Z powrotem do człowieka czyli o Wcieleniu i ascezie

2010-02-19

Rozmawialiśmy kiedyś z przyjacielem na temat tego, co wyróżnia chrześcijaństwo spośród innych religii świata. Szczerze mówiąc wcześniej niespecjalnie się nad tym zastanawiałem, pomimo tego, że było już wtedy za mną kilka lat studiów religioznawczych. Zaszczepił on we mnie wtedy swoje własne przekonanie, że tą cechą, która konstytuuje rdzeń chrześcijaństwa i decyduje o jego absolutnej niepowtarzalności jest Wcielenie.

Co ma Wcielenie do ascezy? Paradoksalnie, jeśli popatrzymy na tę ostatnią wyłącznie jako na praktykę religijną, uznamy ją za pobożną metodę pokuty za grzechy (co często wiąże się z przekonaniem, że jest to rodzaj kary, jaką sami sobie wymierzamy), to mało prawdopodobne, aby te dwie rzeczy ze sobą skojarzyć. Tymczasem ich związek jest - moim zdaniem - organiczny na poziomie antropologicznym.

Wcielenie jest centralnym faktem soteriologicznym, warunkującym wszelkie pozostałe. Syn Boży "musiał" stać się człowiekiem. Ani mniej, ani więcej. Przedmiotem zbawienia jest "tylko" człowieczeństwo i dotyczy nas ono na tyle, na ile jesteśmy ludźmi. To ostatnie sformułowanie może się wydawać absurdalne - przecież nie można być mniej lub bardziej człowiekiem. Owszem, w sensie absolutnym, ontycznym, nie można, istnieje jednak możliwość, że nasze własne człowieczeństwo dla nas samych ulegnie zamazaniu, a z czasem może i zatracie. Na poziomie naszej świadomości stracimy kontakt z prawdą o nas samych. W poupadkowej rzeczywistości jest to dla nas nieledwie stan permanentny.

Znana jest opowieść o Sokratesie przechadzającym się po ateńskim targu, który zapytany co tam robi, miał odpowiedzieć coś w rodzaju: "Patrzę, jak wielu rzeczy nie potrzebuję". Ta anegdota niezwykle trafnie, choć nie wprost, stawia problem relacji pomiędzy człowiekiem a jego potrzebami. To, że człowiek ma potrzeby, których zaspokojenie jest konieczne dla jego istnienia jest oczywiste. Problem jednak zaczyna się na poziomie tego, co robimy z własnymi potrzebami. Na ile determinują one naszą tożsamość, na ile "mamy" potrzeby, a na ile "jesteśmy" własnymi potrzebami.

W szerszym zobrazowaniu tej kwestii bardzo pomagają niektóre ustalenia ewolucjonistycznie nastawionych antropologów kultury i religii. (Od razu zaznaczam, że tej dziedziny wiedzy jestem raczej amatorem niż znawcą - chodzi mi tylko o pewien obraz.) Otóż można z nich wyczytać czy wyinterpretować, iż u podstaw kultury rozumianej jako zasadniczy ludzki sposób bytowania, leży zdolność do autodeprywacji, panowania nad własną małpią naturą, które w obrębie systemów kulturowych jest wzmacniane i niejako ubrane w instytucje (np. bolesne rytuały inicjacji). Innymi słowy, zdolność autodeprywacji jest jedną z głównych, jeśli nie najważniejszą, z cech odróżniających nas od zwierząt.

W soteriologicznej perspektywie Wcielenia, zdolność ta nabiera kluczowego znaczenia i pozwala spojrzeć na praktyki ascetyczne nie jako na coś rozgrywającego się wyłącznie na poziomie moralnym (pokuta za grzech), ale na coś, co, mówiąc lapidarnie, pozwala nam pozostać ludźmi. Mało tego, odkrywa w nas pokłady człowieczeństwa, które w "normalnym" układzie są przysłonięte masą multiplikujących się i puchnących potrzeb. Bernard McGinn, we wspomnianej przeze mnie kilka wpisów temu książce, przywołuje fragment Żywotu Antoniego św. Atanazego opowiadający o tym, jak to "ojciec mnichów" wyszedłszy po 20 latach spędzonych w opuszczonym domostwie na pustyni na ascezie i walce z demonami, wyglądał jak człowiek utrzymujący idealną równowagę pomiędzy swoim ciałem i duchem (tzn. nie był ani utuczony, ani też wychudły czy wyniszczony) i podsumowuje go następująco: "Język mistycznej inicjacji posiada tutaj specyficznie chrześcijański wydźwięk, przede wszystkim poprzez przywołanie apatheia oraz przedstawianie Antoniego jako nowego Adama, odnowionego człowieka, który dzięki mocy Chrystusa odzyskał to wszystko, co Adam stracił. Antoni osiągnął panowanie nas sobą, panowanie nad światem, a przede wszystkim władzę nad demonami, tak przerażającymi dla umysłowości późnoantycznej" (podkr. - T.D.). Radykalną ascezę Ojców Pustyni można więc postrzegać jako docieranie do własnego człowieczeństwa.

Jesteśmy przyzwyczajeni do moralizowania, a chrześcijaństwo nie jest religią moralności, lecz zbawienia. Przykazania, które stanowią nakaz postawienia tamy naszym rozbuchanym potrzebom nie są po to, żebyśmy stali się przyzwoitymi ludźmi czy dobrymi obywatelami. Człowiek ma wiele potrzeb, więcej niż zwierzęta. Ale wszystkie one mogą w pewnym momencie zacząć nim sterować tak, jak programy instynktowe sterują zwierzętami. A wtedy człowiek co prawda wygląda jak człowiek, ale w rzeczywistości osuwa się w małpę. Czy jest wtedy w stanie przyjąć zbawienie? 

Komentarze

Nie pamiętam dokładnie, jak

Nie pamiętam dokładnie, jak Lewis to wyjaśniał - to jest w którejś książce z tych zawierających jego pogadanki - tak sądzę, bo czytałem to prawie ćwierć wieku temu. Asceza < greckie askesis < askeo - dbać o coś, ozdabiać coś, pracować nad czymś (np. prząść wełnę, wygładzać materiał na szaty); ćwiczyć coś. Gdyby było od wchodzenia, musiałoby się zachować jakieś 'n' w środku.

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

Nikoghos - wędrując po wielkim targu,

jakim jest internet, spoglądasz, ilu rzeczy nie potrzebujesz? :-) Tomku, ja się zżymnęłam (?) czytając o związku organicznym na poziomie antropologicznym... Wydaje mi się, że trudno dyskutować o sacrum i profanum w chrześcijaństwie równocześnie z dwóch pozycji: subiektywnie i obiektywnie, próbując (i) odczytać "z własnego doświadczenia" czy "Bóg chce ode mnie czegoś więcej niż służby w w sferze sacrum" i próbując (ii) opisać chrześcijaństwo (i to jeszcze całe). Z mojego doświadczenia :-) - jesli nawet sacrum przenika profanum, to nie znaczy, że samo jest dla profanum tak łatwo dostępne... o czym, być może, również Wyspiański o Bolesławie, cytowany u Bartka. Ale proszę tę myśl traktować jako luźną, bez aspiracji do rangi refleksji kulturowej ani do definicji :-)

Ikonostas

też jest rekwizytem zniesienie tego podziału pokazującym: do miejsca świętego wchodzi człowiek, wrota raz po raz wymownie się otwierają, w końcu wychodzi stamtąd Bóg i daje się zjeść. Ale oczywiście o liturgii bizantyjskiej też mogę mówić właściwie tylko na podstawie mojego 'samopoczucia'. Nie dogmatyzowałbym tego zniesienia podziału, po prostu z własnego doświadczenia widzę, że Bóg chce ode mnie czegoś więcej niż służby mu w sferze sacrum. Tak czy inaczej, zainspirowany wpisem Pana Tomka, rezygnuję do Wielkanocy z zaspokajania niekoniecznej potrzeby komentowania blogów, którą to działalność i tak ostatnio prowadziłem na niezbyt wysokim poziomie, za co przepraszam. Działalność czytelniczą zamierzam pilnie kontynuować. Dobrych świąt wszystkim :)

Tu nie chodzi o aporbatę, ale rzeczywistość

Chrześcijaństwo nie odrzuciło podziału na sacrum i profanum, choć niektórzy chrześcijanie tak robią. Odrzucać sobie mogą, ale przypisywanie tego całemu chrześcijaństwu i wyciągania na tej podstawie absurdalnych wniosków to już przesada gruba raczej. Ładnie zagrała dwuznaczność słowa "dystynkcja".

Nie dystans

ale jednak dystynkcja. Proszę zatem wraz z poglądami obu jezuitów skonsultować z wiernym obrządku wschodniego moje swojskie samopoczucie, bo mi z nim w miarę dobrze i nie potrzebuję ekumenicznej aprobaty.

Mowę zależną zauważam,

podobnie jak stwierdzenie "czytając to poczułem się swojsko". Nie odebrałem go jako dystansu do wypowiedzi Oszajcy/Rahnera.

@M. Buczkowski: To było

w mowie zależnej. I to zależnej podwójnie. Ale jak Pan chce, niech Pan powie prawosławnym, albo komu jeszcze Pan uważa że będzie ciekawe.

Nikoghos prawi:

"chrześcijaństwo właściwie religią nie jest, ze względu na zniesiony podział na sacrum i profanum". Ciekawe - powiedzieć to warto prawosławnym, którzy ikonostasy stawiają, chyba, że to niechrześcijanie.

@Marcin: Wydawało

mi się, że oznacza wchodzenie wzwyż, ale może wydawało mi się źle. @Gospodarz: możliwe, ale trudne. Traktowanie chrześcijaństwa przez laickiego chrześcijanina (tj. w tym przypadku: nie przez religioznawcę) jako po prostu religii jest bardzo kuszące i sporo 'problemów' rozwiązuje.

Re:

Nikoghos - moim zdaniem ich pogodzenie jest jak najbardziej możliwe. I to niekoniecznie na zasadzie "zgniłego kompromisu" :) Aphoper - powiedziałbym tak: zbawienie człowieka pociąga za sobą zbawienie reszty stworzenia. Ale odwrotnie - nie. To zresztą bardzo stary temat. W obrębie starożytnych antropologii (również, a może przede wszystkim mitologicznych) mówiło się o tym, że Adam albo zawierał w sobie resztę stworzenia, albo jakoś inaczej je sobą obejmował. W ten sposób stworzenie również poniosło konsekwencje grzechu człowieka, ale też poprzez zbawienie człowieka i ono jest zbawione. Też pozdrawiam :) Marcin - nie jestem pewien czy rozumiem Twoje pytanie. A o co chodziło Lewisowi? O wcielenia Wisznu?

Z głupia frant zapytam: co

Z głupia frant zapytam: co słowo 'asceza' ma wspólnego z wchodzeniem? CS Lewis uważał, że, jeśli chodzi o wcielenie, należy jeszcze brać pod uwagę hinduizm - jedyną religię politeistyczną, którą wg niego można brać serio. A świat pozaludzki... Ef 1:10; Kol 1:16.19-20. I, wg mnie, J 6:37, przynajmniej w tekście greckim, i przynajmniej pierwsza część wersetu.

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

zbawienie tylko człowieczeństwa

A co ze zbawieniem świata, także pozaludzkiego? Pozdrawiam (sprowokowałeś mnie do założenia konta!)

Za to problem...

pogodzenia w sobie obu tych 'patrzeń' już wcale nie jest akademicki.

Brawa dla autora hasła na billboardzie :)

A co do "religijności" chrześcijaństwa to ja sam też kiedyś intensywnie nad tym myślałem i miałem wtedy podobne odczucia jak Pan. Proszę nie traktować jakoś bardzo "normatywnie" tego, co znajduje się w pierwszym akapicie - to tylko takie zagajenie (a rozmowa miała miejsce lata temu). Aktualnie nie jestem skłonny do porównywania chrześcijaństwa w taki sposób jak to robiliśmy wtedy z przyjacielem. Kwestia czy chrześcijaństwo jest religią, czy nie jest, wydaje mi się akademicka. Jak najbardziej rozumiem, że z wnętrza nie da się patrzeć na chrześcijaństwo jako na jakiś system (albo wyłącznie jak na system). To jest nasze życie. Ale z drugiej strony chrześcijaństwo JEST religią, ma wszystkie cechy, które sprawiają, że nazywamy coś tym określeniem itd. Wydaje mi się wręcz, że stracilibyśmy ważne narzędzie, gdybyśmy to patrzenie "z wnętrza" ektrapolowali w ogóle na myślenie o chrześcijaństwie.

'Bądź jak Bóg - stań się człowiekiem'

głosił świąteczny bilbord na Służewie. Wcielenie i ascezę łączy też ten sam kierunek (w znaczeniu geometrycznym) - pionowy, zilustrowany przez drabinę ze snu Jakuba. Aniołowie schodzący w dół to (wg któregoś z Ojców, jeśli się nie mylę, a jeśli się mylę, to i tak nie wymyśliłem tego, tylko gdzieś czytałem albo słyszałem) wcielenie, a wchodzący - asceza (jak sama nazwa wskazuje). Bo nikt nie wstąpił do nieba oprócz tego, który z nieba zstąpił. Natomiast zżymnąłem się na widok pierwszego zdania tekstu. Trudno mi i coraz trudniej patrzeć na chrześcijaństwo jako na religię. Niedawno o. Oszajca w wywiadzie dla Tygodnika Powszechnego powiedział za Rahnerem, że chrześcijaństwo właściwie religią nie jest, ze względu na zniesiony podział na sacrum i profanum (tu gdzieś kiedyś też o tym podziale mówiliśmy) i czytając to poczułem się swojsko.

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Blog redakcyjny”
Czy II Sobór Watykański odpowiedzialny jest za śmierć kultury zachodniej? Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie bez wahania udzielił ks. Jan Jenkins z Bractwa Piusa X w odczycie, który odbył się 10 stycznia w Instytucie Religioznawstwa UJ.
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Od dłuższego czasu (kilkadziesiąt lat) powszechną stała się w Polsce praktyka, iż kapłani uczestniczący w licznych nabożeństwach oraz w Eucharystii, którzy nie przewodniczą im ani (w przypadku Mszy) nie koncelebrują (a więc inaczej mówiąc, nie wykonują swojej funkcji kapłańskiej, a...
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Uczestnicząc jakiś czas temu w pewnej Mszy zacząłem zastanawiać się nad takim oto problemem. Pamiętamy, że udzielanie Komunii Świętej pod dwiema postaciami może mieć miejsce przez jedną z 4 form: 1. Przez bezpośrednie picie Krwi Pańskiej z kielicha po przyjęciu Ciała Pańskiego 2. Przez spożycie...

O autorze

Krucjata anty-omniańska

Tomasz Dekert

Mąż, ojciec dwóch córek i dwóch synów

Doktor religioznawstwa (UJ)

Wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie

Współpracownik Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego

Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne

Autor m.in. książki Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama, (WAM, Kraków 2007).  

M T W T F S S
 
 
1
 
2
 
3
 
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
 
 
 
 
Add to calendar

Najnowsze wpisy autora

Nowa era czyli o periodyzacji i "teologicznym punkcie widzenia"

2012-01-23

Krótko po świętach wpadł mi w ręce aktualny wówczas numer "Tygodnika Powszechnego". A tam znalazłem kolejny tekst J. Majewskiego, który tak mi zapadł w umysł, że do tej pory boli mnie wątroba. Czego to te ludzie nie wymyślą... więcej »

Choinka czyli o godności

2012-01-02

Mam sąsiada. Człowiek to ubogi duchem i ciałem, w rzeczywistości na skraju (albo i za skrajem) nędzy. Kawaler, od czterdziestu lat alkoholik, niedawno wyszedł z więzienia, gdzie trafił za to, co (i jak) krzyczał po pijaku, itd., itd... Patrząc z zewnątrz - dno totalne.  więcej »

Oto człowiek - ofiara i Król

2011-12-24

Dopiero niedawno odkryłem starą już, bo z 1995 r., płytę Jacka Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego (w śpiewie towarzyszyła im też Elżbieta Adamiak), pt. "Szukamy stajenki". Wstrzymywała mnie przed poznaniem jej generalna niechęć do funkcjonujących w naszej kulturze rozmaitych wariacji na temat Narodzenia Pańskiego. W tym do "tradycyjnych" (czyt. śpiewanych do womitu w polskich kościołach i przetwarzanych przez wszystkie możliwe odmiany popgwiazd) kolęd. więcej »

O muzyce w pewnej archidiecezji czyli kilka kwiatków

2011-12-17

Jakieś dwa tygodnie temu wchodząc do sklepu rzuciłem jak zawsze okiem na stojak z prasą stojący przy wejściu i z miejsca uderzył mnie tytuł na pierwszej stronie "Gazety Krakowskiej". Głosił: "Zły doradca kardynała". więcej »

Lubiane na Facebooku

Ostatnio na blogach