„Cnota grunt wszystkiemu” – rzekł Poeta, ale współczuję uczniowi, któremu na lekcji języka polskiego przypadłoby w udziale wytłumaczenie tego dostojnie brzmiącego słowa. Współcześnie najczęściej spotykamy je w takim kontekście, jaki przywołuje tytuł tego tekstu, co jednak niewiele mówi nam o rozumieniu cnoty głęboko zakorzenionym w tradycji Kościoła, szczególnie zaś w liturgicznym przeżywaniu Wielkiego Postu.
Myślę, że warto „odkopać” ten punkt widzenia, na który naprowadza nas nie tylko zepchnięta dziś na margines przedsoborowego błędu literatura moralistyczna, ale także Ewangelie i listy Pawłowe. Nie chodzi mi jednak najbardziej o systematykę cnót, która kształtowała topografię Boskiej komedii (a także wykład Wikipedii na ten temat). Ważniejsze wydaje mi się to, jak cnoty i wady rzeczywiście kształtują tożsamość chrześcijanina oraz na przykład co, oprócz skrętu języka, daje określenie wiary, nadziei i miłości cnotami teologalnymi.
By wskazać zainteresowanym drogę do mądrzejszych ode mnie, chciałbym przy okazji tych rozważań polecić książkę Nicholasa Thomasa Wrighta After you believe. Why christian character matters? Mnie osobiście pozwoliła ona bardziej zrozumieć problem tego, o jaki rodzaj nawrócenia chodzi Chrystusowi, a przez to stała się źródłem dobrych pomysłów na zagospodarowanie Wielkiego Postu.
Wright rozpoczyna swoją historię od wskazania pewnej luki, która dotyczy pytania, na czym właściwie polega życie chrześcijanina pomiędzy Chrztem a wiecznością. Niegdyś odpowiedź na nie wiązano ściśle z pojęciem cnoty (gr. areté, łac. virtus), przejętym jeszcze z myśli pogańskiej, oznaczającym nabytą trwałą dyspozycję do czynienia dobra. W tym sensie dyspozycje prowadzące do zła nazywa się wadami bądź nałogami. Cnotę miał formować w sobie każdy człowiek – dlatego też u każdego przyjmowała ona inną postać, jednak ze względu na wspólny cel: osobowy ideał Chrystusa.
Według autora Zachód stopniowo ulegał skłonności do poddawania życia w coraz większym stopniu zewnętrznym regulacjom (można zauważyć, że przejawem tego był np. rozwój kazuistyki). Wraz z rozwojem tradycji romantycznej, a później egzystencjalistycznej, do głosu dochodził drugi nurt, który podkreślał indywidualizm jednostki, pojmując dobre działanie jako zgodne z „wewnętrznym poruszeniem” i „wiernością sobie”. Te dwie postawy według Wrighta bardzo mocno przejawiają się w dzisiejszym chrześcijaństwie. Nawiasem mówiąc, ich przeciwstawienie organizuje często myślenie o tym, co w Kościele jest „wsteczne”, a co postępowe. Wright wskazuje, że są to tak naprawdę skrajności, natomiast nauczanie Jezusa sytuuje się pośrodku i wiąże się ściśle z kształtowaniem cnót, będących kluczem do rozwijania chrześcijańskiego charakteru.
Jedna z odpowiedzi na pytanie „Uwierzyłem. Co czeka mnie dalej?” jest charakterystyczna szczególnie dla polskiego katolicyzmu, mianowicie: „Ciągłe nawracanie się”. Jednak w całej swojej homiletycznej miodopłynności i poręczności wielu biblijnych cytatów, nie jest ona wystarczająca. Gdyby tak było, doskonałe życie chrześcijańskie polegałoby w gruncie rzeczy na niegrzeszeniu – a więc legalistycznym nieprzekraczaniu prawa. Często przyjmujemy ten ideał, wiążąc sakrament pokuty wyłącznie ze zrzucaniem z siebie grzechu. Wszak należy być w stanie łaski uświęcającej, rozumianej jako chrzcielna nieskazitelność, tak, by w razie „nieoczekiwanej kontroli” pokazać Bogu czyste ręce.
Co w tym złego? Zauważmy: jeśli przyjmiemy, że w chrześcijańskiej przemianie chodzi wyłącznie o nawrócenie, to tak naprawdę w naszym życiu wiary najlepsze już się zdarzyło – a my mamy przypilnować, by jak najmniej z tego utracić. Tak naprawdę nic nie stoi wtedy na przeszkodzie, oprócz ryzyka, żeby swoje sprawy z Bogiem uregulować tuż przed śmiercią (niekiedy bardzo dużo energii poświęca się, by to poczucie ryzyka uwypuklić). Tak wygląda mit złotego wieku w eklezjalnym mikrowydaniu. Swoją drogą mit dość nieefektywny: nie przynosi on odpowiedzi na to, w jaki sposób przechodzimy od dzieciństwa do pełni życia w niebie, w jaki sposób „pozbywamy się tego, co dziecięce” (1 Kor 11). Stąd chyba bierze się też wiele trudności w zrozumieniu, co właściwie w niebie będziemy robić: skoro zniknie okazja do grzechu, trudno też będzie namiętnie oddawać się niegrzeszeniu... Jednak Pismo Święte obala wspomniany mit: Chrzest jest dopiero początkiem – jeśli czas udzielony ci przez Boga wykorzystasz na konserwowanie tej łaski, czeka cię los tchórzliwego sługi z przypowieści o talentach. Życie wieczne polega natomiast w pewnym sensie na cieszeniu się tym, co mamy już teraz – radość z pomnożonych talentów pozwala nam wejść do „radości swego pana” (Mt 25,21). Gdy zrezygnujemy z bezpiecznego stanu przetrwalnikowego, stajemy jednak wobec nowego wyzwania, które wyraża się w ewangelicznym pytaniu: co mam czynić?
Drugą postawę, którą przedstawia Wright, bardzo dobrze ilustruje piosenka: Bóg kocha mnie takiego, jakim jestem. Autor After you believe zauważa, że coraz więcej chrześcijan, odrzucając legalizm, stawia na swoją naturalną skłonność do czynienia dobra. Przy tej okazji ukazuje się Jezusa jako pozbawionego jakichkolwiek wymagań Najlepszego Przyjaciela człowieka, przyjmującego go zawsze takim, jakim jest. Główną zasadą postępowania jest w tym przypadku „wierność samemu sobie” i „autentyczność” w każdej sytuacji. Harmonia życia z Jezusem wymaga w tym przypadku jedynie nastawienia, powiedzenia „tak”.
Jak można dostrzec, jest to kolejny mit – tym razem przenoszący człowieka od razu na drugą stronę chrześcijańskiego życia, czyli do zbawienia. Zgodnie z nim, Bogu podoba się nasze życie takim, jakim jest, a w dodatku nie oczekuje od nas niczego więcej.
Grzech nie jest problemem, najbardziej liczy się natomiast dobra wola bycia chrześcijaninem. Istotną konsekwencją takiego punktu widzenia jest założenie, że człowiek w swoim życiu duchowym jest już „w pełni sił” – rzeczywistość nieba przyniesie już tylko wyzwolenie od ziemskich niedogodności. Jemu samemu pozostaje natomiast wsłuchiwanie się w głos swoich wewnętrznych spontanicznych potrzeb. Nie musi nic w sobie zmieniać, a jedynie czekać na ostateczną odmianę świata.
Te dwie postawy, wiążące się z dwoma wspomnianymi mitami, mają pewien wspólny mianownik: skutecznie oddalają nas od spotkania z żywym Chrystusem i zadawania Mu szczerego pytania „Co mam czynić?” Stawiają nas natomiast bądź wobec zewnętrznego prawa, któremu mamy się podporządkować, bądź wobec naszych własnych pragnień. W obu przypadkach nie potrzebujemy pytać, skoro mamy już gotową receptę. Tak naprawdę nie pragniemy też poznać Chrystusa, gdyż oczekujemy od Niego bądź ściśle określonych zasad, bądź bezwarunkowej zgody na to, jacy jesteśmy.
Biblijna wizja daleka jest jednak od tych skrajności. W Starym Testamencie dobrze streszczają ją słowa proroka Izajasza, które pojawiają się często w liturgii Wielkiego Postu: „Przestańcie czynić zło! Zaprawiajcie się w dobrem!” (Iz 1, 16-17). Odwrócenie się od grzechu jest tylko początkiem, niezbędnym, ale nie będącym ostatecznym celem. O wiele ważniejsze jest dobro, które będziemy potem czynić. Taka zmiana optyki nie oznacza nieprzejmowania się grzechem (do czego prowadzi czasem współczesne chrześcijańskie „myślenie bezstresowe”), ale dostrzeżenie go czyni okazją do dobra (felix culpa?): wszak stara zasada ascezy mówi, że „wadę zwalcza się cnotą przeciwną”. Myślę, że takie „myślenie cnotami” to bardzo dobry sposób na odnowienie przeżywania Sakramentu Pokuty – zgodnie z nim otrzymane przebaczenie staje się ostatecznie nowym posłannictwem.
„Odrzucenie zła”, o którym mówi Biblia i liturgia Wielkiego Postu, nie jest tylko zaprzestaniem jego czynienia (odłożeniem na bok), ale odejściem w stronę dobra, pójściem wybraną drogą. Wydaje mi się, że łatwo ograniczyć się tylko do tej pierwszej części, by pozostawić sobie jak najwięcej otwartych możliwości. Niezdolność zdecydowanego wyboru to jednak wyraz nawet czysto ludzkiej niedojrzałości. Św. Jakub pisze: „Kto żywi wątpliwości, podobny jest do fali morskiej wzbudzonej wiatrem i miotanej to tu, to tam” (Jk 1,6). Również Bóg wymaga trwałego przylgnięcia do siebie – tę trwałość wyboru dobra w życiu wyrażają cnoty. Chociaż wiążą się one z rezygnacji z drogi grzechu, w zamian pozwala nam cieszyć się prawdziwym i dostrzegalnym wzrostem, wyznaczonym przez ich zdobywanie. Prawdę mówiąc, jest to chyba najbardziej zrozumiałe dla mnie wytłumaczenia, co tak naprawdę oznacza pojawiające się często w pasterskich ustach „postępowanie na drodze doskonałości”.
Myślę, że odwołanie się do pojęcia cnoty jako sprawności odzwierciedla tak naprawdę rzecz bardzo praktyczną – to, że każda umiejętność wymaga ćwiczenia, dłuższej pracy nad sobą. Nic, co cenne i trwałe, nie bierze się z samego chcenia (dlatego św. Paweł w Liście do Rzymian mówi, że to „wytrwałość rodzi wypróbowaną cnotę”). W After you believe autor opisuje przykład pewnego pilota samolotu pasażerskiego, który, znalazłszy się w niebezpiecznej sytuacji, uratował maszynę od rozbicia się. Wymagało to wielu czynności, które należało podejmować praktycznie bezrefleksyjnie, opanowanych podczas wielu rutynowych lotów. Mimo to, nie mamy wątpliwości, by takiego człowieka nazywać bohaterem – pomimo tego, że wszystkie te działania były automatyczne, wyuczenie się ich wymagało realnego, wieloletniego wysiłku.
Tymczasem prawo konsumpcji, przekładające się też na życie duchowe, żąda natychmiastowego efektu – choćby w postaci medytacyjnych fajerwerków pop-mistyki New Age. Jest to jednak ślepota na prostą prawdę o człowieku, w którym dobro nie jest po prostu wytworem pragnienia, ale owocem dojrzewania. Opisywanemu złudzeniu można łatwo ulec przy okazji pracy nad sobą związanej ze spowiedzią, przez co niewytłumaczalny staje się ciągły nawrót grzechu. Warto pamiętać, że często nie wystarczy po prostu intelektualne uznanie tego, że postanawia się nie grzeszyć, chociaż do tego skłania współczesna wiara w siłę Cogito. Zastanawia mnie, że podaje się wiele propozycji na to, jak wystrzegać się nieczystości, ale bardzo niewiele takich, które mówią jak praktykować czystość. Gdy mamy do czynienia z głęboko zakorzenioną wadą, potrzeba wysiłku włożonego w wykształcenie w sobie cnoty, która będzie nie tylko sposobem na wyzwolenie się, ale nową „zdobyczą”. O takie zdobycze, rozmnożone talenty, tak naprawdę chodzi – chrześcijaństwo nie jest religią ludzi, którzy wobec Boga zachowują „czyste konto”, ale takich, którzy „gromadzą sobie skarby w niebie” (Mt 6, 20).
Wright przywołuje w swojej książce pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju, by wskazać na pierwotne i nadal aktualne powołanie każdego człowieka do bycia kapłanem i władcą („priest and ruler”), które otrzymujemy w Chrzcie, a które przypomniał także Sobór Watykański II. Jest ono zupełnie niewytłumaczalne za pomocą dwóch wspomnianych mitów: ani niegrzeszenie, ani beztroskie podążanie za naturą nijak nie zbliża do bycia kapłanem i królem. Okazuje się, że na Królestwo Boże nie tylko trzeba zasłużyć, ale także się do niego dopasować. Po prostu potrzebne są do tego trwałe umiejętności – cnoty, a w języku Starego Przymierza „serce”. Jak słusznie zauważa Wright, taka wizja szczęśliwości przekracza wyobrażenia pogańskie: wieczne szczęście nie jest niezmiennym stanem (eudaimonia), który czasem narzuca nam się, gdy myślimy o Niebie, ale „nowym działaniem”, do którego potrzebne jest to, co anglikański duchowny nazywa „charakterem”, kształtowanym przez cnoty.
Właśnie charakter jest kluczem do zrozumienia, co oznacza „bycie podobnym do Chrystusa” – idea dosyć często pojawiająca się w kazaniach. Kiedy właściwie będziemy do Niego podobni? Zgodnie z postawą „spontaniczną”, już jesteśmy, zgodnie z legalistyczną – już byliśmy. Św. Jan natomiast odpowiada, że dopiero „będziemy do Niego podobni, gdy ujrzymy Go takim, jakim jest” (1 J 3,2). Ten proces zależny jest od naszego współdziałania z Bogiem, właśnie za pomocą cnót, formujących nasz charakter na wzór charakteru Jezusa, który ujawnia się w Ewangelii. Dlatego w poświęconym im rozdziale Katechizm przywołuje zdanie Grzegorza z Nyssy: „Celem życia cnotliwego niech będzie upodobnienie się do Boga” (KKK 1803). Spojrzenie na moralność chrześcijańską przez pryzmat cnót wydaje mi się o tyle istotne, że pozwala pogodzić indywidualność z przyjęciem konkretnego ideału – nie polega na byciu posłusznym jakimś zasadom, ale ukształtowaniu w sobie charakteru na wzór żywego Chrystusa, podążaniu za Mistrzem, nie zaś kopiowaniem Go. Jak wspomniałem wcześniej, cnota w każdym człowieku jest określona przez jego indywidualność, jest natomiast czymś jednym ze względu na osobowy cel, który łączy wszystkich chrześcijan, pozwalając każdemu z nich być sobą, a jednocześnie iść wspólną drogą.
Cnoty wymagają czasu i wytrwałości – tym trudniej przekonać się do ich praktykowania w czasach konsumpcji. Droga, którą wyznaczają, pokazuje jednak, że chrześcijaństwo może być religią charakteru, elitarną nie tyle ze względu na swoją niezrozumiałość czy abstrakcyjne wymagania, co na piękno człowieczeństwa najwyższej próby, ukształtowanego „na obraz i podobieństwo Boga”. Dlatego chciałbym jeszcze raz zachęcić do przeczytania książki After you believe, która pozwala odświeżyć punkt widzenia na to, do czego właściwie służy doczesność (a szczególnie Wielki Post) i co to właściwie znaczy być chrześcijaninem „z charakterem”.