O sporach i anaforach (ale w proporcjach odwrotnych niż sugeruje tytuł)

2010-02-10

W swoim ostatnim wpisie Pan Piotr Chrzanowski zadał pytanie o możliwość pogodzenia ważności anafory Addaja i Mariego sugerowanej przez dokument Komisji ds. Popierania Jedności Chrześcijan z 2001 r. z dogmatyczną rolą słów konsekracji. To, co Państwo przeczytacie poniżej to całkiem subiektywna i nieroszcząca sobie niczego (poza absolutną prawdziwością ;-))) próba rozważenia tej kwestii. A ponieważ tekst ten zaczął żywot jako komentarz do wspomnianego wpisu, to jest w nim też króciutki passus o problemie sporów.

Co do problemu anafory Addaja i Mariego to absolutnie nie podejmuję się odpowiedzieć na Pana pytanie tak, jak jest ono postawione (tj. w odniesieniu do zasady ecclesia suplet), ponieważ nie znam się zupełnie na dystynkcjach prawnych i jakoś nie mogę się w ogóle przekonać do przede wszystkim prawniczego pojmowania tych kwestii. Stąd myślę, że moja próba (i tylko próba) zrozumienia tej - ja również wierzę, że pozornej - sprzeczności, nie będzie do przyjęcia ani dla Pana, ani dla Dextimusa (jeśli w ogóle czyta te nasze dyskusje) i jemu podobnych. Jej podstawą jest bowiem wyjście z całkowicie odmiennej, nieromanocentrycznej perspektywy, którą uważam za adekwatniejszą jeśli mówimy o podstawowych pryncypiach wiary chrześcijańskiej. Mianowicie ja bym odwrócił kwestię postawioną przez Dextimusa i zapytał:

Czy Kościół katolicki (a w tym jakikolwiek rzymski katolik) może (w znaczeniu: ma prawo) orzec, że jakiś inny Kościół, który:

- cieszy się co najmniej tak samo długą historią,

- posiada sukcesję biskupią i wyświęconych prezbiterów (bo nie wiem, na jakiej podstawie można by to w stosunku do Kościoła asyryjskiego kwestionować),

- posiada nieprzerwaną tradycję liturgiczną, której anafory są co najmniej tak samo stare jak Kanon Rzymski, czy główne anafory bizantyjskie

- w celebracjach liturgicznych stosuje trzy anafory (Addaja i Mariego, Teodora z Mopuestii i Nestoriusza [najczęściej pierwszą, drugą od Adwentu do Niedzieli Palnowej, trzecią w niektóre święta, m.in. Epifanię i Wielki Czwartek]), z których dwie posiadają słowa ustanowienia, co ewidentnie wskazuje na to, że w Kościele tym od co najmniej V w. współistniały ze sobą anafory z tymi słowami i bez nich[1]. (Mniej więcej w tym samym czasie na Zachodzie, za sprawą św. Ambrożego, zaczęto wiązać Przemianę ze słowami konsekracji.), 

- w którym panuje od zawsze wiara w realną Obecność Chrystusa w postaciach eucharystycznych, również wówczas, gdy Ofiara sprawowana jest przy użyciu anafory Addaja i Mariego (a więc jest ona sprawowana z intencją uobecnienia Chrystusa Eucharystycznego),

ale który:

- nie rozumie Przemiany eucharystycznej w kategoriach transsubstancjacji (czego nie robi żaden z Kościołów wschodnich),

- podobnie jak inne Kościoły wschodnie nie definiuje punktowo momentu Przemiany, tylko osadza ją w obrębie całej modlitwy eucharystycznej z pewnym naciskiem na epiklezę,

- nie stosuje do opisu Eucharystii precyzyjnych rozróżnień materii i formy (które- jeśli się nie mylę - są związane z określonym językiem filozoficznym, charakterystycznym dla późnośredniowiecznego chrześcijaństwa zachodniego)

nie dostępuje w czasie sprawowanych liturgii łaski uczestnictwa w Ciele i Krwi Pańskiej?

Oczywiście, jeśli wychodzi się od założenia, że to doktryna Kościoła rzymskiego w swojej literze stanowi absolutne kryterium i punkt odniesienia dla oceny prawowierności wiary i ważności sakramentów innych Kościołów (zaznaczam, że myślę tutaj o prawosławiu i Kościołach przedchalcedońskich, protestantyzm to inna sprawa), to odpowiedź na to pytanie będzie twierdząca. Już z samego historycznego punktu widzenia (kiedyś o tym dyskutowaliśmy) jest to założenie aroganckie i bezpodstawne. Implikuje też "przeoczanie" formalnych uchybień, jakich dopuścił się Kościół rzymski w stosunku do doktryny pierwszych soborów ekumenicznych, której teoretycznie jest depozytariuszem. Myślę tu przede wszystkim o filioque i stwierdzeniach wszystkich soborów począwszy od Chalcedonu, które mówią, że symbole 318 i 150 Ojców w sposób pełny streszczają wiarę i nie można niczego w nich zmieniać.

Te cechy Kościoła asyryjskiego, które wymieniłem powyżej są przywołane w uzasadnieniu dokumentu Komisji ds. Popierania Jedności Chrześcijan, który całą dyskusję wywołał. Jak rozumiem, Pan, podobnie jak Dextimus, uznajecie ten dokument za nieprawowierny (bo jeśli nie, to po co byłoby szukać innych uzasadnień?).

Dextimus te uzasadnienia praktycznie zlekceważył, opatrując je jedno-dwuzdaniowymi komentarzami, wybranymi i skopiowanymi zresztą (na zasadzie Ctrl C, Ctrl V) z tekstu sedeprywacjonistycznego biskupa Donalda J. Sanborna, pt. Nieświęty sakrament. Jego głównym celem nie było bowiem rozważenie tych uzasadnień, ale zestawienie decyzji Komisji (podpisanej przez Jana Pawła II) ze sformułowaniami dogmatycznymi nt. formy sakramentu Eucharystii i pokazanie zachodzącej pomiędzy literami tych tekstów sprzeczności (co zresztą również zrobił Sanborn). I myślę, że obaj mają rację - z punktu widzenia literalnego porównania tekstów ta sprzeczność istnieje i jest ewidentna. Tylko, że ja, z powodów podanych powyżej, przede wszystkim z racji starożytności i odmienności Kościoła asyryjskiego, nie uważam, żeby w ogóle należało te dwie kwestie ze sobą w taki sposób zestawiać. Chrześcijaństwo nie jest rzeczywistością jednotorową, rządzoną logiką dwuwartościową i tym, co je na poziomie języka konstytuuje jest paradoks (czym innym są nasze dogmaty?). W tym sensie - choć myślę, że niektórzy czytelnicy spiszą mnie już w tym momencie na straty, jeśli nie zrobili tego wcześniej - literalna sprzeczność naszych sformułowań dogmatycznych i wiary asyryjczyków w realną Obecność Chrystusa w liturgii z użyciem an. Addaja i Mariego nie implikuje wykluczenia prawdziwości któregoś z tych dwóch członów. Jest i tak i tak. Wiem, wiem, jestem idiotą :)

I jeszcze parę słów nt. tekstu D. J. Sanborna, który dał Dextimusowi narzędzia do zdemaskowania nieprawowierności dokumentu Komisji. Otóż jest w nim kilka rzeczy wątpliwych - jeśli chodzi o kwestie merytoryczne, historyczne itd.

Po pierwsze odmawia anaforze Addaja i Mariego statusu starożytnej, opierając się na informacji z Dictionaire d’Archeologie Chretienne et de Liturgie, że została ona ostatecznie opracowana na początku VII w. W następnych zdaniach mówi już, że datuje się ją na VII w. (sic!)  Każdy, kto miał kiedykolwiek do czynienia ze starożytnymi źródłami wie, że data ostatecznej redakcji może być późniejsza od samego powstania tekstu o całe stulecia a czasem nawet dłużej. Ja oczywiście nie zamierzam tutaj udawać eksperta od źródeł liturgicznych, tym niemniej te opracowania naukowe - nie zaś polemiczne artykuły z sieci - które miałem w rękach, datują ją na V ewentualnie IV w., wysuwając jednocześnie przypuszczenie, że może być jeszcze starsza, tj. sięgać II w.[2] Mówiąc, że anafora pochodzi z VII w., "to jest około dwieście lat po tym jak region ten [Mezopotamia - T.D.] popadł w herezję nestorianizmu", Sanborn wydaje się sugerować, że brak słów ustanowienia wynika z nestorianizmu. Problem w tym, że jak wspomniałem wyżej, to nie jest jedyna anafora używana w Kościele asyryjskim, a tamte dwie słowa ustanowienia mają.

Po drugie, twierdzi, że ważność sakramentalna anafory Addaja i Mariego została zakwestionowana przez nakazanie tym z nich, którzy weszli w unię z Rzymem wprowadzenie do niej słów konsekracji. Ale przecież jedno drugiego nie implikuje. To, że unici przyjmują to, co w Kościele rzymskim jest uznawane za kluczowe aby dokonała się eucharystyczna Przemiana, samo z siebie nie kwestionuje ważności sakramentu sprawowanego przez asyryjczyków nieunickich. Ta implikacja jest oczywista tylko przy wyżej wspomnianym założeniu co do absolutnego charakteru litery doktryny rzymskokatolickiej.

Po trzecie, zarzut herezji, czyli zaprzeczenie ortodoksyjności Kościoła asyryjskiego, istnienia w nim sukcesji apostolskiej i wiary w realną Obecność. Abstrahując od podpisanej w 1994 r. Wspólnej Deklaracji Chrystologicznej pomiędzy Kościołem rzymskim a asyryjskim, to nadawanie asyryjczykom miana heretyków (warto zauważyć, że nestorianami zwą ich tylko polemiści, to nie jest nazwa własna tego Kościoła) jest delikatnie mówiąc nieprecyzyjne. Nie mam już trochę sił na wykład z historii, więc odniosę się tylko do zarzutu, że “wierzą – tak jak luteranie – że Święta Eucharystia jest równocześnie chlebem i Ciałem Chrystusa [tu Dextimus był oryginalny i dodał, że nazywa się to konsubstancjacją – T.D.]. Innymi słowy, nie wierzą oni w przeistoczenie”. Zastanawia mnie skąd Sanborn wziął tę informację. Jakkolwiek dałoby się to w jakiś sposób połączyć z chrystologią samego Nestoriusza, to trzeba pamiętać, że chociaż Nestoriusz jest przez asyryjczyków czczony jako święty, to chrystologia samego Kościoła, skodyfikowana ostatecznie w VI w. przez Babaja Wielkiego, jest dużo bliższa nauce Sob. Chalcedońskiego i raczej nie mogłaby się stać podstawą dla takiego "konsubstancjacyjnego" - jeśli można w ogóle zastosować ten termin do chrześcijan, którzy nie używają do opisu Postaci Eucharystycznych dystynkcji pomiędzy istotą/substancją a akcydensami - rozumienia Eucharystii. Zresztą wystarczy poczytać anaforę Nestoriusza (chyba, że ktoś boi się zabrudzić sobie ręce), żeby zobaczyć, że oskarżanie ich o niewiarę w realną, pełną Obecność (bo chyba Sanborn nie ma do nich pretensji, że nie rozumieją Przemiany jako transsubstancjacji – nie ten język filozoficzny) jest bezpodstawne. Mało tego, w Ghanta, w której znajdują się słowa ustanowienia, mamy cały duży passus, w którym stosuje się communicatio idiomatum, co jest już ewidentnie nienestoriuszowe (choć to ponoć on tę anaforę napisał).

Co do “niebezpośredniej” obecności formuły konsekracji w anaforze Addaja i Mariego to szczerze mówiąc w tym punkcie nie kłócę się z Sanbornem, bo też jakoś nie mogę się tego dopatrzyć. Ale z mojego punktu widzenia to niczego nie zmienia.

Myślę, że już zasłużyłem sobie na komentarz na KNO, prawda?

Nie mam nadziei na to, że to co napisałem nt. rezygnacji z romanocentryzmu w myśleniu o innych tradycyjnych wyznaniach chrześcijańskich (znów: z wyłączeniem kościołów protestanckich) zostanie w ogóle uznane za argumentację, a tym bardziej za taką, którą trzeba wziąć pod uwagę. Ja jednak wręcz nie potrafię myśleć inaczej.

* * *

No i jeszcze kwestia sporów (krótko, bo tekst spuchł ponad miarę). Jak dla mnie sposób prowadzenia rozmowy – a osobliwie rozmowy chrześcijan na tematy religijne – jest co najmniej tak samo ważny jako jej treść. To jest bowiem element świadectwa naszej wiary – nie w kwestii ortodoksji, ale jej rzeczywistej recepcji, tj. miłości bliźniego. Dlatego tak bolą mnie i gniewają dyskusje katolików, księży i świeckich, w których w pewnym momencie widoczna staje się intencja zranienia interlokutora, dołożenia mu. Nie wahałbym się nazwać tego grzechem, nawet śmiertelnym.  Dobrą metaforą Kościoła jest rodzina. Jeśli w rodzinie komunikacja staje się przede wszystkim medium agresji, to jest to jeden z symptomów atrofii więzi. A przecież wiadomo, że w rodzinie też nie zawsze musi panować jednomyślność co do różnych rzeczy, można się spierać, można kłócić. Czytając niektóre dyskusje mam nieodparte wrażenie, że rozwód wisi na włosku.

Wyższość i protekcjonalizm w stosunku do kogokolwiek jest zaś po prostu brakiem klasy.

 

 


[1] Notabene, jak widać w anaforze Nestoriusza (w ostaniej Ghanta), jeśli można się tak wyrazić, akcent konsekracyjny leży nie na słowach ustanowienia, lecz na epiklezie: "I niechaj przyjdzie, Panie, łaska Ducha Świętego, niech zstąpi i spocznie na tej ofierze, którą składamy przed Tobą, niech ją uświęci i uczyni ten chleb i ten kielich Ciałem i Krwią Pana naszego Jezusa Chrystusa" (cyt. za: Wieczerza mistyczna. Anafory eucharystyczne chrześcijańskiego Wschodu, tłum. i oprac. H. Paprocki, Warszawa 1988, s. 304). 

[2] Myślę tu o wspomnianej Wieczerzy mistycznej... Paprockiego i Leksykonie liturgii Nadolskiego (tak, wiem, że to w ogóle beznadziejny leksykon, ale tylko to mam pod ręką, zawsze mogę dokopać się jeszcze do innych opracowań, jeśli ktoś będzie chciał).

 

Komentarze

Ojcze Macieju,

"Podpadł" mi Ojciec cytatem: "Warto zdawać sobie sprawę z tego, że np. w Palestynie chrześcijanom ze starożytnych Kościołów wschodnich żyło się w średniowieczu o wiele lżej pod panowaniem muzułmanów niż pod władzą łacińskich krzyżowców, przez których zostali uznani za „odszczepieńców”." Niech Ojciec rozwazy np. dzieje Maronitów i Ormian. Oczywiście Frankowie mieli bardzo złe relacje z Grekami i ich kościołem. Ale czy z innymi? Panie Tomku, Dla zwięzłości w punktach. 1. Przekonanie, że w anaforach powinny być słowa ustanowienia, niekoniecznie oznacza traktowanie ich jako punktowych momentów przemiany 2. W podkreśleniu możliwości wprowadzenia słów ustanowienia do liturgicznego stosowania w anafaorze Adaja i Mariego, chodziło mi o to, że to sami assyryjczycy zgodzili sie (zaproponowali?, może ktoś wie coś więcej?) na takie rozwiązanie. Pozdrawiam

Kilka spraw

Panie Piotrze, bardzo się cieszę, że prezentowane przeze mnie podejście nie zdyskwalifikowało mnie w Pańskich oczach jako dyskutanta :) Dziękuję za komentarz. Próbując odpowiedzieć będę musiał - zwłaszcza w przypadku pierwszej kwestii - zagłębić się trochę w spekulacje, gdyż brak mi wiedzy, aby twierdzić cokolwiek na pewno. Cały mój tekst nie miał absolutnie na celu pomniejszania znaczenia słów ustanowienia w jakimkolwiek sensie. Chodziło mi przede wszystkim o to, że nie możemy nakładać kalki naszej zachodniej dogmatyki (w tym przypadku bezwzględnie koniecznej roli słów ustanowienia jako formy sakramentu) na tradycje liturgiczne Kościołów, które... (tutaj musiałbym powtórzyć wszystkie te cechy, które podałem w tekście). Samo to, że do naszych czasów z anafor bez słów ustanowienia zachowała się w użyciu tylko ta jedna, nie musi świadczyć wcale, że powodem zarzucenia tamtych był ów brak. Znane są przypadki anafor posiadających słowa ustanowienia, które były albo wypierane przez inne, albo po prostu z nich rezygnowano (można tu podać przykład an. Jakuba Apostoła w Kościele ormiańskim, którą zarzucono po wiekach stosowania, albo an. Grzegorza z Nazjanzu, którą do średniowiecza sprawowano i w egipskim patriarchacie prawosławnym i w Kościele koptyjskim, a potem w tym pierwszym przestano ją stosować)*. Powodów może być dużo, ale szczerze mówiąc, stosując brzytwę Ockhama do bardziej karkołomnych wyjaśnień, wydaje mi się, iż za tym przetrwaniem an. Addaja i Mariego stoi jej rzeczywista starożytność i nieprzerwana tradycja stosowania. Dla tej konkretnej wspólnoty, chrześcijan wschodniosyryjskich, perskich a w końcu indyjskich i chińskich miała ona tak duże znaczenie, iż nie dotknęły jej żadne przesunięcia itp. rzeczy. Być może rzeczywiście wpłynęła na to wspomniana przez Pana izolacja, choć z drugiej strony nie oznaczała ona całkowitego braku wpływów, przede wszystkim bizantyjskich. Widać je w słownictwie teologicznym - przykładowo, w doktrynie Babaja mówi się o prosopa Chrystusa, co jest oczywiście syryjską wersją gr. prosopon. Pozostałe dwie anafory Kościoła asyryjskiego - Teodora z Mopsuestii i Nestoriusza - jeśli oczywiście uznamy je za autentyczne (jest to kwestionowane przede wszystkim w odniesieniu do pierwszej z nich) nie są wytworem zza sasanidzkiej granicy, ale "greckim". Fakt, iż asyryjczycy stosowali i stosują wszystkie trzy, nie uważając za konieczne ujednolicania ich pod kątem słów ustanowienia jest moim zdaniem bardzo znaczący - myślę, że z ich punktu widzenia ważne jest to jaki kształt anafory zachowała tradycja oraz to, że w jej obrębie wierzy się w ważność Przemiany eucharystycznej podczas liturgii z zastosowaniem an. Addaja i Mariego. Jeśli chodzi o prośbę, aby włączać słowa ustanowienia do anafory - oczywiste jest, że skoro w liturgii asyryjskiej mieliby brać udział chaldejscy unici, Kościołowi katolickiemu zależy, aby w modlitwie eucharystycznej znalazły się słowa kluczowe z katolickiego punktu widzenia. Nie oznacza to jednak przecież - i dokument Komisji tego nie sugeruje - że liturgia będzie mniej wartościowa czy będzie dawała tylko jakieś tam pomniejsze łaski (co sugerował pogardliwie Dextimus), nie zaś pełnię łask sakramentalnych. Skądinąd, nawet jeśli asyryjski kapłan dołączy te słowa, to nie będzie ich traktował jako kluczowych, ze względu na brak koncepcji "punktowego" rozumienia Przemiany. Jeszcze przy kwestii izolacji. Nie wiem czy dobrze odebrałem Pańskie intencje, ale jeśli chodziło Panu o to, że izolacja miałaby odpowiadać np. za jakieś "zacofanie" asyryjczyków w stosunku do mainstreamu rzymsko-bizantyjskiego (w tym sensie, że "nie dorobili się" słów ustanowienia we wszystkich swoich anaforach), to wydaje mi się, że znów byłoby to patrzenie na nich przez romanocentryczne (tu szeroko: rzymsko-bizantyjskie) okulary. Owszem, rozwijali się w izolacji, ale czy to przeczyło ich rozwojowi i ich charakterystyce jako pełnowartościowego Kościoła? Musieli radzić sobie w środowisku nie(a często anty-)chrześcijańskim, pozostali Kościołem męczenników nawet wówczas, kiedy imperium Romanum było już w całości chrześcijańskie, ale nie wydaje się, żeby brakowało im wewnętrznej witalności. W końcu, pomimo tych wszystkich przeciwności udało im się do naszych czasów dotrwać razem ze swoją tradycją. Niezasadność traktowania ich jako jakoś "ułomnych" z racji owej izolacji pokazuje fragment ich historii, a mianowicie czas, kiedy przebywali w Chinach. Dotarli tam w latach 30. VII w. (była to grupa mnichów), zostali zaakceptowani przez cesarza Tang Taizonga (który prowadził politykę daleko idącej tolerancji religijnej) i mieli się dobrze aż do IX w. (jeśli dobrze pamiętam), kiedy zmiana nastawienia cesarzy ściągnęła na nich (jak również na buddystów) prześladowania. Ostatecznie wyniszczyły ich długo później najazdy Mongołów). Dzięki przychylności cesarza mogli pisać traktaty teologiczne (najstarszy z nich to Xu Ting Mi Shi Suo Jing - "Księga Jezusa-Mesjasza": fascynująca lektura!) i tłumaczyć na chiński własne teksty. Wiele wskazuje na to, że gdyby nie wroga koniunktura a potem wyniszczające najazdy Mongołów do dziś (a przynajmniej do czasu nastania rządów komunistów) mogłoby istnieć w Chinach (już) rdzenne chrześcijaństwo, całkowicie inne niż to zachodnie, ale czy niepełne? Mój "antyromanocentryzm" absolutnie nie ma w tle romanofobii. Wynika z pewnego zabiegu myślowego, który musiałem wykonać dawno temu zaczynając studiować chrześcijaństwo z punktu widzenia religioznawstwa. Większość wyznań chrześcijańskich uprawia swoisty autocentryzm, którego, chcąc podjąć próbę (zawsze ułomną) obiektywnego zrozumienia fenomenu chrześcijaństwa jako całości, nie można brać za dobrą monetę. To jest oczywiście spojrzenie przede wszystkim historyczne i że tak powiem fenomenologiczne, w którym rozpatruje się różne procesy (np. rozwój prymatu papieskiego) z zachowaniem dużego badawczego dystansu w stosunku do ich teologicznej interpretacji w obrębie poszczególnych wyznań. Ale ja znajduję bardzo wartościowym przeniesienie tego podejścia na grunt moje własnej religijności czy religijnej tożsamości. Jest ono z zasady nieideologiczne, jeśli więc krytykuję romanocentryzm to nie z pozycji uwielbienia dla Wschodu czy rozczarowania Zachodem, tylko uznania wartości per se tradycji niekatolickich, które romanocentryści uznają za gorsze czy wybrakowane. Tak samo patrzę i na naszą własną tradycję (którą uważam za wspaniałą, ZWŁASZCZA w okresie średniowiecza i scholastyki). Moja uwaga o filioque nie miała na celu wskazania, że my jesteśmy ci źli w przeciwieństwie do prawowiernych Wschodniaków. Chodziło mi bardziej o to, że nie mamy podstaw do wyrzucania im nieprawowierności, bo sami nie jesteśmy bez winy, również w kwestiach zasadniczych (kiedyś pisałem tu o warunku dialogu, jakim jest poznanie=miłość i własnej tradycji i innych; miłość, która oznacza też świadomość błędów i ciemnych stron i własnych i innych). Z drugiej strony rozumiem uwarunkowania i pewien proces, który doprowadził do wprowadzenia tej zmiany w Credo jako coś integralnie wplecionego w naszą historię i bynajmniej nie opuszczam tej frazy kiedy je odmawiam :). Trzymam się paradoksu - jest i tak i tak, i my mamy rację i oni, i anafora ze słowami ustanowienia i anafora bez nich. Warunkiem jest tradycja i wiara w te same pryncypia, przede wszystkim jeśli chodzi o sakramenty (tu zaczyna się problem z protestantami). Może tu skończę, bo uległem znowu tendencji do wielosłowia. Za nieumiarkowanie przepraszam :) _______________________________________ *Sam nie jestem taki mądry oczywiście. Te informacje podaje H. Paprocki w Wieczerzy mistycznej....

Przepraszam za ciszę,

jestem w trakcie odpisywania, ale trwają u nas warsztaty Triduum Sacrum i jest małe urwanie głowy. Jutro powinno udać mi się skończyć komentarz.

Ma Ksiądz rację. Nie

Ma Ksiądz rację. Nie sprawdzałem dokładnie, bo czytałem tylko ten tekst po angielsku. Faktycznie Taft opublikował dwa artykułu o tym samym tytule, ale drugi był krótszy. Ten tekst tłumaczył o. Blaza. Mimo wszystko dla niektórych tłumaczenie może być pomocne. :)

"Ocaliłem, Panie, w moim życiu miejsce najświętsze - święte świętych - spotkania z Tobą. [...] I trwa liturgia wzruszeń, prac, zmagań i myśli." ks. M. Nowak

Nie podawałem

linku do tłumaczenia o. Blazy, bo to nie jest ten sam tekst (a i jakość tłumaczenia wg mnie pozostawia sporo do życzenia). Albo Blaza przetłumaczył tylko fragmenty tekstu Tafta, albo sam Taft opublikował gdzieś skróconą wersję swego tekstu i to przełożył Blaza,w każdym razie to co jest u Blazy jest znacznie krótsze i nie ma tam wielu ważnych rzeczy, które są w tekście pełnym.

Wielkie dzięki Tomku za ten

Wielkie dzięki Tomku za ten tekst i ukazanie właściwego podchodzenia do wschodniej tradycji liturgicznej. Tekst Tafta, do którego odsyłał ks. Maciej jest również przetłumaczony przez ostatniego "bohatera" blogowych dyskusji - o. Blazę: http://www.jezuici.pl/mblaza/articles.php?lng=pl&pg=124 Faktycznie ciekawe jest to, co zauważa Taft, że Kościół rozumie za słowa ustanowienia w sensie ścisłym te, które wypowiedział sam Jezus w Wieczerniku i to tylko one posiadają skuteczność konsekracyjną na zawsze. Anafory, różne w zależności od liturgicznej tradycji, dokonuję zastosowania tych słów do obecnych darów chleba i wina. To naprawdę świetna myśl. Co do sprawy "Mszy bez konsekracji", jak to niektórzy nazywają, warto również zobaczyć tekst Ks. Alberta Gerhardsa, choć nie dotyczy on wprost tego tematu, to jednak pośrednio go porusza. Można go przeczytać tutaj: http://fides.org.pl/dlibra/doccontent?id=329

"Ocaliłem, Panie, w moim życiu miejsce najświętsze - święte świętych - spotkania z Tobą. [...] I trwa liturgia wzruszeń, prac, zmagań i myśli." ks. M. Nowak

Re: Piotr Chrzanowski

Zjawisko "romanofobii" czy "latynofobii" oczywiście istnieje i budzi mój stanowczy sprzeciw, tak samo jak "romanocentryzm". Dla niektórych to co wschodnie jest automatycznie lepsze od tego co zachodnie, a stwierdzenie "tak jest na Wschodzie" jest równoznaczne ze stwierdzeniem "tak jest idealnie i tak powinno być wszędzie". O "romanocentryzmie" i "romanofobii" napisałem swego czasu dwa artykuliki: http://www.oltarz.pl/index.php?action=show&id=1179 http://www.oltarz.pl/index.php?action=show&id=1215 Mogę też polecić dobry tekst przywoływanego nieraz przez mnie o. Tafta: http://www.archeparchy.ca/documents/Taft%20Eastern%20Presuppositions.pdf (wszyscy "latynofobi" obowiązkowo powinni przeczytać zwłaszcza końcową część tego tekstu)

Panie Tomku,

Dziękuję za nadzwyczaj interesujący tekst. Nie zamierzam ani zaczynać pyskówki, ani ruszać na krucjatę ;-) Swoje uwagi traktuję raczej jako uzupełnienie czy glosy do wypowiedzi Pana jak i innych komentatorów, a zwłaszcza o. Macieja. Niezależnie od opinii o.Tafta, że więcej pierwotnych, przednicejskich anafor mogło nie zawierać narratio institutionis, jest też faktem, że z czasem w kościołach ukształtowało się przekonanie o istotnym znaczeniu słów Pańskich (czego o. Taft przytacza zresztą liczne przykłady). W rezultacie do naszych dni przetrwała w użyciu tylko jedna anafora bez tychże słów: Adaja i Mariego. Nb. można się zastanawiać, na ile bardzo wczesna izolacja tego nurtu chrześcijaństwa od reszty miała wpływ na taki stan rzeczy. Pamiętać trzeba bowiem, że chrześcijaństwo asyryjskie rozwijało się poza obszarem imperium rzymskiego/bizantyjskiego. O znaczeniu słów Pańskich w kontekście całego tekstu modlitwy eucharystycznej świadczy jeszcze jeden fakt, związany z dokumentem Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan, który wywołał tyle emocji. Otóż jest to dokument w zasadzie o charakterze duszpasterskim, regulującym sprawy communicatio in sacris pomiędzy wiernymi kościołów asyryjskiego i chaldejskiego(czyli asyryjskiego unickiego). Pod koniec zawarte tam są 4 wskazania praktyczne. Trzecie z nich stwierdza, że kapłan asyryjski, jeżeli w jego celebracji uczestniczą wierni chaldejscy, jest uprzejmie proszony, o włączenie do tekstu anafory Adaja i Mariego słów ustanowienia, zgodnie z pozwoleniem Świętego Synodu Asyryjskiego Kościoła Wschodu. Sprawa romanocentryzmu. Ubolewam, że walka z nim nazbyt często motywowana jest romano- czy latynofobią. Niezależnie od różnych ograniczeń teologii scholastycznej, można na jej wnioski patrzeć nie jako na, prostackie w gruncie rzeczy, próby punktowego umieszczania momentu konsekracji/przeistoczenia, ale jako na refleksję, co jest absolutnie konieczne, aby łaska sakramentalna mogła być skuteczna. Czy te wnioski nie były pomocą dla wielu kapłanów np. w ubiegłym stuleciu, którzy sprawowali Eucharystię potajemnie, bez żadnej możliwości korzystania z zaaprobowanych ksiąg liturgicznych? Przy okazji – uważam, że zmiany w ordo mszalnym z 1970 roku tylko przyczyniły się do punktowego pojmowania konsekracji, a to poprzez ograniczenie klęczenia wiernych podczas modlitwy eucharystycznej jak i wprowadzenie aklamacji bezpośrednio po narratio institutionis. Zresztą przyznaję, że dyskurs p.p. Roberta i Marcina o aklamacjach jest dla mnie trochę bezprzedmiotowy. W modlitwach eucharystycznych jest przecież coś takiego jak anamneza. Ślady wspomnianej latynofobii dostrzegam w uwadze p. Tomka o filioque. Osobiście uważam, że Rzym nie może narzucać tej formuły kościołom wschodnim, lub, nie daj Boże, dowodzić, że Credo bez tej formuły jest błędne (czego jednak nigdy nie czynił). Natomiast argument, że Rzym coś zmienił, pomimo że sobory zmian w Credo nicejsko – konstantynopolitańskim zabroniły jest obosieczny. Wschód zarzuca nam więc tą zmianę z filioque, ale przecież Pan wie, że ten dalszy Wschód, antychalcedoński, zarzucał Zachodowi, który z ich perspektywy obejmował także Bizancjum, że w Chalcedonie ułożył nowy formularz wyznania wiary. Co do opinii, o. Macieja, że kanony Trydentu należy rozumieć ściśle w kontekście błędów reformacji, które potępiają, to chciałbym dodać, że trzeba je (jak i kanony oraz anatematyzmy innych soborów) rozumieć wg ścisłych zasad logicznych. A z tym moi przyjaciele tradsi miewają kłopoty. Zdarzyło się, że byłem postponowany od trojanów i użytecznych idiotów, kiedy dowodziłem, że z powodu zawartego w dekrecie dla Greków stwierdzenia , że dusze zmarłe w samym grzechu pierworodnym, natychmiast zstępują do piekła (Breviarium Fidei, Poznań 1998, stwierdza, że dekret ten ma rangę ex cathedra), wcale jeszcze nie wynika pewność, że wszystkie dzieci zmarłe bez chrztu dostępują takiego losu.

Re: Ks. Maciej

A ja bardzo dziękuję za komentarz (i za namiar na artykuł Tafta, który wyjaśnia sporo, jeśli chodzi o implicite obecność słów konsekracji u Addaja i Mariego). Bardzo ważne jest dla mnie wiedzieć, że te intuicje co do zmiany perspektywy w patrzeniu na inne wyznania nie są tylko rojeniami. Moja bardziej szczegółowa wiedza dogmatyczna kończy się na I tysiącleciu i choć czułem, że coś jest nie tak z przedstawianiem punktowego momentu Przemiany jako dogmatu, to nie miałem pewności. Aha, i pięknie dziękuję za termin "romanocentryzm". Miałem jakąś zaćmę pisząc i choć "rzymocentryzm" gryzł mnie w oczy i palce, nie mogłem się od niego uwolnić :).

Panie Tomaszu

bardzo dziękuję za ten wpis. Chciałem coś w tym stylu napisać jako komentarz pod wpisem p. Piotra Chrzanowskiego, ale ciągle odkładałem (w tych tygodniach mam bardzo krótkie momenty, że mogę siąść do komputera w celach innych niż praca bieżąca). Bardzo ważne jest przezwyciężenie "romanocentryzmu" w patrzeniu na teologię i liturgię innych obrządków. Poza tym w ogóle nie ma dogmatu o momencie konsekracji, kanony Trydentu muszą być interpretowane ściśle w kontekście błedów, którym się przeciwstawiają - spór dotyczył samej konsekracji a nie jej momentu. Polecam obszerny artykuł o. Roberta Tafta (po angielsku) na ten temat: http://www.americancatholicpress.org/Father_Taft_Mass_Without_the_Consec...

Z tym się nie zgodzę, ale to

Z tym się nie zgodzę, ale to nie miejsce na tę dyskusję.

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

W kontekście, ale nie w czasie...

...sprawowania Eucharystii. Św. Paweł dokładnie mówi tak: "Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb i pijecie kielich, śmierć Pana głosicie, aż przyjdzie." (Biblia Tysiąclecia). Ale to jest sformułowanie użyte w sensie homiletycznym. Ja tam odbieram takie wstawki jak komentarze, które z marginesu dostały się do głównego tekstu i zamiast wyjaśniać, zaciemniają jego sens...

Śpiewajcie chorał!

Aha, a ja tych wątpliwości

Aha, a ja tych wątpliwości nie mam, bo przyjście w chwale było dla pierwszych chrześcijan nieodłącznie związane ze Zmartwychwstaniem - sądzono np., że Paruzja nastąpi w czasie Wielkiej Nocy. Poza tym, św. Paweł używa całego zwrotu właśnie w kontekście sprawowania Eucharystii. Ale to tak na marginesie, poza krucjatą - ew. turniejem, mam nadzieję, że rycerskim, który mogę tylko obserwować. Tak, tak, cudze chwalicie, a trawa i tak zawsze jest bardziej zielona po drugiej stronie...

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

Z pyskaczami nie gadam

ale jak będzie krucjata to i owszem, jak krzyżowiec z krzyżowcem :)) Marcinie, ja mam to samo czytając Twoje teksty. Cudze chwalicie itd.. (jeśli oczywiście o to Ci chodziło ;-))

"Ile razy ten chleb...

...spożywamy i pijemy z tego kielicha, głosimy śmierć Twoją, Panie, oczekując Twego przyjścia w chwale". Cóż z tego, że to cytat ze św. Pawła, skoro w TYM KONKRETNYM MOMENCIE Eucharystii mowa o Zmartwychwstaniu Chrystusa nie może pozostawać w domyśle. W tym zaś fragmencie nie mówimy wprost o Zmartwychwstaniu, powiem więcej - mówimy, że oczekujemy przyjścia Pana, jakgdyby Zmartwychwstania jeszcze nie było. Taki jest mój subiektywny sposób rozumienia tego tekstu w kontekście czasu i miejsca. Bo w ogóle to jestem na tak :-), ale w tym konkretnym przypadku mam same wątpliwości.

Śpiewajcie chorał!

Nie, pyskówkę z pewnością

Nie, pyskówkę z pewnością nie, ale krucjatę - z całą pewnością. Tak w ogóle, to lektura tego tekstu, jak i kilku innych Tomka, uświadomiła mi, jak bardzo jestem nieuczony i głupi... Nie pamiętam już dokładnie, panie Robercie, czy chodziło o "Ile razy ten chleb spożywamy..."? Jak najbardziej jest tam zmartwychwstanie :-) a sama formuła pochodzi przecież od św. Pawła.

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

Panie Tomaszu, uuufffff!...

Ciekawe, czy rozpętał Pan kolejną pyskówkę, czy też nikomu nie zechce się odpisać ;-) Przypomniał mi się temat jednego z moich pierwszych wpisów dotyczący nieadekwatności niektórych tłumaczeń w polskim Mszale. Poddałem wówczas w wątpliwość wprowadzenie jednej z polskich formuł Misterium fidei - tej bez zmartwychwstania.

Śpiewajcie chorał!

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Blog redakcyjny”
Czy II Sobór Watykański odpowiedzialny jest za śmierć kultury zachodniej? Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie bez wahania udzielił ks. Jan Jenkins z Bractwa Piusa X w odczycie, który odbył się 10 stycznia w Instytucie Religioznawstwa UJ.
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Od dłuższego czasu (kilkadziesiąt lat) powszechną stała się w Polsce praktyka, iż kapłani uczestniczący w licznych nabożeństwach oraz w Eucharystii, którzy nie przewodniczą im ani (w przypadku Mszy) nie koncelebrują (a więc inaczej mówiąc, nie wykonują swojej funkcji kapłańskiej, a...
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Uczestnicząc jakiś czas temu w pewnej Mszy zacząłem zastanawiać się nad takim oto problemem. Pamiętamy, że udzielanie Komunii Świętej pod dwiema postaciami może mieć miejsce przez jedną z 4 form: 1. Przez bezpośrednie picie Krwi Pańskiej z kielicha po przyjęciu Ciała Pańskiego 2. Przez spożycie...

O autorze

Krucjata anty-omniańska

Tomasz Dekert

Mąż, ojciec dwóch córek i dwóch synów

Doktor religioznawstwa (UJ)

Wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie

Współpracownik Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego

Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne

Autor m.in. książki Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama, (WAM, Kraków 2007).  

M T W T F S S
 
 
1
 
2
 
3
 
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
 
 
 
 
Add to calendar

Najnowsze wpisy autora

Nowa era czyli o periodyzacji i "teologicznym punkcie widzenia"

2012-01-23

Krótko po świętach wpadł mi w ręce aktualny wówczas numer "Tygodnika Powszechnego". A tam znalazłem kolejny tekst J. Majewskiego, który tak mi zapadł w umysł, że do tej pory boli mnie wątroba. Czego to te ludzie nie wymyślą... więcej »

Choinka czyli o godności

2012-01-02

Mam sąsiada. Człowiek to ubogi duchem i ciałem, w rzeczywistości na skraju (albo i za skrajem) nędzy. Kawaler, od czterdziestu lat alkoholik, niedawno wyszedł z więzienia, gdzie trafił za to, co (i jak) krzyczał po pijaku, itd., itd... Patrząc z zewnątrz - dno totalne.  więcej »

Oto człowiek - ofiara i Król

2011-12-24

Dopiero niedawno odkryłem starą już, bo z 1995 r., płytę Jacka Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego (w śpiewie towarzyszyła im też Elżbieta Adamiak), pt. "Szukamy stajenki". Wstrzymywała mnie przed poznaniem jej generalna niechęć do funkcjonujących w naszej kulturze rozmaitych wariacji na temat Narodzenia Pańskiego. W tym do "tradycyjnych" (czyt. śpiewanych do womitu w polskich kościołach i przetwarzanych przez wszystkie możliwe odmiany popgwiazd) kolęd. więcej »

O muzyce w pewnej archidiecezji czyli kilka kwiatków

2011-12-17

Jakieś dwa tygodnie temu wchodząc do sklepu rzuciłem jak zawsze okiem na stojak z prasą stojący przy wejściu i z miejsca uderzył mnie tytuł na pierwszej stronie "Gazety Krakowskiej". Głosił: "Zły doradca kardynała". więcej »

Lubiane na Facebooku

Ostatnio na blogach