Stojąc, czekając na żonę, chwilowo nie wiedziałem, jaką winę zaciągam. Zwyczajnie przyszedłem z zamysłem przyjścia i z nieposzlakowaną obojętnością czynu ustawiłem się w miejscu, w którym nie będę nikomu wadził. Co mógłbym sobie zarzucać? Że czekam? I to na swoją małżonkę?
Pełen cierpliwości i wiary w jej nadejście, oddany skromnej a szlachetnej czynności, rozglądałem się, to znów pogrążałem w zagapieniu. Nieustanna gadanina bodźców. Tu krawężnik, tam przechodzień. Minuty przepływają bezpamiętnie − bo i o czym tu pamiętać.
I nie zauważyłem, o, nie zauważyłem, ile uwagi poświęciłem wszystkiemu! Ale nie. Nie o przedmiot tu chodziło, lecz o samą uważność. Z takim tupetem moją, iż zupełnie uszła mojej uwadze.
Ile egoizmu zaległo w tym moim − trwającym nie dłużej niż kwadrans − czekaniu. Jak mogłem, jak mogłem tak zaprzepaścić się w luźnym toku asocjacji, by najzwyczajniej w świecie wspominać samego siebie i myśleć, i myśleć tak zapamiętale tylko z własnej perspektywy, nie wyglądając na krok poza swoją objętość. O ciasnoto mnie samego!
Wzdrygnąłem się na myśl tej myśli. Jak mogę, jak mogę? Wracam do pionu. Tu krawężnik, tam przechodzień. Mówię: „Czekam na żonę”. Powtarzam. Ale wciąż w tym zdaniu za mało żony. Panoszy się tylko ten tu czekający, ten ja. Stoję usilnie, chwytam się za siebie. Ale skoro stoję, już wiem, że upadłem.
Przepraszam! Wybacz! Tfu! Ile w tym „przepraszam” mnie samego. Jak śmiem mówić w tym swoim imieniu, w tej pierwszej osobie liczby pojedynczej. Cóż za megalomania! Pycha żywota! Nie zasługuję, nie zasługuję na pierwszą osobę, na liczbę pojedynczą!
Mateusz Czarnecki
Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek.
Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.
Komentarze
sob., 19.2.2011, 17:16
Tak... (?)
Maksymilian www.teatr-usmiech.pl