A my się wahamy...

2009-09-25

Od kilku lat - w gronie zainteresowanych tym rozmówców - trwają dyskusje o tym, jak i czy w ogóle przełożyć muzykę gregoriańską na języki narodowe. 

Amerykanie - jak zwykle - mniej gadają, a więcej robią. Czy słusznie? Oceńcie sami inicjatywę pewnego mnicha z klasztoru świętego Meinrada. Prawdą jest, że jego dzieło jest autorskie i część kompozycji w nim zawarta, to kompozycje własne. Wobec tego polskim praktykom chorału przypomina Antyfonarz tynieckich benedyktynów. Wiemy, że po kilkunastu latach okazało się, że sami benedyktyni nie są przekonani, iż obrany przy tworzeniu Antyfonarza kierunek był najszczęśliwszy. Komponowanie chorału gregoriańskiego - jak sądzę - jest możliwe tylko i wyłącznie wówczas, gdy śpiewa się wszystko, odprawia się wiele i jeszcze więcej się improwizuje. Przecież chorał to śpiew solowy, który kantor kształtuje do woli, jak mu dusza śpiewa i natchnienie dyktuje. Dopiero wtórnie jest to śpiew chóru. Sztukę improwizacji chorału straciliśmy może i bezpowrotnie. Zapis nutowy wcześniej, a reformy z początku XX wieku później, zamroziły improwizowany śpiew na amen. Co więcej, indywidualność w chórze zaczęto tępić, jako zbyt ostro odcinającą się od wizji zunifikowanego Kościoła, którego śpiew chorału miał być wyrazem. Obecnie, gdy trafiamy na śpiewy czy to zaadoptowane do języków narodowych, czy też komponowane na potrzeby własne, gryzie nas coś w oczy. Ale właśnie: w oczy, a nie w uszy. A to dla dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że mało który słuchacz jest w stanie rozpoznać kompozycję oryginalną od stworzonej wczoraj. Po drugie dlatego, że dobry i wykształcony śpiewak jest w stanie wykonać każdy śpiew przekonująco pod tym jednak warunkiem, że skomponowany jest w odpowiednim tonie i złożony z odpowiednich formuł muzycznych. Wówczas ani język, ani czas powstania utworu nie gra roli.

Ostatnio trudno mi nie odnosić się do Greków. W greckiej tradycji kościelnej współczesne kompozycje liturgiczne to rzecz oczywista. Powstają nowe hymny, ponieważ Bóg nie szczędzi natchnienia świętym poetom. Powstają nowe melodie, bo starcom wolno improwizować. Dla postronnych słuchaczy jest po prostu niemożliwe rozpoznanie tego, czy kompozycja jest średniowieczna, czy też powstaje w tej chwili właśnie. Zasługa kanonu jest tu oczywista. Nikt, podobnie jak przy budowie kościoła, nie pozwoli sobie na to, by wykroczyć poza kanon (modus śpiewu). Na Wschodzie kanoniczność nie oznacza ujednolicenia, ale wyznaczenie zasad. Widać to przy pisaniu ikon, widać w architekturze, słychać w śpiewie.

Wobec powyższego, w głowie rodzi mi się myśl następująca: liturgia ma strukturę modalną. Rozumiem przez to, że liturgiczna celebracja ma co najmniej kilka możliwych sposobów realizacji, a wszystkie równie bogate, piękne i kanoniczne. Wypadałoby wobec tego, żeby celebransi ze swobodą i gracją kształtowali liturgię posługując się tym, co zawiera kanon. Śpiewacy powinni komponować i improwizować śpiewy tak, by nie odbiegały od średniowiecznego wzorca. Podobnie malarze, architekci, wytwórcy kadzidła, rzeźbiarze, krawcy... Tak się jednak nie dzieje. Dlaczego?

 

Komentarze

cieszy

Bardzo cieszą mnie głosy Tomka i Roberta.

 

 

W USA i na Świętej Górze

Słucham sobie płyty nagranej przez mnichów z Góry Atos z klasztoru Szymona Piotra. Mnisi z Simonos Petra śpiewają tradycyjne hymny bizantyjskie po francusku. Nawiasem mówiąc, nie tylko tekst jest zachodni, ale również w sposobie śpiewania można odnaleźć nieco wpływów muzyki zachodniej. Choćby subtelne piano. Co do św. Meinrada, zerknąłem tylko na tony psalmowe. Jeżeli poprawnie je odczytałem, to widzę, że mają formę tonus peregrinus, ze zmiennym tenorem.

Pomysł benedyktynów z Hameryki...

...godny naśladowania, choć tłumaczenia Kyrie na angielski nie łykam :-). Jednak... kto waży się na komponowanie lub raczej kompilowanie (adaptację?) chorału do tekstu w innym niż łaciński języku, powinien być w śpiewie modalnym biegłym ergo prześpiewać świadomie i kompetentnie cały dostepny repertuar liturgiczny z Officium na pierwszym miejscu. Ale nie dla ćwiczenia, lecz dla modlitwy. Dla kompetencji niech obierze sobie Mistrza, który przeprowadzi go przez świat modalności, zwłaszcza duchowo. Dlaczego dziś w naszym zachodnim świecie się to nie zdarza? Bo obciążeni jesteśy zbyt wieloma zasadami, regułami, ograniczeniami, rubrykami definiującymi ściśle każdy najdrobniejszy szczegół, więc artystyczna wolność jawi się nam jako łamanie wszelkich norm. I tak od powstania nowożytnego świata... Modalność zaś posługuje się bardzo ograniczona paletą zasad, które służą do wzniesienia się ku niebu w locie swobodnym i lekkim. Skrzydła nie muszą się podporządkować ścisłemu schematowi, ale tak pracować, aby wynieść lotnika ku wyżynom. Zasady poznane od Mistrza mają jedynie pomóc w lekkim wznoszeniu się. No i żeby nie podlecieć zbyt blisko słońca...

Śpiewajcie chorał!

Abstrahując

Abstrahując chwilowo od Twojego ostatniego pytania. Dotknąłeś jednej kwestii, która od dłuższego czasu mnie zastanawia. W sporach wokół muzyki liturgicznej jedna ze stron z upodobaniem posługuje się argumentem "tradycji" czy "tradycyjności". Np. krytyk śpiewnika "Niepojęta Trójco", p. Wolański, twierdził w swoim artykule, że tego, co jest w śpiewniku nie można nazwać tradycją skoro ma dopiero 10-11 lat. Nie wziął pod uwagę, że większość tekstów pochodzi z Pisma, albo z literatury patrystycznej, bądź z jeszcze późniejszych źródeł (np. renesansowych), a do strony muzycznej nie odniósł się praktycznie w ogóle, ale to inna sprawa. Jeśli dobrze rozumiem sposób myślenia tych osób, uważają oni tradycję za przebogaty, ale całkowicie zamknięty zbiór. Ale przecież wszystkie te "tradycyjne" pieśni musiały kiedyś powstać, musiał być czas, kiedy były nowe, zostały dopiero napisane etc. Nic z nieba nie spadło, włącznie z całym zasobem śpiewów chorałowych. Dlaczego więc nie mielibyśmy tworzyć tradycji i dzisiaj? Wydaje mi się, że odpowiedź na Twoje pytanie wymaga najpierw odpowiedzi na kilka innych pytań: Czym jest u nas kanon? Jaką ma postać? Kto/co definiuje jego granice (i czy to pytanie nie jest wewnętrznie sprzeczne)? Czy w naszym rozumieniu kanonu mieści się w ogóle możliwość improwizacji? W kontekście tych pytań mam kilka pomysłów na odpowiedź na to, które Ty postawiłeś. Wydaje mi się, że w naszym Kościele kanon nie oznacza ogólnych ram, których respektowanie jest konieczne dla zachowania ortodoksji(praksji), lecz rubrykalistyczną kazuistykę. Co można powiedzieć o improwizacji, skoro najdrobniejsza rzecz (np. to, czy "Laus Tibi Christe" po Ewangelii ma być recytowane czy zaśpiewane) ma swoją rubrykę. Jeśli kanon równa się olbrzymiemiu zestawowi bardzo szczegółowych przepisów, to żadna improwizacja nie jest możliwa. Paradoksem w takim rozumieniu kanonu, które ma przecież za zadanie strzec tradycji (=właściwego "organicznego" kultu), jest to, że główny ciężar leży nie na żywej wspólnocie zjednoczonej we wspólnej celebracji Ofiary Chrystusa, lecz na pojedynczych kodyfikatorach, w pewnym sensie można powiedzieć, że wręcz na urzędnikach. Historyczny przerost tak rozumianego kanonu - jakkolwiek u podstaw tych kodyfikacji leżały z pewnością słuszne intencje - w połączeniu z innymi jeszcze czynnikami, doprowadził w połowie XX w. do tendencji zaprzeczenia kanonowi jako takiemu. Dlatego "improwizacje" posoborowe były chybione - jako pozbawione korzeni miały w większości działanie niszczące. I dlatego teraz (jak i wcześniej) rubrycyści drżą na sam dźwięk słowa "improwizacja". Czy kiedyś funkcjonowało na Zachodzie inne rozumienie kanonu, a jeśli tak, to kiedy przestało musiałby odpowiedzieć ktoś lepiej się znający na historii liturgii. Mi osobiście wydaje się, ze jeśli chodzi o aktywność muzyczno-liturgiotwórczą to zgubną rolę miało powstanie w świadomości wiernych (i księży i świeckich) bardzo ścisłej granicy pomiędzy śpiewami liturgicznymi, a pieśniami pobożnymi.

A czy nie zaczęło się już wcześniej

w wyniku reform potrydenckich? Czy wtedy Kościół nie postawił na monolityczność i uniformizację zamiast improwizacji i indywidualności?

a dlatego

... że dzisiaj artysta chce przede wszystkim wyrażać siebie, samorealizować się, zapełniać świat swoją osobowością etc. Wzorzec i kanon nie pozwolą przecież duszy na wyżyny (własnej pychy) poszybować, no nie? A że wnętrze ludzkie nie zawsze tak bogate, jak się jego posiadaczowi wydaje - mamy to, co mamy.

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Blog redakcyjny”
Czy II Sobór Watykański odpowiedzialny jest za śmierć kultury zachodniej? Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie bez wahania udzielił ks. Jan Jenkins z Bractwa Piusa X w odczycie, który odbył się 10 stycznia w Instytucie Religioznawstwa UJ.
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Od dłuższego czasu (kilkadziesiąt lat) powszechną stała się w Polsce praktyka, iż kapłani uczestniczący w licznych nabożeństwach oraz w Eucharystii, którzy nie przewodniczą im ani (w przypadku Mszy) nie koncelebrują (a więc inaczej mówiąc, nie wykonują swojej funkcji kapłańskiej, a...
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Uczestnicząc jakiś czas temu w pewnej Mszy zacząłem zastanawiać się nad takim oto problemem. Pamiętamy, że udzielanie Komunii Świętej pod dwiema postaciami może mieć miejsce przez jedną z 4 form: 1. Przez bezpośrednie picie Krwi Pańskiej z kielicha po przyjęciu Ciała Pańskiego 2. Przez spożycie...

O autorze

19te piętro

Tomasz Grabowski OP

Dominikanin.

Prezes Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Doktorant studiów w zakresie teologii w UPJPII w Krakowie.

Z zamiłowania historyk rytu dominikańskiego. 

M T W T F S S
 
 
1
 
2
 
3
 
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
 
 
 
 
Add to calendar

Najnowsze wpisy autora

Ateizm to też wiara

2011-10-18

Nie pisałbym o tym, gdyby nie fakt, że coraz częściej trzeba przypominać rzeczy oczywiste. Oczywistością jest, że ateizm jest formą wiary religijnej. Teiści wierzą, że Bóg istnieje, ateiści są przekonani o prawdziwości przeciwnego poglądu. Dokładnie ten sam proces myślowy doprowadza jednych do stwierdzenia "Bóg istnieje", który innych przywodzi do wniosku "Bóg nie istnieje". Dane mamy te same. Są niewystarczające do tego, by dowieść, że dana teza jest prawdziwa. więcej »

Universae Ecclesiae – krok trzeci

2011-06-05

Nie można ignorować poleceń Soboru zawartych w Sacrosanctum Concilium. Wobec liturgii dominikańskiej przyjęto jednak właśnie takie rozwiązanie – przemilczenie. więcej »

UE i co dalej

2011-06-01

Mam dość słuchania o tym, że Vaticanum II był soborem duszpasterskim. Czyli inne sobory duszpasterskimi nie były? Owszem, podczas ostatniego soboru nowych dogmatów nie określono. I co z tego? więcej »

Bez komentarza

2011-05-29

Marcin Żyła, "Pan Bóg 24/7", Tygodnik Powszechny (17/05/2011):

 

"W Wielki Czwartek w kościele przy Łazienkowskiej obyło się bez rytualnego mycia nóg – obmywano tylko dłonie. Bo, po pierwsze: w kościele nie powinno się tworzyć elit, wybierać do mycia nóg pierwszego ministranta, najlepszych znajomych księdza. Po drugie: dzięki temu każdy mógł wziąć udział w obmyciu. Po trzecie: w czasach pierwszych chrześcijan służący rzeczywiście myli nogi – dziś chodzi o sam gest.

  więcej »

Lubiane na Facebooku

Ostatnio na blogach