Czytając ostatnie dyskusje i opisy dyskusji na blogach, zacząłem się zastanawiać: ile wiedzy ich uczestnicy czerpią z internetu?
I na ile ta wiedza jest rzetelna? Skąd wiadomo, że artykuł w sieci, może nawet opatrzony licznymi przypisami, jest godzien zaufania? Czy zależy to od autora – jeśli jest (u)znanym uczonym, pracownikiem uniwersytetu czy jakiegoś naukowego instytutu, możemy być pewni, że nie zmyśla, i że naprawdę miał dostęp do pozycji, które cytuje? Czy od strony - jeśli to strona jakiejś naukowej organizacji czy periodyku (chociaż do tych ostatnich dostęp jest często płatny).
W tej chwili właściwie do wszystkiego podaje się linki. Jest to niewątpliwie wygodne, ale na ile wiarygodne? Ile mamy krytycyzmu, korzystając z wiedzy ukrytej w sieci? Czy ta sieć nie staje się czasami workiem, w którym kupujemy kota?
Marcin Lómendil Morawski
Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras.
Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać.
Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek Early English Text Society, International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.
Komentarze
2010-02-09 15:51
[----]
autocenzura.
Przepraszam, Marcinie, że u Ciebie, nie wszystko wszędzie przed tym wpisem przeczytałam.
:-)
2010-02-09 09:49
Tak, wszelkie słowo trzeba
Tak, wszelkie słowo trzeba traktować z ostrożnością. A to sieciowe tym bardziej - chyba że, znowu, jestem za stary i za bardzo przywiązany do książek w formie tradycyjnej, i do rozmowy na żywo...
Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...
2010-02-08 12:43
kryteria
cóż, chyba bywają zawodne.
tym bardziej, że smak też miewamy różny, co z sąsiedniej dyskusji widać. To co dla jednego jest asertywnością, dla innego nie - bo tam ja widziałam wielokrotnie i bez doraźnej przyczyny przekroczone granice asertywności. To zresztą, moim zdaniem, służy zwykle odwróceniu uwagi od tematu, gdy nie mamy racji (nie wiem, czy nie ma tego u Schopenhauera w Erystyce). niewygodna prawdę albo doraźny brak argumentu trzeba "przykryć". To smutne, zwykle stosowane w polityce. Są sytuacje, gdy od rozmowy z kimś takiem nie można z jakichś względów uciec, ale osobiście dążyć do rozmowy potem się chyba nie zdarza (pomijam tych, co lubią się umartwiać - albo być umartwiani przez interlokutora).
nie ma rady, jesli nie ma dostępności faktów - poza owym "słuchem" na sposób argumentowania - pozostaje rozważanie spójności argumentacji, oparcia jej o jakieś mocne podstawy... i jednak próba sprawdzania faktów, podstaw, oczywiście. Ojojoj... Czy własne poglądy na poważne kwestie mają nam przyjść bez trudu?
Ale przyznaję, ja też czasem posługuję się doraźnie owym "słuchem".
I przypomina mi się czasem, co ktoś powiedział - że tzw. "oświeceniowcy" są najbardziej zamkniętą na cudze argumenty sektą... Po prostu ich nie słuchają, nie dopuszczają do siebie myśli, że kto inny tez może mieć rację. A zaskoczona tym jestem, bo wykształcono mnie w tradycji "dobrego" Oświecenia, chwały postępu i inne takie :-)
Marcinie - po co pytasz? przecież znasz odpowiedź. Wszelkie słowo, w tym pisane trzeba traktować z ostrożnością. Wszelką wiedzę, również uniwersytecką, trzeba czasem zweryfikować.
Poza tym - gdy już sami decydujemy (intelektualnie), to sami wybieramy kryteria przyjmowania czegoś za słuszne albo prawdziwe. I trzymamy się ich, jesli umiemy. Howgh!
2010-02-08 10:16
Nie tylko sieć
W realu jest podobnie. Pamiętam dyskusję publiczną nt. wydarzeń opisanych w książce J.T. Grossa. Obie strony (chociaż może stron było więcej niż dwie, nie jestem pewien) powoływały się nie na linki, ale na źródła zupełnie niewirtualne, opasłe papierowe tomiska, niektóre w obiegu publicznym, niektóre nie, napisane przez ludzi z tytułami naukowymi, z których jednak wynikały zupełnie różne rzeczy. Miałem wtedy wrażenie, że aby z jakąkolwiek pewnością zabrać głos w tej dyskusji, musiałbym sam mieć jakiś tytuł naukowy np. w dziedzinie historii, a przynajmniej wykonać podobnie dużą pracę, jaka jest do uzyskania takiego tytułu potrzebna.
Pomocna bywa 'potęga smaku': posłuchać w jaki sposób ludzie argumentują - czasem od razu widać czy dowodzą prawdy, czy bronią słuszności ideologii.