Bracia w samych habitach spacerują przed klasztorem, siedzą na ganku, a na zajęciach nawet sami otwierają okna – rzecz niespotykana dotąd, bo przeze mnie otwarte były skwapliwie zamykane (no, jeden z braci był tu wyjątkiem, może dlatego, iż jest znad morza).
Widać idzie wiosna (niestety, niestety...). Ale po zajęciach z nowicjuszami (jak zawsze) czuję się lepiej, dzięki ich radości, żywotności, a nawet (czasami) zapału do nauki. Ich żarty (chociażby o sporej Minerwie), pomysły co do tłumaczenia, skojarzenia, bezpośrednie pytania, stałe frazy, które może przejdą do historii ich rocznika...
Och, Boże, spraw, żeby żaden z nich nie zginął...
Marcin Lómendil Morawski
Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras.
Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać.
Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek Early English Text Society, International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.
Komentarze
śr., 10.3.2010, 22:18
i żeby nie zaginął