieniu”, ponieważ nie dysponuje cukierkowatą pobożnością. Już św. Tomasz a Kempis pisał: „W odprawianiu Mszy św. nie bądź ani zbyt powolny, ani zbyt prędki, lecz zachowuj dobry zwyczaj tych, z którymi żyjesz. Nie sprawiaj innym przykrości i nie zanudzaj drugich swoimi formami pobożności, ale idź normalną drogą, trzymając się zwyczajów starszych, dbając więcej o pożytek innych, niż o swoje własne zadowolenie”. Nie trzeba zewnętrznie okazywać pobożności, aby pobożnym być.
Natomiast mam duże wątpliwości, co do pobożności tych, którzy świadomie łamią przepisy liturgiczne. To oni ignorują tradycję, zdanie Kościoła, przywłaszczają sobie prawa, których nie mają. Moim zdaniem nie istnieje taka hybryda jak pobożny, który łamie przepisy. Te dwie rzeczywistości zupełnie się wykluczają, ponieważ są ze sobą wewnętrznie scalone. Brak jednej wyklucza obie. Takie też jest dogmatyczne zdanie Kościoła. Ważność sakramentów jest związana z poprawnością formy (ex opere operato) a nie subiektywną pobożnością szafarza. Powinno to nam dać coś do myślenia.
Podobnie jeśli kapłan przestrzeganie przepisów uzależnia od zdania wiernych, ich „potrzeb” i świadomości liturgicznej, to ewidentnie jest coś nie tak. Ujawnia się wtedy prawda o tym, o czym tak często przypominał Benedykt XVI. Nie sprawujemy liturgii dla ludzi i według ich mniemania. Liturgię celebrujemy dla Boga, to przed Nim stajemy z hymnem uwielbienia. To Bóg jest jedynym „właścicielem” liturgii, a tym samym jedyną jej miarą. Wydaje mi się, że cały problem nieprzestrzegania przepisów polega właśnie na tym elementarnym przesunięciu: z teocentrycznego na antropocentryczny. Nie sprawuję liturgii dla Boga (przecież jej nie potrzebuje), ale dla ludzi (to oni jej potrzebują). Błąd polega na tym, że – jak pisał Guardini – trzeba w czasie liturgii stanąć przed Bogiem i uwierzyć, że ma ona sens, ale nie ma żadnego wymiernego dla mnie celu. Przychodzę tylko po to, aby stanąć przed moim Bogiem i oddać mu hołd. A co On w tym świętym czasie będzie chciał ze mną i dla mnie uczynić, to już Jego sprawa. Wiem jedno: Na pewno nas nie zignoruje w przeciwieństwie do wielu uczestniczących w liturgii, którzy nie zauważają, że „liturgia istnieje ze względu na Boga” (R. Guardini).
Pobożny czy rubrycysta – który kapłan lepszy? Modlę się o to, abym był kiedyś pobożnym rubrycystą.

Komentarze

A propo ważności rubryk

Taki krótki komentarz: http://www.nowyruchliturgiczny.pl/2011/03/czy-rubryki-sa-wazne.html

Czy warto przeczytać - nie wiem. Ale mam nadzieje, że chociaż pobudzi do refleksji :)

"Niezdolność klęczenia okazuje się zatem istotą elementu diabolicznego" - Józef kardynał Ratzinger.

Najlepiej

zastosować do V ME wskazania Mszału editio typica III z 2002 r., który łączy tę Modlitwę z konkretnymi formularzami mszalnymi i nazywa tę ME "Modlitwą w różnych potrzebach". Inna kwestia co do V ME to jej tekst. W naszym polskim Mszale mamy tekst jeszcze sprzed powstania typicznej wersji łacińskiej (1991 r.), która w niektórych miejscach znacząco koryguje tekst wcześniejszy. Ja sam na jakiś czas zawiesiłem stosowanie tej Modlitwy, w oczekiwaniu na nowe polskie tłumaczenie.

ryba

Trochę to jest jednak tak, że ryba psuje się od głowy. Żeby ograniczyć się do sprawy wyboru modlitwy eucharystycznej. Kiedyś przeczytałem rubryki z polskiego mszału co do V ME. W żaden sposób nie mogłem wywnioskować, czy można jej używać w niedziele zwykłe. Zadałem odpowiednie pytanie na liturgia .pl. Nawet się wywiązała mała dyskusja między dominikańskimi liturgistami a opinie oczywiście były rozbieżne. A to tylko jeden przykład spośród legiony niejednoznacznych rubryk. Trudno się dziwić ich lekceważeniu. Przyjrzyjmy się przykładowi II ME podanemu przez kl. Krzysztofa. Niby WOMR powiada, ze jest on na dni powszednie, ale ponieważ nie ma w odnośnym przepisie słowa „wyłącznie”, a w samym mszale, polskim, ale także np. niemieckim, są dopisane modlitwy „zjednoczeni…” na niedziele i wszystkie ważniejsze święta więc efekt jest jaki jest. A co do dyskusji miedzy dominikanami. Ciekawe, że nikt z nich nie zasugerował, ze wobec niejasności interpretacyjnych, lepiej trzymać się przepisu pewnego i w niedziele zawsze odmawiać Kanon (no, ewentualne III ME lub, w niedziele zwykłe, także IV).

Jeszcze na temat

rzekomej opozycji między pobożnością a normami liturgicznymi. Bardzo dobry cytat z pisma "Norma vitae" bł. Stanisława Papczyńskiego (założyciela Zgromadzenia Księży Marianów): "Przykazania Boże i rady ewangeliczne, prawa świętego Kościoła Rzymskokatolickiego, jego przepisy, postanowienia, obrzędy, zwyczaje i nakazy, a także ta niniejsza Reguła, niech będą przestrzegane z miłości do Boga".

@ks. Maciej

Za jakiś czas zrobię jeszcze mały wpis u siebie na pokrewny temat". Z niecierpliwością czekamy na ów wpis. @Kazimierz Roztocki "Przyszło mi też w tym momencie do głowy takie pytanie, czy "łamanie przepisów liturgicznych" nie jest w jakimś stopniu łamaniem przez kapłana zasady posłuszeństwa wobec Kościoła?" Według mnie zdecydowanie jest nieposłuszeństwem Kościołowi. Przysięga posłuszeństwa biskupowi i jego następcom składana w czasie święceń nie może być rozumiana tylko jako przysięga wobec poleceń mojego biskupa i tyle. W osobie biskupa jest reprezentowany Kościół ze wszystkim, co oznacza. Posłuszeństwo biskupowi i Kościołowi wyraża się w posłuszeństwie normom liturgicznym. Świadome ich łamanie jest wyraźnym gestem nieposłuszeństwa. Przez długi czas nosiłem w sercu taki problem: czy w posłuszeństwie powinienem łamać przepisy jeśli wymaga tego ode mnie proboszcz? Doszedłem jednak do wniosku, że mogę się temu sprzeciwić: a) posłuszeństwo Kościołowi wyrażam przez posłuszeństwo normom liturgicznym; b) nie mogę łamać swojego sumienia dla bycia posłusznym proboszczowi. Oczywiście taka postawa zazwyczaj doprowadzi do konfliktu na linii proboszcz-wikary, jednakże ważniejsze jest bycie prawdziwie sobą, bycie zgodnym z własnym sumieniem, a nade wszystko bycie posłusznym Kościołowi i ustanowionym przez Niego normom liturgicznym.

"Ocaliłem, Panie, w moim życiu miejsce najświętsze - święte świętych - spotkania z Tobą. [...] I trwa liturgia wzruszeń, prac, zmagań i myśli." ks. M. Nowak

"Natomiast mam duże

"Natomiast mam duże wątpliwości, co do pobożności tych, którzy świadomie łamią przepisy liturgiczne. To oni ignorują tradycję, zdanie Kościoła, przywłaszczają sobie prawa, których nie mają. Moim zdaniem nie istnieje taka hybryda jak pobożny, który łamie przepisy. Te dwie rzeczywistości zupełnie się wykluczają, ponieważ są ze sobą wewnętrznie scalone. Brak jednej wyklucza obie." Świetny tekst! Trafił ksiądz w sedno. Ja jeszcze bym dodał, że w wielu przypadkach liturgiczna samowolka prawdopodobnie wynika z pychy ("ja wiem lepiej, jak powinna wyglądać Msza") i/lub takiej typowej ludzkiej niechęci wobec podporządkowywania się komukolwiek lub czemukolwiek, zwłaszcza jeśli nikt nie patrzy na ręce i nie wyciąga konsekwencji. Skoro można wszystko zrobić szybciutko i po swojemu - to czemu nie? Przyszło mi też w tym momencie do głowy takie pytanie, czy "łamanie przepisów liturgicznych" nie jest w jakimś stopniu łamaniem przez kapłana zasady posłuszeństwa wobec Kościoła?

"Obawy o przyszłość Kościoła są płonne. W swej najgłębszej, sakramentalnej rzeczywistości jest on niezniszczalny." Abp Henryk Hoser

Jest faktem,

że siedzi w nas jakaś mocna niechęć do prawa jako takiego. Przypomina się, tak sięgając do przykładu z literatury dziecięcej, taka scena z książki "Pamiętniki Tatusia Muminka": Włóczykij zbudował statek na morską wyprawę, po czym w jakimś pomieszczeniu (może w budce sternika, dokładnie nie pamiętam), zastał nieoczekiwanie kota Joka. Gniewnie zapytał: "Jak to, nie widziałeś napisu na drzwiach: Obcym wstęp wzbroniony?", na co kot spokojnie odpowiedział: "Widziałem, no i właśnie dlatego tu jestem". Jest w nas coś z tego Joka (skądinąd sympatycznego, ja zresztą koty bardzo lubię). Instynktownie traktujemy prawo jako narzędzie opresji, z którego trzeba się wyzwolić, uznając tym samym, że ten, kto to prawo wydał, jest niegodny zaufania. Przenosić taką postawę w dziedzinę liturgii jest niebezpiecznie. Prawo w liturgii jest oczywiście służebne wobec celebrowanego misterium i nie może być absolutyzowane, ale nie jest przez to nieważne. Podoba mi się porównanie norm liturgicznych do znaków drogowych i barier ochronnych na drodze, one są służebne i pomagają mi sprawnie i bezpiecznie jechać do celu. Mam je respektować, a nie zastanawiać się, czy ten znak jest tu potrzebny czy niepotrzebny i niech mi ktoś najpierw wytłumaczy sens tego znaku, ja to rozważę i jeśli łaskawie się z tym zgodzę, to może się zastosuję. Jedno wspomnienie sprzed paru lat. W jednym z domów zakonnych, w którym akurat przebywałem, wywiązała się dyskusja o kupnie nowego kielicha do kaplicy domowej. Dawny kielich był ceramiczny i rozbił się (na szczęście nie podczas liturgii). Przełożony (mój dobry kolega i, co ważne, absolutnie żaden libertyn czy wolnomyśliciel) zdecydowanie optował za kielichem ceramicznym, no ale korzystając z mojej obecności, poprosił mnie o radę niby jako eksperta. Powiedziałem, żeby przy okazji tego, że stary kielich się rozbił, kupili porządny kielich ze szlachetnego metalu, jak Kościół przykazuje, dodając, że "takie są normy liturgiczne". Przełożony wówczas spontanicznie prychnął i wydymając pogardliwie wargi, powiedział: "Eee tam, normy liturgiczne...", po czym w dłuższym wywodzie zaczął uzasadniać dlaczego powinien być kielich ceramiczny. Powinien być, ponieważ w tym domu tak zawsze było (czyli od kilkunastu lat), a poza tym kiedy była zorganizowana kaplica domowa, to wtedy pierwsze prowizoryczne tabernakulum to było po prostu otwarte gliniane naczynie zwisające z sufitu i to mu przypominało słowa św. Pawła o skarbie w naczyniach glinianych i że my też jesteśmy takim naczyniem i zawsze wtedy bardzo to przeżywał, potem zrobiono juz zamykane tabernakulum w ścianie, ale kielich ceramiczny był takim przypomnieniem, dzięki któremu mógł dalej przeżywać, więc chciałby kupić nowy kielich ceramiczny, bo wtedy mógłby znów przeżywać. Po wysłuchaniu tego skomentowałem krótko: "Słuchaj, możesz myśleć o mnie, że jestem czlowiekiem żyjącym w niewoli prawa, ale zobacz, że twoja racja nie jest ani trochę głębsza. Twoją racją jest osobisty religijny sentyment, który chcesz podnieść do rangi prawa i narzucić wszystkim domownikom". Przełożony zamilkł, a kiedy po jakimś czasie odwiedziłem znów ten dom, zobaczyłem w domowej zakrystii nowy złoty kielich. Z tamtym przełożonym kolegujemy się do dziś i jakoś nie widzę, żeby brak kielicha ceramicznego spowodował u niego duchową katastrofę. Zapamiętałem w każdym razie jako ciekawe zjawisko tę spontaniczną gniewną reakcję na samo wspomnienie "norm liturgicznych", i to u człowieka bardzo prawego, starającego się być zawsze wiernym wobec nauczania Magisterium, a jakoś puszczającego mimo uszu wezwania cenionych przez siebie Jana Pawła II i Benedykta XVI do zachowywania tych okropnych "norm liturgicznych". Za jakiś czas zrobię jeszcze mały wpis u siebie na pokrewny temat.

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Zasypywanie przepaści”
Miałem niedawno rozmowę na tematy liturgiczne z jednym moim współbratem. Rozmowa ta dała mi trochę do myślenia, dlatego dzielę się tym na blogu.
Blog „Krucjata anty-omniańska”
W Regula monachorum św. Fruktuoza z Bragi (+ ok. 665) znalazłem bardzo ciekawe zalecenie, co robić w przypadku przyłapania mnicha na efebo-, albo pedofilii. Pisze on:
Blog „Blog redakcyjny”
Ten krótki kolaż blogowy chcieliśmy dedykować dwóm świeżo wyświęconym diakonom: Krzyśkowi Porosło (autorowi wielu dobrych tekstów na Liturgia.pl) i Andrzejowi Krukowi (przyjacielowi).

O autorze

Kleryk krakowskiego seminarium duchownego.
Współorganizator rekolekcji liturgicznych Mysterium fascinans.

Interesuje się teologią liturgii, a szczególnie teologią symbolu i antropologią liturgiczną.

Autor książki: „Jestem z wami przez wszystkie dni... Kompendium liturgiczne w pytaniach i odpowiedziach” (Kraków 2007).

Najnowsze wpisy autora

„Metodologia” mistagogii

2012-03-09

W poprzedni wtorek w Tyńcu odbyło się spotkanie środowisk liturgicznych, w czasie którego miałem przyjemność przedstawić problem popularyzacji liturgii w Polsce. Postanowiłem jednak w tym miejscu rozwinąć jeden z wątków – najistotniejszy – który prezentowałem w Tyńcu. więcej »

Miejsce znajome od zawsze, choć nigdy wcześniej niewidziane

2011-08-21

Już prawie dwa miesiące szukałem czasu, żeby dokonać tego wpisu i podzielić się zupełnie niesamowitym doświadczeniem pobytu w Ośrodku Formacji Liturgicznej w Zawichoście, założonym i prowadzonym przez Siostry Jadwiżanki. Początkiem lipca spędziłem tam 8 dni. więcej »

Mysterium fascinans (pokój, rytm, harmonia) et tremendum (bojaźń Boża) w doświadczeniu rekolekcji liturgicznych 2011

2011-08-15

W dniu wczorajszym zakończyły się IV Rekolekcje liturgiczne Mysterium fascinans. Choć trudno już mówić o jakiś dojrzałych i poukładanych myślach i wnioskach płynących z tych 3 dni, to jednak – zgodnie ze zwyczajem – podzielę się własnymi przemyśleniami. A może lepiej powiedzieć – własnym doświadczeniem tego czasu. Z racji, że to dopiero będzie się gdzieś układało i harmonizowało, rzucę tylko kilka luźnych myśli. więcej »

"Jezus z Nazaretu II" - Brak i wypełnienie "perspektywą"

2011-04-08

Już od ponad 2 tygodni jestem po lekturze drugiej części „Jezusa z Nazaretu” Benedykta XVI, ale dopiero teraz znalazłem czas, aby podzielić się swoją refleksją. Książka, w której Papież zachwyca niezwykłą głębią myśli wyrażoną w prostocie słów. Zachwyca również każdego, dla którego temat liturgii jest ważnym, bądź najważniejszym, gdyż myślą przewodnią, linią łączącą wszystkie rozdziały w całość jest temat „nowego kultu”. Może uda mi się na blogu również kiedyś o tym napisać. Dzisiaj jednak chciałem podjąć temat braku i tego, co ów brak wypełniło.  więcej »

Lubiane na Facebooku