Liturgia na Atos (część I)

2009-11-07

Skoro już wiesz gdzie, to czas opowiedzieć Ci jak greccy mnisi sprawują liturgię. Celebrują ją w ten sam sposób, w który kroją pomidory na sałatkę... Bez zbędnego pośpiechu, ceregieli i udawania.

W skicie większym świętej Anny, w noc poprzedzającą święto patronki odprawiana jest agrypnija, czyli nocna liturgia. Do cerkwi, całkiem sporej jak na standardy Góry, przybywa dobrze ponad dwustu pielgrzymów, wśród nich blisko sześćdziesięciu mnichów. Podobnie, jak w innych kościołach, także i tutaj jedynie blask kilku świec rozświetla pokryte freskami wnętrze świątyni. Na posadzce rozsypano liście (nie wiem, jakiej rośliny), które wydają miły zapach, szczególnie wówczas, gdy ktoś na nie stąpa i uwalnia olejkowy sok. My jednak, czyli ja i mój przewodnik, mnich Spirydon Mikragiannanitis, spóźniliśmy się na rozpoczęcie. Nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia. Jeszcze w trakcie drogi, zbliżając się do skitu, Spirydon witał się z wieloma przyjaciółmi, którzy szli w tym samym kierunku. Żyje na Górze od lat i w każdym jej zakątku jest znany, lubiany i szanowany. Najpierw nieśpiesznie zadbał o muły, na których przyjechaliśmy, a dokładnie jechał na nich on i bagaże, a ja szedłem przodem. 

Chwilę później weszliśmy do domu gości, w którym wraz z przedstawicielami gospodarzy wypiliśmy ouzo - grecką wódkę i przegryźliśmy ją słodkim ciastkiem. Następnie zaprowadził mnie do refektarza, w którym w zasadzie sprzątano już po kolacji. Mnich jednak błyskawicznie dostał porcje dla siebie i swojego gościa. Jedliśmy spokojnie, choć w cerkwi - jak mi się zdawało - liturgia już całkiem dobrze się rozpędziła. Mnisi śpiewali pieśń nieszporną na dwa chóry. Posiłku nam jednak nie zakłócali. Wyjście z refektarza (nota bene kunsztownie ilustrowanego freskami) opóźniały rozmowy z kolejnymi znajomymi Spirydona. Gdyśmy już się od nich uwolnili - to tylko moja opinia, mnich nie sprawiał wrażenia, by ktoś mu cokolwiek przerywał - odczytał dla mnie imiona świętych przedstawionych na freskach i wymieniał ich tytuły do świętości. Wielu z nich jadło w tym samym miejscu posiłki podobne do tego, któryśmy właśnie skończyli. Chwilę zatrzymaliśmy się, by podziwiać, jak za morzem zachodzi słońce.

W końcu weszliśmy do cerkwi, zatłoczonej i dusznej. Spirydon z właściwą sobie swadą i poczuciem własnej pozycji, wytrwale torował nam drogę do biskupa, by się z nim przywitać i mnie przedstawić - jak się okazało później - swojemu staremu przyjacielowi, który po opuszczeniu Góry piastuje katedrę na Krecie. Musieliśmy jednak poczekać, ponieważ każdy, kto wchodził do kościoła, pierwsze swoje kroki kierował do biskupa, by ucałować go w rękę i zamienić kilka słów. W końcu i z nami życzliwie porozmawiał. Postępując za mnichem, ucałowałem jak i on lewą stopę świętej Anny. Relikwia trafiła tu z Jerozolimy, o ile dobrze pamiętam w XVII wieku. Od tego czasu leży w srebrnej szkatule, na wyściółce z aksamitu. Nie przykrywa jej żadna szybka czy cokolwiek. Całuje się kości lewej stopy i tak właśnie postąpiliśmy. Spirydon w wypadku świętych, których obdarza szczególnym kultem, nie skrywa swojego wzruszenia i czci - bije pokłony, pada na kolana, głową dotyka ziemi. Tu jednak był o wiele bardziej powściągliwy. Ograniczył się jedynie do trzech pokłonów i pełnego skupienia pocałunku. Może nie chciał karmić próżności, która bierze się z uczynków pobożnych wykonywanych na pokaz. Anna doskonale wie, że przełożony jej mniejszego skitu na świętej Górze kocha ją szczerze i z oddaniem. Od relikwiarza przeszliśmy do głównej nawy, by ucałować święte ikony Chrystusa, Maryi i Anny. Prowadzony przez mnicha, który jakby nie zauważał śpiewających wytrwale dwóch chórów, witałem się z jego przyjaciółmi, przełożonymi skitów, kelionów, pielgrzymami, którzy rozpoznawali swojego gospodarza sprzed lat. W końcu zaprowadził mnie na wolne miejsce w transepcie, zaraz obok chórzystów. Sam udał się do starca, którego dojrzał kątem oka. Zniknął na dobre pół godziny. Po jakimś czasie usłyszałem jego charakterystyczny głos w przeciwległym chórze. Gdy kantor "mojego" chóru zorientował się, że Spirydon dołączył się do śpiewu jedynie jako chórzysta, szybko go odszukał i przyprowadził za rękę do swojego chóru, by mnich prowadził kolejną część modlitw w bardziej zaszczytnej funkcji, niż ta, którą sobie sam wybrał. Od tego momentu, mnich pojawiał się na jakiś czas, a potem wychodził z cerkwi lub siadał na jednym z nielicznych krzeseł. Co jakiś czas zaglądał do mnie i pytał, czy wszystko dobrze.

Po kilku godzinach, gdy rozpoczynały się uroczyste ektenie, prośby za świat, kościół i zebranych, chwycił mnie za rękę i z uśmiechem powtarzał: "kafe", charakterystycznie akcentując ostatnią sylabę. Minęliśmy - trochę niezgrabnie jak na mój zachodni gust - formującą się procesję. Ektenie zanoszone są w kruchcie kościoła. Nie mogłem jednak tego widzieć, wyszliśmy bowiem w mrok na zewnątrz, gdzie duża część pielgrzymów korzystając z gościnności gospodarzy piła kawę i pochłaniała słodycze. Część z nich leżała pokotem wokół kościoła i dalej, gdzie tylko znaleźli płaską powierzchnię. Po kawie obmyłem twarz i wróciłem do cerkwi. I tak do samego rana. Co kilka godzin wychodziłem ze Spirydonem lub sam, gdy akurat nie wiedziałem, gdzie się zapodział, a po jakimś czasie nieco odświeżony wracałem. Chóry, kantorzy, diakoni, biskup zdawało się, że bez wytchnienia odprawiali kolejne modlitwy.

Około siódmej rano rozpoczęła się liturgia mszy, na którą obudzili się, dotychczas wylegujący się wokół kościoła pielgrzymi. Spirydon z nowym entuzjazmem i zapałem, pełnym głosem przewodniczył jednemu z chórów. Cerkiew zmieniła się dzięki światłu dnia, a w miejscu, w którym stałem zapach kadzidła palonego przez całą noc mieszał się z dochodzącym z kuchni zapachem smażonej ryby. Po dwunastu godzinach ruszyliśmy w procesji -  wspólnie z biskupem w uroczystej kapie, asystą, diakonami z kadzielnicami i z wciąż śpiewającymi chórzystami - do refektarza, gdzie w końcu zobaczyłem i zjadłem rybę, której smak mogłem wyobrażać sobie podczas mszy.

Komentarze

a wpis Ojca przypomniał mi się wczoraj,

gdy w kościele ss.wizytek w Warszawie, w bardzo nielicznym gronie, słuchałam wykonania Akatystu, po polsku, śpiewał chór Cantate Domino. Było po mszy wieczornej, ludzie po prostu wyszli (wielu ich też na tę mszę nie przychodzi). Słuchałam cudownej powtarzalności - i pomyślałam, że może na Wschodzie wiedzą, że liturgia jest wieczna, a my - nie, więc i ona jest ważna, że trwa, ale też i ci, których na niej spotykam, kogo przywitam, do kogo się ukłonię, z kim zamienię zdanie. Odświętność liturgii dla nas sprawia, że jak świętokradztwo niemal traktujemy w niej przerwy, chwile nieuwagi. A przezież chyba uwaga poświęcona drugiemu człowiekowi nie kłóci się z liturgią. Choć to nie do pomyślenia. Właśnie. Przywitać się inaczej w kościele, niż skinieniem głowy? Jak to?

jak

najbardziej :)

"Niezdolność klęczenia okazuje się zatem istotą elementu diabolicznego" - Józef kardynał Ratzinger.

Bartku, i może także:

życie liturgii? :-) i życie liturgią...

Bardzo dziękuję, że wrócił

Bardzo dziękuję, że wrócił Ojciec do tych notatek. Jako kobiecie nigdy nie będzie mi dane tego doświadczyć, dlatego cieszę się że mogę choć poczytać. Czekam na kolejne odcinki. No i dużo zdrowia życzę.

Czytając

Twój komentarz, Beato, pojawiły mi się w myślach dwa słowa: Liturgia życia.

"Niezdolność klęczenia okazuje się zatem istotą elementu diabolicznego" - Józef kardynał Ratzinger.

nie wiem, czy prawidłowo to odczytuję:

liturgia nie stanowi dla nich jakiegoś wydzielonego momentu, "przerwy" w życiu. Zwykłym, własnym, codziennym. Wspólnym też. Nie ma więc powodu, by życie robiło na nią przerwę, bądź ona - planowaną przerwę na "życie". Jedno i drugie - nie wiem nawet, czy powiedzieć, że się "przeplata", czy że: współ-jest.

Łał

Czekam niecierpliwie na następną część!

"Niezdolność klęczenia okazuje się zatem istotą elementu diabolicznego" - Józef kardynał Ratzinger.

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Blog redakcyjny”
Czy II Sobór Watykański odpowiedzialny jest za śmierć kultury zachodniej? Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie bez wahania udzielił ks. Jan Jenkins z Bractwa Piusa X w odczycie, który odbył się 10 stycznia w Instytucie Religioznawstwa UJ.
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Od dłuższego czasu (kilkadziesiąt lat) powszechną stała się w Polsce praktyka, iż kapłani uczestniczący w licznych nabożeństwach oraz w Eucharystii, którzy nie przewodniczą im ani (w przypadku Mszy) nie koncelebrują (a więc inaczej mówiąc, nie wykonują swojej funkcji kapłańskiej, a...
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Uczestnicząc jakiś czas temu w pewnej Mszy zacząłem zastanawiać się nad takim oto problemem. Pamiętamy, że udzielanie Komunii Świętej pod dwiema postaciami może mieć miejsce przez jedną z 4 form: 1. Przez bezpośrednie picie Krwi Pańskiej z kielicha po przyjęciu Ciała Pańskiego 2. Przez spożycie...

O autorze

19te piętro

Tomasz Grabowski OP

Dominikanin.

Prezes Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Doktorant studiów w zakresie teologii w UPJPII w Krakowie.

Z zamiłowania historyk rytu dominikańskiego. 

M T W T F S S
 
 
1
 
2
 
3
 
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
 
 
 
 
Add to calendar

Najnowsze wpisy autora

Ateizm to też wiara

2011-10-18

Nie pisałbym o tym, gdyby nie fakt, że coraz częściej trzeba przypominać rzeczy oczywiste. Oczywistością jest, że ateizm jest formą wiary religijnej. Teiści wierzą, że Bóg istnieje, ateiści są przekonani o prawdziwości przeciwnego poglądu. Dokładnie ten sam proces myślowy doprowadza jednych do stwierdzenia "Bóg istnieje", który innych przywodzi do wniosku "Bóg nie istnieje". Dane mamy te same. Są niewystarczające do tego, by dowieść, że dana teza jest prawdziwa. więcej »

Universae Ecclesiae – krok trzeci

2011-06-05

Nie można ignorować poleceń Soboru zawartych w Sacrosanctum Concilium. Wobec liturgii dominikańskiej przyjęto jednak właśnie takie rozwiązanie – przemilczenie. więcej »

UE i co dalej

2011-06-01

Mam dość słuchania o tym, że Vaticanum II był soborem duszpasterskim. Czyli inne sobory duszpasterskimi nie były? Owszem, podczas ostatniego soboru nowych dogmatów nie określono. I co z tego? więcej »

Bez komentarza

2011-05-29

Marcin Żyła, "Pan Bóg 24/7", Tygodnik Powszechny (17/05/2011):

 

"W Wielki Czwartek w kościele przy Łazienkowskiej obyło się bez rytualnego mycia nóg – obmywano tylko dłonie. Bo, po pierwsze: w kościele nie powinno się tworzyć elit, wybierać do mycia nóg pierwszego ministranta, najlepszych znajomych księdza. Po drugie: dzięki temu każdy mógł wziąć udział w obmyciu. Po trzecie: w czasach pierwszych chrześcijan służący rzeczywiście myli nogi – dziś chodzi o sam gest.

  więcej »

Lubiane na Facebooku

Ostatnio na blogach