Liturgia jako hobby

2010-02-09

Bywają uciążliwi, ale czasem ubarwiają życie.

Wiedzą, kto naprawdę zabił generała Sikorskiego, rozwiązali zagadkę Trójkąta Bermudzkiego, potrafią godzinami dyskutować przyczyny klęski Napoleona. Pamiętam z pewnego wyjazdu DA dwóch takich, którzy zaraz po przebudzeniu wszczynali dyskusje o wadach i zaletach rozmaitych modeli samochodów, o wynikach meczów, o sekretach wojskowej strategii itp. itd.

To nawet sympatyczne, póki jest zupełnie oderwane od spraw naprawdę ważnych. Gorzej, jeżeli ktoś w taki sposób (nazwijmy tego kogoś hobbistą) zaczyna się zajmować kanonami, soborami, liturgią... Nie: wiarą, pobożnością, modlitwą, ale tym, co da się w pewnej mierze policzyć, przebadać, porównać i z czego można rozliczać innych ludzi: ilość słów, używany język, zgodność z normą (dzisiejszą lub dawną), rozstaw wzniesionych rąk celebransa, krój szat... Boisko tej gry jest ogromne. Można przymierzać cytaty z kazań do odpowiednich paragrafów Kodeksu, można recenzować przekłady, można węszyć spiski i piętnować domniemane nadużycia... Gra nigdy się nie kończy. Czy ma cel? Raczej nie. Skoro nie sposób doszukać się zasad, a boisko zdaje się nie kończyć, to i celu nie ma. Wystarczy sama przyjemność gry.

Wolę tych pierwszych dziwaków. Ich dociekania rzadko dotykają kwestii moralności i wiary. Sprawa jest czysta: ich rozmowy, choćby pochłaniały godziny, toczą się obok prawdziwego życia. W drugim przypadku słuchacz ma wrażenie, że jest świadkiem walki o pryncypia. Dziwnym trafem ta walka omija drobne cnoty takie jak uważne słuchanie, grzeczność, świadomość, że hobbista-amator to nie uczony autorytet...

Komentarze

Na pożegnanie wątku

Jeszcze raz, innymi słowami: Zdarza mi się spotykać ludzi (i zawodowców, i amatorów), którzy w zajmowaniu się teologią/Biblią/liturgią/duchowością szukają nie tyle radości obcowania z Bogiem, co zgoła innych przyjemności, takich jak zadowolenie z własnej wiedzy, poczucie wtajemniczenia czy sprawność zadawania ciosów w słownej szermierce. Świat byłby piękniejszy, gdyby tym drugim pasjom oddawano się przy innej okazji. Jeszcze inaczej: lepiej być liturgiem niż liturgistą (zwłaszcza liturgistą z własnego nadania). Na sam koniec bardzo odległe skojarzenie: Jerome K. Jerome powiada (w drugim tomie przygód trzech panów), że miłośnik rowerów musi zdecydować, czy chce na swojej maszynie jeździć, czy też wciąż przy niej majsterkować. Jego zdaniem tych dwóch rodzajów przyjemności nie da się pogodzić. I to już ostatni wpis w tym wątku.

o filipice

chyba nie powiedziałabym, że oszalała i demagogiczna... zależy jeszcze, rzecz jasna, od definicji słowa "demagog", pewnie historycznie inaczej niż teraz. jak zwykle zresztą, Marcin zawsze podaje, jak przy despocie chyba :-) bo dziś w pewnych kręgach: demagog - mówca podnoszący istotne argumenty, który należy do obozu przeciwników.

Oszalała

Ideologiczna filipika, to zazwyczaj wypowiadana z pasją opinia, z którą się nie zgadzam.

Nie ma co

dzielić włosa na czworo. Gołym okiem odróżnić można 'spór toczony z pasją ze względu na miłość' od oszalałych ideologicznych filipik.

a w ostatnim zdaniu przecież:

hobbista-amator. Może jednak po polsku: miłośnik? mam nadzieję, że spór toczony z pasją ze względu na miłość uważa Ojciec za możliwy. Bo ja wiem, z tym szczęściem... najgorzej jest, jak nic nie może poruszyć, tak mi się zdaje... Panie Michale, to z Pana faktycznie - szczęśliwy człowiek. Homo felix? ;-)

Amatora

od hobbysty różni miłość. (swoją zaś sytuację czytelniczą określiłbym jako szczęście w nieszczęściu:)

"Gorzej, że czytelnicy nie wydali się najszczęśliwsi".

Jeśli wydaje się Ojcu, że jestem nieszczęśliwy, przeczę: choć akurat zmęczonym, jestem nieustannie szczęśliwy. Pewnie nie byłoby problemu, gdy nie ostatnie zdanie wpisu, które zasugerowało takie odczytanie - jak się okazało - nie tylko mnie, ale i innym.

Szczęśliwe terminy, nieszczęśliwi czytelnicy

Pan Michał pisze: termin "hobbysta" nie był najszczęśliwszy. Gorzej, że czytelnicy nie wydali się najszczęśliwsi. Nie wiem, czy jest jakaś nazwa służąca rozróżnieniu pomiędzy np. zwykłym miłośnikiem historii a kimś, kto w historii szuka sensacji i jest przeświadczony o słuszności swojej wersji (o to chodziło w przykładzie z gen. Sikorskim). Pal sześć, o co chodziło o. Błażejowi. Czym ja klasyk, żeby analizować moje efemeryczne tekściki? Ale skąd przy okazji moich w gruncie rzeczy żartobliwych uwag pojawiło się pytanie dotyczące liturgicznych zawiłości, nie mam pojęcia. Ot zagadka.

Zastosowany termin

nie za bardzo oddawał to, o co chodziło (definicję), ale czy aby chodziło o technokratyzm? Może o powierzchowność, może tzw. faryzeizm?

Nie, Panie Michale,

nie o termin mi chodziło, ale o definicję. "Hobbystę" można tu zastapić np. "amatorem". Z dopowiedzenia wynika chyba, że ojcu Błażejowi chodziło o coś zupełnie innego, może o 'technokratyzm'?

Śpiewajcie chorał!

Cieszę się z wiele wyjaśniającego dopowiedzenia do tekstu,

Ojcze Błażeju, ale - jak zauważył p. Robert - termin "hobbysta" nie był najszczęśliwszy; stąd reakcja.

Gdzie mo-

-żna ją dostać?

Śpiewajcie chorał!

PS

Co do książki, to chyba wiem, gdzie - prawdopodobnie - można ją dostać.

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

Błażeju,...

...a zastanawiałeś się nad linią rozgraniczającą profesjonalizm od hobbyzmu (o ile jest taki termin...)? Co tę granicę determinuje? Czy można w ogóle ją wyznaczyć? P.S.: Czy można jeszcze gdzieś dostać Twoją sławną książkę o Hildegardzie?

Śpiewajcie chorał!

z ukłonami dla pani Beaty i pana Michała.

Pani Beato, zupełnie nie o to mi chodziło. To chyba oczywiste, że każdy wierny ma prawo ciekawić się sprawami liturgii. Czemu nie? Kto miałby tego komuś zabraniać? Chodziło mi o coś innego. Jak mówią Francuzi: "C'est le ton qui fait la chanson". I właśnie o ten ton mi chodziło. I tyle. A tytułu książki nie pamiętam. Panie Michale, ja naprawdę nie znam żadnego Dextimusa i nie wiem, kogo i gdzie zapytywał. Niczego nie przeoczyłem, na nikogo też nie wyrzekam. Ot, na swoim blogu wygłaszam swoją opinię. A co do poważnych pytań, to nawet próbowałem być pomocny. Na koniec tej wypowiedzi: zależało mi na tym, żeby zwrócić uwagę na niebezpieczne przestawienie. Oto zamiast zajmować się czymś, co prowadzi do Boga oraz budowania ludzkiej wspólnoty, można poświęcić się już to znawstwu formy, już to toczeniu boju z bliźnimi. Chodziło mi właśnie o to ZAMIAST. Życzę wszystkim, żeby nie wpadali w tę pułapkę, bo niestety łatwo w nią wpaść. I oczywiście wpadają w nią na równi amatorzy i specjaliści.

A kto myśli

że coś wie, ten jeszcze nie wie jak wiedzieć należy.

Plutona zostawię specjalistom (to on ma atmosferę?),

bo tam nie bywam. W liturgii zdarza mi się uczestniczyć, mimo że specjalistką od niej ani trochę nie jestem. Jesli nie jestem specjalistką, to czy znaczy to, że mam nie pytać i nie zauważać? patrzeć tylko na zegarek albo z baczną uwagą na (ludzką!) twarz celebransa? bo do tego prowadzi, jak myślę, zniechęcanie do zauważania tego, co się dzieje w czasie liturgii. Czy jako osoba świecka, która w średniowieczu na pewno nie śpiewałaby chorału, nie powinnam pytać, czemu jest go mniej i chcieć słyszeć (bo może śpiewać faktycznie się już nie nauczę)? Czy słysząc scholę śpiewającą Sanctus wprawdzie po łacinie, ale na współczesną melodię, mam nie myśleć, że gdy Sanctus komponowano w przeszłości, to słowo "Dominus" nie bylo pomijane? Ma mi się podobać melodia, czy może powinnam tekst odmówić tak, jak on brzmi? Czy mam nie chcieć dobrej jakości przekładów? Czy mam nie chcieć dobrego kazania? godnego i poważnego, a najlepiej jeszcze - pięknego języka? Czy zauważane przez wiernych nadużycia są tylko "domniemane"? Czy kapłan w kazaniu może głosić treści nieprzystające do CIC? czy jest jeszcze w moim Kościele? I tak już na spokojnie, z ciekawości, bo większości lektur nie znam: w której książce p.Tomasz Polak (poprzednio: ks. Wecławski) zrelacjonował problemy teologiczne beletrystycznie? Choć przecież nie tylko on to chyba robił. Hobby to w ogóle ciekawa rzecz. I niebezpieczna. Opiszą potem w prasie z wyrzutem, jaki był konik pewnego kardynała... faktycznie, bardzo niestosowny. Wyrzut pobrzmiewający w tamtym artykule był niezwykle na miejscu.

Wiedza bija w pychę...

.... mała wiedza.

Wiedza

wbija w pychę, miłość zaś buduje. Hobbystycznie traktując sprawy poważne łatwo można zacząć się posługiwać tym, czemu zrazu chciało się służyć. A ja PILNIE potrzebuję wyjaśnienia ostatnich zmian atmosferycznych na Plutonie...

Jakie to wesołe

kiedy ktoś tak hobbystycznie omawia omawiających różne sprawy hobbystów. Jak w tej wesołości łatwo przeoczyć, że pytania jednego z "hobbystów" mogą być niezwykle ważne, ale cóż wtedy - lepiej hobbystycznie pozostać obok prawdziwego życia i wyrzekać na wyrzekających.

Ach, czytałem. Zabawne w

Ach, czytałem. Zabawne w swojej głupocie. Jak to się mówi: śmieszne, ale nie wesołe. Nie jestem liturgistą, więc nie czuję się władny udzielać odpowiedzi na pytanie nieznanej mi postaci o tajemniczym łacińskim imieniu. Nawiasem mówiąc, czy to realna osoba czy też bohater jakiejś książki? Swego czasu ks. Węcławski ujął problemy teologiczne w formę powieści, stąd moje pytanie. Tak czy owak, przypuszczam, że pytanie dotyczy pewnej syryjskiej (?) anafory eucharystycznej. O. Kwiecień na wykładzie twierdził, że ona jest prawowierna. Nie pamiętam argumentów. Wydaje się, że chodziło o to, że używa jej katolicki odłam syryjskiego obrządku (jeżeli chodzi o Syrię, bo i to mętnie pamiętam). Nie wiem, czy o. Tomasz ma gdzieś zapisaną odpowiedź na to pytanie, ale warto by do niego się zwrócić w tej sprawie. Czy chodzi o to, że to pytanie krąży od dłuższego czasu, bez odpowiedzi? A czy ten łaciński jegomość zadał je właściwej osobie? Niewykluczone, że w Polsce nie ma specjalistów od takich kwestii. Nie sądzę, żeby ktoś w Polsce mógł się zetknąć z tą anaforą. Nie wiem, nie znam się na tym.

Autorytet - słowo wytrych.

Rzeczywiście męczący są ci hobbiści – amatorzy! Nie to co uczone autorytety. Ci gotowi są cytować nawet nie istniejących filozofów. http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80276,7543251,Bernard_Henri_Lev... Ojca zdaniem wystarczy magisterium z filozofii czy trzeba mieć conajmniej doktorat, żeby takiemu „autorytetowi” wytknąć głupotę? Chyba, że fakt istnienia bądź nieistnienia jakiejś postaci, tak policzalny czy wręcz rozliczalny nie jest wystarczająco, hmmm…, metafizyczny? uduchowiony? żeby zawracać sobie nim głowę? A może Ojciec podejmie się odpowiedzi na pytanie Dextimusa „Czy papież może uznać za WAŻNĄ Mszę świętą, podczas której kapłan NIE WYPOWIE nad materią sakramentu w sposób literalny słów ustanowienia "To jest Ciało Moje" i "To jest Krew Moja"?”

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Jakiś czas temu zebrało mi się i na przemyślenia w tej materii.  Myślałem, myślałem, aż zasnąłem....  
Elżbieta Wiater
Wszelka debata nad możliwością wyświęcania kobiet na kapłanów w Kościele katolickim została ucięta listem apostolskim „Ordinatio Sacerdotalis” […] I o ile sama kwestia możliwości święceń w ten sposób została rozstrzygnięta ostatecznie, to można wciąż pogłębiać...
Dawid Gospodarek
Sakrament święceń ma trzy stopnie: episkopat, prezbiterat i diakonat (LG 28). Z tego tylko episkopat i prezbiterat włączają w uczestnictwo w jedynym kapłaństwie Pana Jezusa Chrystusa.

O autorze

Consonantia et Claritas

Błażej Matusiak OP

Dominikanin.

Publikacje: Hildegarda z Bingen. Teologia muzyki (Kraków 2003); recenzje płytowe w Canorze, cykl audycji „Musica in Ecclesia” w Radiu Józef.

M T W T F S S
 
 
1
 
2
 
3
 
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
 
 
 
 
Add to calendar

Najnowsze wpisy autora

Laudare, benedicere, praedicare...

2012-02-04

... czyli dominikańska Ewangelia więcej »

Pejzaż ze Zbawicielem

2012-01-31

... i rachunek sumienia więcej »

Realizm Wcielenia i symbolizm liturgii

2012-01-07

Wokół tekstów Epifanii: pytania, wątpliwości, skojarzenia, zaproszenie do dyskusji. więcej »

Po czym poznać miłość?

2012-01-05

I Boską, i ludzką. więcej »

Lubiane na Facebooku

Ostatnio na blogach