Czytając ostatnie dyskusje i opisy dyskusji na blogach, zacząłem się zastanawiać: ile wiedzy ich uczestnicy czerpią z internetu?
I na ile ta wiedza jest rzetelna? Skąd wiadomo, że artykuł w sieci, może nawet opatrzony licznymi przypisami, jest godzien zaufania? Czy zależy to od autora – jeśli jest (u)znanym uczonym, pracownikiem uniwersytetu czy jakiegoś naukowego instytutu, możemy być pewni, że nie zmyśla, i że naprawdę miał dostęp do pozycji, które cytuje? Czy od strony - jeśli to strona jakiejś naukowej organizacji czy periodyku (chociaż do tych ostatnich dostęp jest często płatny).
W tej chwili właściwie do wszystkiego podaje się linki. Jest to niewątpliwie wygodne, ale na ile wiarygodne? Ile mamy krytycyzmu, korzystając z wiedzy ukrytej w sieci? Czy ta sieć nie staje się czasami workiem, w którym kupujemy kota?
Marcin Lómendil Morawski
Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras.
Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać.
Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek Early English Text Society, International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.
Komentarze
wt., 9.2.2010, 14:51
[----]
wt., 9.2.2010, 8:49
Tak, wszelkie słowo trzeba
Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...
pon., 8.2.2010, 11:43
kryteria
pon., 8.2.2010, 9:16
Nie tylko sieć