Christianitas a kultura postchrześcijańska - inny punkt widzenia

2010-03-10

Jak pewnie wszyscy wiedzą, niecałe dwa miesiące temu (?) wyszedł najnowszy i jednocześnie jubileuszowy (10-lecie), numer "Christianitas". Jest w nim kilka tekstów pod wieloma względami inspirujących, pobudzających do refleksji, ale też do dyskusji. Jednym z tych ostatnich jest manifest programowy Piotra Kaznowskiego, nowego redaktora naczelnego, zatytułowany Christianitas a kultura postchrześcijańska.

Poniższy tekst nie jest polemiką, w każdym razie nie w tym sensie, jaki sugeruje źródłosłów tego terminu. Oczywiście z niektórymi tezami czy założeniami Piotra po prostu się nie zgadzam, staram się więc argumentować za innymi rozwiązaniami i niekiedy wyciągam inne wnioski. Moim celem nie było jednak pokazanie, że Autor artykułu się myli, ale raczej wskazanie na możliwość przyjęcia nieco innego punktu widzenia. Nie interesuje mnie kłótnia, ale, jeśli można tak to nazwać, dyskusja konstruktywna. Nie będąc jakoś głębiej filozoficznie wykształcony niektóre kwestie z artykułu Piotra rozumiałem raczej intuicyjnie. Mam jednak nadzieję, że na tyle go pojąłem, iż nie rozpoczynam teraz dyskusji z tezą, którą sam sobie wymyśliłem.  

Nie będe streszczał całego tekstu, jest dostępny w sieci, każdy więc może go przeczytać (polecam!), skupię się tylko na tym wątku, który w moim odczuciu jest dyskusyjny. Stanowi go relacja pomiędzy chrześcijańską Veritas, a kulturą (kulturami), w której się ona wyrażała i dalej wyraża. Jeśli dobrze rozumiem całościowy zamysł Autora jest to poniekąd wątek centralny, ponieważ jego rozwinięcie implikuje sposób mówienia o sytuacji współczesnej, możliwość jej diagnozowania i pewne przyszłościowe postulaty czy recepty. Wydaje mi się, że wspomnianą relację można ująć w nieco inny sposób – moim zdaniem bardziej historycznie adekwatny. Wpłynie to oczywiście na wnioski, jakie można z niej wyciągnąć jeśli chodzi o współczesność.

Punktem wyjścia w artykule Piotra jest z jednej strony opisywana z punktu widzenia uniwersum myśli filozoficznej (które jest swojego rodzaju kanarkiem w kopalni) rzeczywistość zerwania, postępująca w naszej zachodniej kulturze co najmniej od początku ery nowożytnej, a z drugiej problem stosunku Kościoła do tejże kultury. Ten ostatni został zarysowany przez Ojców Vaticanum II, którzy pomimo świadomości wagi pytania o możliwość „popierania dynamizmu i szerzenia się nowej kultury” tak, żeby nie zanikła „żywotna wierność tradycji”, optymistycznie założyli, że Kościół „potrafi nawiązać łączność z różnymi formami kultury, przez co bogacą się zarówno sam Kościół, jak i różne kultury” (Gaudium et Spes). Jak pisze Piotr, pytanie o zachowanie tradycji pozostaje w mocy, gdyż “większość reform posoborowych pokazała, iż Kościół w zaskakująco szybkim tempie przesiąka raczej 'nową kulturą', niż ubogaca ją swoją tradycją. W ten sposób katolicy, którzy jako jedyni we współczesnym świecie posiadają (…) testatora swojego dziedzictwa w postaci nieprzerwanej sukcesji apostolskiej, nieomylnego Magisterium Nauczycielskiego i Liturgii dotykającej wydarzenia Krzyża, zostali doświadczeni tym samym zerwaniem i wydziedziczeniem, co otaczająca ich kultura”[1]

Źródłowy obrazem, który służy Piotrowi do ukazania właściwej relacji chrześcijaństwa (jego Veritas) do kultury, jest sytuacja transformacji kultury grecko-rzymskiej dokonująca się pod koniec antyku (jej efektem jest powstanie Christianitas). Jak pisze:

"Uczniowie Chrystusa posłani w świat zawsze będą głosić Królestwo non de mundo hoc, nie z tego świata, a świat w obliczu chrześcijaństwa zawsze powtarzać będzie piłatowe pytanie quid est veritas?. Piłat, ucieleśniający imperium Romanum reprezentuje zasadę ex hoc mundo: 'prawda' należy do tego, kto ma władzę. Logikę tę odwraca Jezus - rzeczywistą władzę sprawuje ten, kto zna prawdę, a ściślej: Ten, który jest Prawdą (J 14,6).

Ojcowie Kościoła, stanąwszy wobec tego paradoksu, doszli do wniosku, że pogańskie logoi nie mogą być sprzeczne z boskim Logosem, o ile zgodne są z Prawdą, ponieważ ten sam Bóg jest Stwórcą natury i Dawcą Objawienia. Co więcej, skoro logos sarks egeneto, Słowo stało się ciałem, Boża Prawda musi być wyrażona poprzez widzialną kulturę: zapis Objawienia - Septuaginta i Nowy Testament - utkany został nieodwołalnie z greckiego języka, 'wchłaniając' cały jego bagaż znaczeń. Należy wyraźnie zdać sobie sprawę z radykalizmu myślenia Ojców: Logos obecny już w historii jako jej Kyrios wybrał, 'gdy nadeszła pełnia czasów', kairos swojego przyjścia. Wcielenie Logosu nastąpiło więc, gdy 'ciało' kultury było gotowe do wyrażenia Jego Prawdy, tak by można ją było przekazać 'wszystkim narodom', to znaczy wtedy, gdy wiarę można już było w pełni pomyśleć. Mówienie w tym kontekście o 'hellenizacji chrześcijaństwa' jest tylko złudzeniem optycznym, ponieważ po Wcieleniu, jak mówi św. Paweł, 'nie ma już Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus' (Kol 3,11). Nie można młodego wina wlać do starych bukłaków - stara kultura musiała ulec istotnej transformacji, by przyjąć Dobrą Nowinę. To Grecy odegrali rolę praeparatio evangelica, a nie, jak często przychodzi nam myśleć, chrześcijaństwo stało się wehikułem 'klasycznej myśli greckiej'."[2]

Z jednej strony jest to ujęcie bardzo mi bliskie. Myślę tu szczególnie o rozumieniu Wcielenia nie tylko jako jednostkowego wydarzenia historycznego, ale jako zjednoczenia się Syna Bożego ze wszystkim co ludzkie ("z wyjątkiem grzechu" – Hbr 4,15), a więc i z właściwym dla człowieka "istnieniem kulturowym". Koresponduje ono bardzo wyraźnie z Cyryliańskim ujęciem Wcielenia jako unii hipostatycznej (henosis kath' hypostasin), zgodnie z którym nie polega ono - jak chcieli Teodor z Mopsuestii czy Nestoriusz - na zjednoczeniu osób, lecz na przyjęciu przez drugą Hipostazę Trójcy za własną ludzkiej natury (por. Drugi list Cyryla do Nestoriusza 3-4)[3]. Pierwsze z tych ujęć ograniczałoby inkarnacyjną relację pomiędzy Synem Bożym i człowiekiem do zjednoczenia się tego Pierwszego wyłącznie z jednym, konkretnym, historycznym człowiekiem; drugie otwiera możliwość mówienia o Wcieleniu jako rzeczywistości dynamicznej, wykraczającej poza czasowy moment przyjścia Chrystusa. Inaczej mówiąc, może ono implikować stwierdzenie, że Wcielenie to coś, co objęło sobą całą przeszłość, dokonywało się ciągle aż do naszych czasów i ciągle się dokonuje. Natura ludzka, której wszyscy jesteśmy partycypantami, została obdarzona potencjalnością zjednoczenia się z naturą boską. Chrześcijanie to ci, którzy dostali od Chrystusa przykazanie, aby tę potencjalność w świecie aktualizowali.

Wydaje mi się jednak, że ujęcie, które uwidacznia się w zacytowanym powyżej tekście, a które ma swoje implikacje dla postrzegania sytuacji współczesnej, aczkolwiek odnosi się do Wcielenia i jego kulturowego wymiaru, nie wyciąga z niego wszystkich konsekwencji. Stoi za tym w moim odczuciu bardzo charakterystyczny dla rozwiniętej postaci zachodniego chrześcijaństwa wielopoziomowy subtelny dualizm, polegający na przekonaniu, iż boska Veritas, choć przejawia się za pomocą "ciała" kultury, jest możliwa do wyabstrahowania z tegoż. Myśląc o relacji Prawdy do kultury myślimy najpierw o abstrakcyjnych pryncypiach i poprzez nie oceniamy konkret[4].

Takie semidualistyczne podejście ocenia kulturę jako pasującą bądź niepasującą do Prawdy. Tylko trzymając się tego klucza można powiedzieć, że kultura hellenistyczna późnego antyku stanowiła odpowiednie “ciało” dla wcielającej się boskiej Veritas, ponieważ pozwalała na pomyślenie wiary. Patrząc na skomplikowane i wielokierunkowe relacje tego zaczynu jakim było pierwotne, palestyńskie judeochrześcijaństwo – samo przecież stanowiące bardzo konkretny twór kulturowy, wpisujący się w wewnętrzne religijne zróżnicowanie ówczesnego żydowskiego społeczeństwa – z całym uniwersum religijno-kulturowym późoantycznego świata, teza ta jawi się jako mocno nieprecyzyjna.

Przede wszystkim zapoznaje ów pierwotny żydowski kontekst, którego żywot nie skończył się wraz z podróżami Pawła i „goizacją” (w sensie etnicznym) chrześcijaństwa. To wcale nie kultura/myśl grecko-rzymska stanowiła pierwotne „ciało” chrześcijańskiej Prawdy, lecz z jednej strony żydowska tradycja egzegetyczna i apokaliptyczna, a z drugiej judaizm hellenistyczny. I nie jest tak, że chrześcijaństwo te rzeczy przejęło od judaizmu, chrześcijaństwo na początku było judaizmem, jednym z fenomenów wynikających ze specyfiki Spätjudentum. Z biegiem czasu rzeczywiście w głównym nurcie zaczął dominować wątek grecki (w wydaniu hellenistycznym, nie zaś helleńskim, co też jest znaczące) – dochodzi do tego w sposób płynny, związany z ekspansją terytorialną chrześcijaństwa i jego utrwalaniem się na konkretnych terenach.[5] Zarówno jednak w pierwszej fazie, jak i w następnych Prawda wypowiada się zawsze w jakiejś określonej postaci – danej dla środowiska, miejsca, różnych odcieni kulturowych. Mało tego, nie ma do niej dostępu poza tymi sposobami jej wyrażania się. I w tym sensie, „hellenizacja chrześcijaństwa” (notabene, termin ukuty bodaj przez Adolfa von Harnacka w odniesieniu do gnostycyzmu) nie jest złudzeniem.

Zdanie z Listu do Kolosan, o tym, że nie ma już Żyda, ani Greka nie oznacza bowiem bynajmniej zniesienia różnic kulturowych, nie o to w nim chodzi. Wcielenie nie niwelowało cech charakterystycznych natury ludzkiej (m.in. słabości, możliwości podlegania cierpieniu itd.). Na poziomie kulturowym mamy coś podobnego. Ojcowie nie dlatego akceptują pogańskie logoi, że porównali je z Prawdą i stwierdzili, że nie stoją one w sprzeczności z Logosem. W pewnym sensie nie przychodzi im nawet do głowy, że mogliby owe logoi odrzucić – to są ich kategorie, ich język, ich obraz świata, baza intersubiektywności w dialogu z resztą świata. Widać to może szczególnie mocno na paradoksalnym przykładzie Tertuliana, który w De praescriptione hereticorum odsądza od czci i wiary filozofię widząc w niej przyczynę herezji, a w Adversus Praxean pisząc o Trójcy nie jest w stanie uwolnić się od wyznawanego przez siebie stoickiego światopoglądu. W tym świetle można też czytać Orygenesa, Augustyna i innych, którzy wyrażając niekiedy słowa silnej krytyki w stosunku do świata myśli pogańskiej (jakiś jej aspektów), albo nawet zauważając jej niewystarczalność jeśli chodzi np. o Chrystusa, w rzeczywistości są w nim praktycznie bez reszty zanurzeni i z jego wnętrza mówią o Prawdzie. Wskazują na to również podejmowane co najmniej od Tacjana próby ujęcia filozoficznego dorobku Greków jako praeparatio evangelica – były one podejmowane przez ludzi, dla których ów dorobek był jakoś „pierwszym językiem”, jakim mówili, nawet jeśli podchodzili do niego krytycznie, albo nawet negowali.

Nie wydaje mi się adekwatne stwierdzenie, że kultura grecko-rzymska (abstrahując od dyskusyjności używania tego terminu w aktualnym kontekście) musiała ulec transformacji, aby przyjąć Dobrą Nowinę. Transformacja doszła do skutku, ponieważ Grecy i Rzymianie przyjęli Dobrą Nowinę (przekazaną im za pośrednictwem kodu kulturowego tylko częściowo kompatybilnego z ich własnym) i wypowiadając ją, ujmując we własnych kategoriach, ostatecznie stworzyli – nieintencjonalnie i nie bez silnych problemów i perturbacji (co moim zdaniem kwestionuje tezę o tym, że ich kultura była „właściwa”, „pasująca” dla Wcielenia) – podwaliny pod Christianitas. Zaryzykowałbym tezę, że nie ma innej drogi transformacji kultury niechrześcijańskiej w chrześcijańską. Pytanie, co z postchrześcijańską.

W konkluzji swojego tekstu Piotr powtarza, iż ta forma kontaktu z kulturą i mentalnością współczesną, której możliwość optymistycznie przyjęli Ojcowie Vaticanum II, eufemistycznie rzecz ujmując nie zdała egzaminu. Jak rozumiem chodzi o to, że kultura chrześcijańska uległa skażeniu. „O ile Apostołowie i Ojcowie mogli progresywnie przetworzyć kulturę Greków i Rzymian, o tyle dziś nie da się przetworzyć kultury postchrześcijańskiej bez powrotu do sposobu myślenia i życia istotnie chrześcijańskiego”[6]. Zgadzam się z drugą częścią tego zdania, ale z pierwszą już nie. A jest to ważne dla recepty przepisywanej przez Piotra, zgodnie z którą „Jedyną rzeczywistością we współczesnej kulturze Zachodu nieskażoną postchrześcijaństwem jest Liturgia Rzymska (w jej starszej formie)”[7] I to ona ma być medium dla “sposobu myślenia I życia istotnie chrześcijańskiego”. Tym, co do czego, w kontekście moich powyższych dywagacji mam wątpliwości, jest imperatyw poszukiwania jakiejś rzeczywistości “nieskażonej” aktualnym stanem mentalności i kultury. Z punktu widzenia historii relacji pomiędzy Prawdą chrześcijaństwa a kulturą taka rzeczywistość na poziomie ludzkim nie istnieje. Mało tego, w pewnym sensie wyklucza ją logika Wcielenia. Nie musi ona istnieć, aby możliwa była transformacja kultury: “Apostołowie i Ojcowie” dokonali jej nie inaczej jak tylko w sobie samych jako Grekach i Rzymianach, z wszystkimi pozytywami i negatywami tego faktu. 

Ze stwierdzenia wyłączności dawnej Liturgii Rzymskiej wynika oczywiście negatywne określenie nowej Liturgii Rzymskiej. Nie zamierzam przeczyć temu, że jest ona “skażona” wykorzenioną mentalnością postchrześcijańską, być może – jak twierdzą niektórzy (a ja za słabo się na tym znać, żeby się zgodzić lub zaprzeczyć) – już na poziomie nigryk, a na pewno na poziomie “wykonawczym”. Jednocześnie jednak jest to liturgia, w której ogromna większość katolików, razem z ich (naszą) znajdującą się w stanie kryzysu mentalnością i kulturą, nakierowuje się na Chrystusa i celebruje ofiarę Jego Krzyża oraz tajemnicę Zmartwychwstania i ma udział w Jego Ciele i Krwi. I moim zdaniem nie jest racją, że nie transformujemy przez to w nas samych naszej postchrześcijańskiej kultury. Gdyby tak było, Kościół już by nie istniał. A to, że nie jest to na ogromną skalę widoczne, że nie tworzymy  wspaniałej i imponującej Christianitas ? No cóż, “Królestwo moje nie jest z tego świata”.

 


[1] P. Kaznowski, Christianitas a kultura postchrześcijańska, "Christnianitas" 43(2010), s. 8.

[2] P. Kaznowski, Christianitas a kultura postchrześcijańska, dz.cyt., s. 9.

[3] Zob. Dokumenty Soborów Powszechnych, t. 1, red. A. Baron, H. Pietras, Źródła Myśli Teologicznej 24, Kraków 2001, s. 113-114.

[4] Ma to swój analogon w naszej tradycyjnej antropologii: troszczymy się o duszę, ciało traktując jako zło konieczne, jako coś, co musi się do owej duszy dopasować. To dusza jest centrum naszej tożsamości, to przede wszystkim jej pośmiertne losy opisuje nasza eschatologia. I w tym momencie możemy zadać pytanie, czy ta analogia nie kwestionuje już takiego charakteru relacji Prawda-kultura, jaki wynika z ostatnich zdań cytowanego tekstu. Czyż nie jest to bowiem platoński system wartościowania, którego próżno byłoby szukać z Nowym Testamencie? Czyż nie wskazuje na zdominowanie dyskursu chrześcijańskiego przez kategorie wyrosłe w pogańskiej rzeczywistości religijno-kulturowej, które w okresie najbardziej intensywnego kształtowania się teologii chrześcijańskiej konstytuowały najbardziej wpływową koncepcję antropologiczną?

[5] Notabene, warto zwrócić uwagę na fakt, iż Prawda chrześcijaństwa prawie od samego początku jego istnienia wypowiadała się z powodzeniem również w językach i kodach kulturowych, które pomimo obecnego w nich z powodów historycznych elementu greckiego, zdecydowanie różniły się od tych, które klasyczną kulturę grecko-rzymską konstytuowały. Myślę tu przede wszystkim o chrześcijaństwie syryjskim i egipskim. To zapoznanie jest powiązane z historycznie nieuprawnionym romano- i europocentrycznym rozumieniem chrześcijaństwa. Katolicy wcale nie jako „jedyni” cieszą się nieprzerwaną sukcesją apostolską i tradycją liturgiczną (i na tym tle decyzję o nieomylności papieskiej można postrzegać jako epifenomen logiki zerwania, rozumianej w kategoriach ogólnochrześcijańskich, a nie tylko europejskich). W Europie zachodniej może i owszem – nie licząc diaspor Kościołów Wschodnich – ale przecież chrześcijaństwo nie równa się Europa/kultura europejska.

[6] P. Kaznowski, Christianitas a kultura postchrześcijańska, dz.cyt., s. 12.

[7] Ibidem.

 

Komentarze

Po (za) długiej przerwie

Przepraszam za długie milczenie. Beato, jakkolwiek nie podzielam części Twojego negatywnego odbioru tekstu Piotra, wydaje mi się, że w dwóch co najmniej miejscach trafiłaś w sedno. Raz to identyfikacja liturgii z dziedzictwem (jej "testatorska" rola jest silnie zapośredniczona w znaczeniu jakie katolicyzm nadaje Magisterium), a dwa to odróżnienie działania wbrew testamentowi od braku tegoż. Jeśli chodzi o pojęcie świata w dyskusji z Michałem to może rzeczywiście nasz mały spór wynikał z innego jego rozumienia. Ale chyba ostatecznie zdefiniowaliśmy - choć nie wprost - w którym miejscu się rozjeżdżamy :) Nigdy nie spotkałem się z żadną próbą spojrzenia na dogmat chalcedoński przez pryzmat współczesnej psychologii. Myślę, że dużym problemem byłby tu "bablizm" psychologii i implikowane przez niego pytanie, na jakiej szkole/nurcie/ trendzie itp. miałaby oprzeć się taka próba. (Osobiście wydaje mi się, że najciekawsze byłoby ujęcie oparte na ortodoksyjnej jungowskiej psychologii głębi, ale wiadomo, że ma ona swoje obciążenia.) Natomiast jedna rzecz w wypowiedzi Szymona jest dla mnie bardzo ważna, a w tekście udało mi się o niej tylko wspomnieć. Nasze czasy o tyle nie różnią się od takiego np. V w., że tak samo jak wówczas musimy wypowiadać Prawdę naszej wiary naszym własnym językiem i językiem naszej kultury. Nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek istniał język, który w 100 % do tej Prawdy pasował, tj. był w stanie ją rzeczywiście ująć. Każdy język, nawet ten ze sformułowań dogmatycznych, jest nie taki, narażony na zniekształcenia itd. A jednak nie ma innej możliwości, jak go używać. To jest paradoks Wcielenia - połączenie tego, co z zasady jest niemożliwe do połączenia.

Skupię się może na jednym

Skupię się może na jednym wątku tekstu Piotra Kaznowskiego, który zafrapował mnie szczególnie, a mianowicie relacji pomiędzy człowiekiem wierzącym a współczesną kulturą (punkt wyjścia obserwacji Tomka Dekerta, ale trochę inny kierunek refleksji). Mianowicie zastanawiam się nad tym, w jaki sposób można dziś głosić Ewangelię, nie podejmując dyskusji ze współczesną myślą filozoficzną, psychologią, socjologią, fizyką (bo o ile rozumiem to właśnie jest kultura współczesna, także w wersji "popularnej"). Pomyślmy np. o psychologii. Gdy sięgamy chociażby po współczesne koncepcje natury ludzkiej, rodzi się pytanie w jaki sposób rozumieć orzeczenie Soboru w Chalcedonie o dwóch naturach. Oczywiście nie nawołuję do tego, żeby odrzucać teraz Chalcedon, ale o to, aby się zastanowić jak współczesna psychologia, której przecież nie można lekceważyć (jak i Ojcowie nie lekceważyli współczesnych sobie koncepcji osoby ludzkiej), ma się do dogmatu chalcedońskiego. O ile wiem do dziś nie ma nawet próby podjęcia takiego zagadnienia (jeśli się mylę, to proszę o informację bibliograficzną). Żeby pokazać jak bardzo psychologia jest zakorzeniona we współczesnej mentalności i współczesnej kulturze nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Analogiczne przykłady można przytaczać z innych dziedzin. Ten sposób podejścia (czyli konfrontowania orzeczeń Tradycji ze współczesnością) praktykowany był owocnie także w średniowieczu (tłumaczenie "Koranu" na zlecenie Piotra Czcigodnego czy zmagania Tomasza z Arystotelesem). Przynosiło to także korzyści, o ile można użyć tego słowa, równie wymierne, jak zmagania Ojców w antyku. Ostatecznie to próba zrozumienia drugiego, innego, jest "nie z tego świata".

Szymon Hiżycki OSB

Zawzięłam się i przeczytałam. I nie wiem, czy nie żałuję.

Przeczytałam tekst Tomka, a przedtem – zgodnie z jego zaleceniem – tekst, do którego się odwołał. Ojojojojoj... Nie mam specjalnego przygotowania, a, jak sądzę po efekcie lektury, w ogóle nie mam przygotowania, by zgłębiać artykuły w „Christianitas” i podejmować rozmowę na ich temat. Więc będzie zrzędzenie. Pierwszym efektem pierwszych zdań jest bowiem wewnętrzny jęk – dotyczący języka (czy jak ktoś chce mówić mądrze, to musi koniecznie mówić zrozumiale tylko dla bardzo, bardzo nielicznej części populacji?), jak i innych kwestii. Braki w lwiej części leżą po mojej stronie. Nie znam wyjściowych lektur oraz pojęć (o "testamentach"). Podejmuję więc próby zrozumienia nieco na ślepo. Jednak wydaje mi się, że tekst zawiera też sprzeczności i zawikłania, z powodu których czytelny być po prostu nie może. Jest też tekstem programowym, a nie analitycznym. Ale czy to te zmącenia usprawiedliwia? Na swój użytek próbuję sobie przetłumaczyć pojęcie „testament” oraz „dziedzictwo” (choć to ostatnie już trudniej – wcale nie mam przekonania, że jest jasne, co jest dziedzictwem, ale rozumiem, że jest jasne dla większości czytelników). Pojęcie „testator” natomiast jest przeraźliwie poplątane, nieczytelne i nielogiczne. „katolicy (...) posiadają (...) testatora swojego dziedzictwa w postaci nieprzerwanej sukcesji apostolskiej, nieomylnego Magisterium Nauczycielskiego i Liturgii dotykającej wydarzenia Krzyża”. Cóż, mnie Liturgia wydaje się częścią dziedzictwa. Magisterium i sukcesja apostolska – wyrazem testamentu (najlepsze jest to, że sukcesja to przecież także dziedziczenie - czy nie było pojęcia sukcesji tronu?- co zaś znaczy tu i teraz – mam nadzieję, że wie choćby autor tekstu). Nawiasem mówiąc, cóż to jest „Magisterium Nauczycielskie”, proszę, niech mi ktoś mówiąc powie! Pojęcia „testamentu” i „dziedzictwa nie poprzedzonego testamentem” tłumaczę sobie łatwiej. Powołane na wstępie cytaty sugerują wyższość dziedzictwa „z testamentu”. Czy zatem testament znaczy tutaj – „następstwo świadome swego dziedzictwa i jego przekazania”? Z historycznymi skutkami prawdziwych testamentów różnie bowiem bywało (tu myślę o testamencie Bolesława III, np.). Testament nie tylko bowiem wskazuje – co, ale też wybiera - kto. Wskazuje, kto dostaje co, i kto przekazuje. Testament w tekście to zatem, jak rozumiem, pewien umowny i idealny stan. Stan świadomości, co otrzymujemy. A także chyba: od kogo otrzymujemy. Cytat z Hanny Arendt jest tu najbardziej przekonujący, ale nie wiem, czy diagnoza dziedzictwa bez testamentu „na naszym rynku” naprawdę jest trafna. Czy naprawdę mamy stan, gdy „coś jest”, coś nam się dostało, ale nie wiemy, co to jest i od kogo? Stan, który, jak rozumiem, nazywa się „świadomością zerwania”? Nawet patrząc na Zachód (czyżbym do niego nie należała?) widzę odrzucenie dziedzictwa, a więc działanie w b r e w testamentowi, a nie – w jego braku. Nie ma co płakać, że dziedzictwo jakieś jest, ale nam do niego nie dali planu i przewodnika. Plan i przewodnik jest. A jak się nie chce komuś nauczyć czytać plany, to już zupełnie co innego. Nie mam konkluzji. Moim zdaniem nie da się rozmawiać i tworzyć myślowych konstrukcji, nie precyzując i nie rozróżniając pojęć – w tym wypadku: testamentu, testatora i dziedzictwa. Ba, jest jeszcze (nienazwany w tekście) dziedzic – i jego postępowanie wobec dziedzictwa właśnie. Może ono jest najistotniejsze? Kolejne zrzędzenia wobec tekstu artykułu w „Christianitas” to np.: Nie mam wrażenia, że pytanie Piłata niesie wprost przesłanie wskazane w artykule. Piłat zadaje pytanie relatywistów, natomiast postępuje po prostu jak ktoś, kto ma ziemską władzę. Dla Piłata prawda jest mniej ważna od władzy – ustępuje jej „in hoc mudo”, w tej właśnie perspektywie, w której działa. Piłat więc nie widzi Prawdy, nie zaś prawdą rządzi. Ale to co innego, to interpretacja postaci Piłata. Wspomnę też o przypisie, w którym: „nie mamy już możliwości zinterpretowania św. Jana z punktu widzenia Heraklita” – jakie „już”? nigdy nie mieliśmy! Kolejne i chyba istotne niejasności: Według autora Postęp to byt (pojęcie?) chrześcijańskie („bez Objawienia nie pojawiłyby się w myśleniu...”). Doprawdy? Skąd on to wziął? No i może by tak wyjaśnić, cóż są owe „byty” – albo takich słów nie używać? (bo to chyba nie ogólniki, ale kto wie?) „O ile Apostołowie i Ojcowie Kościoła mogli progresywnie przetworzyć kulturę Greków i Rzymian, o tyle dziś nie da się przetworzyć kultury postchrześcijańskiej bez powrotu do sposobu myślenia i życia istotnie chrześcijańskiego” – to jest oczywiście manifest programowy, a nie zdanie logicznie zbudowane. Nie pojmuję jednak i budzi mój wewnętrzny sprzeciw „progresywne przetwarzanie” przez Apostołów i Ojców Kościoła kultury Greków i Rzymian. Pojecie postępu ciąży autorowi wyraźnie, waży chyba na jego sposobie myślenia (a przecież powinien być młodszy ode mnie i wychowany mniej oświeceniowo), choć chciałby powrotu. Kochani, w wypadku postępu to jest tak, że nie ma w nim powrotu do minionego! Postęp mógłby np. sprawić, że przyjdzie nowa idea, nie-chrześcijańska i nie-postchrześcijańska, i to ona „progresywnie przetworzy” to, co zastała. I, żeby się czepiać „do imentu” stwierdzę, że lejtmotyw jest dla mnie dziwnym tworem językowym. Przyzwyczaiłam się do Leitmotivu i do jego wymowy też. Tomku, Twój tekst w stosunku do poprzedniego jest bez wątpienia przykładem jasności wypowiedzi, w tym nawet „Chrześcijanie to ci, którzy dostali od Chrystusa przykazanie, aby tę potencjalność w świecie aktualizowali”. A dyskusja twoja, Tomku, z Panem Michałem? Wydaje mi się, że oczywiście, nawracają się ludzie, nie „świat”, i ludzie, a nie „świat” będą zbawieni. Ale obaj plączecie chyba - tj. nie definiujecie – pojęcia „świata”. I jeszcze wypadałoby zważyć, że to ludzie tworzą kulturę, więc jeśli się nawrócą, to i ona się zmieni – po prostu, „kultura nawróconych (dziedziców)” nie może być taka sama, jak kultura „tych, którzy dziedzictwa nie przyjęli”. A czy żyjemy w świecie jak z II i III wieku? Ciekawe, o wrażeniu pogańskości współczesnego świata chyba wspominałam. Spojrzałam i przestraszyłam się. Przepraszam za długość komentarza. Masz za swoje.

Do słowa "niebezpieczna"

zgadzam się w 100%, nawet miałem się zastrzec, że nawracać w sensie ścisłym można tylko ludzi. Potem się rozjeżdżamy w widzeniu świata. Zresztą ja nie mówię o Kościele Posoborowym, a czymś sięgającym jeszcze wcześniej, może początków nowożytności.

Świat jest pojęciem abstrakcyjnym

Świat de facto nie może się nawrócić. Nawrócić mogą się ludzie. Jeśli nawróci się świat to będzie to zawsze pusta skorupa, która wcześniej czy później pęknie. Celem chrześcijaństwa nie jest nawrócenie świata, ale ludzi. A to, moim zdaniem, bynajmniej nie musi się łączyć z widocznym na dużą skalę przekształceniem kultury (np. w przyjęciu przez świat szeroko rozumianej polityki ścisłej chrześcijańskiej hierarchii wartości, albo z uwikłaniem się władzy duchownej w struktury władzy świeckiej. Tzn. oczywiście może się coś takiego zdarzyć, ale jest to sprawa drugorzędna, wtórna, a czasem powiedziałbym nawet, że niebezpieczna. Nawrócenie ludzi musi się natomiast wiązać z przekształceniem kultury w małej skali, w skali grup. To znaczy, wcale nie musi, po prostu się wiąże. Co do cytatu to ja nic nie usprawiedliwiam, nie tłumaczę się za jego pomocą, nie czuję takiej potrzeby. Może coś źle sformułowałem, ale ten cytat nie ma tłumaczyć niedoborów chrześcijaństwa posoborowego, tylko wyraża moje generalne zdanie na temat tego, że ambicją chrześcijaństwa nie jest (nie ma być) przekształcanie struktur, społeczeństw itd. A więc ów brak jaskrawej widoczności jest czymś moim zdaniem normalnym, prawidłowym itd. Aha, jeśli Cię o coś niesłusznie oskarżyłem, to przepraszam :)

Nie przypisuj mi poglądów Piotra,

a tym bardziej nie przypisuj mi poglądu, że Christianitas była nawróceniem świata (była tylko lepszym narzędziem niż obecne... narzędzia), a już najszczególniej nie rób ze mnie komunisty. Przykład z butami nie tyczył ludzi, ale porządków (pewnie powiesz, że buty to nie porządki). "Nie chodzi mi o żadne usprawiedliwianie nadprzyrodzonością słabości tego, co tu". Jak więc rozumieć - w kontekście reszty wpisu - użycie takiego cytatu w ostatnim zdaniu?

Michale

świat już się raz nawrócił, nie wiesz? I co z tego? Padło, bo kilku złych księży liturgię zmieniło? A ludzie to nie buty. Nie chodzi mi o żadne usprawiedliwianie nadprzyrodzonością słabości tego, co tu. Po prostu nie wierzę w możliwość i sens stworzenia przez upadłą ludzkość Królestwa Bożego na ziemi.

Mówieniem o nadprzyrodzoności (np."Królestwo nie z tego świata")

można próbować usprawiedliwić sferę przyrodzoną (np. kiepskie zarządzanie, brak widocznego wpływu na kulturę), ale to nie ma sensu. To tak jakby mówienie o złym wykończeniu butów podsumować, że jednak materiał na podeszwy jest dobrej jakości. No i co tego, że materiał jest dobry, skoro mowa była o jakości wykończenia? To fajnie, że można poprzekształcać swą kulturę osobistą, ale dobrze byłoby zauważyć, że chrześcijaństwo ma charakter misyjny i powinno wykorzystywać środki, które sprawią, że świat dostrzeże Boga i się nawróci.

Nie napisałem,

że nie widać. Napisałem, że nie jest to na ogromną skalę widoczne. Różnica jest zasadnicza. W pewnym sensie nasza sytuacja jest podobna do tej z II i III w., choć oczywiście ówcześni chrześcijanie nie mieli do czynienia z antychrześcijańskimi resentymentami. W rzeczywistości Kościół w Europie nie leży teraz na wielkich wspólnotach, na sieciach parafii, diecezjach - oczywiście w sensie organizacyjno-instytucjonalnym tak - ale na wspólnotkach, grupkach, ruchach obserwanckich w obrębie zakonów (nielicznych ilościowo), duszpasterstwach itd. Tam, gdzie wiara jest żywa, tam dochodzi do transformacji kultury. Nie jestem pewien o co Ci chodzi z mieszaniem porządków. Chciałbym tylko zauważyć, że jeśli trzymamy się kategorii Wcielenia, to trzeba te porządki rozpatrywać w odpowiedni do tego sposób, a więc w tym kluczu, że porządek nadprzyrodzony przyjmuje za swój porządek naturalny.

Mieszanie dwóch porządków - nadprzyrodzonego z naturalnym

Przekształcamy kulturę, ale tego nie widać... Czyli chyba jednak nie przekształcamy (choć dzięki Bogu nie sprawia to, że Kościół się kończy).

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Blog redakcyjny”
Czy II Sobór Watykański odpowiedzialny jest za śmierć kultury zachodniej? Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie bez wahania udzielił ks. Jan Jenkins z Bractwa Piusa X w odczycie, który odbył się 10 stycznia w Instytucie Religioznawstwa UJ.
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Od dłuższego czasu (kilkadziesiąt lat) powszechną stała się w Polsce praktyka, iż kapłani uczestniczący w licznych nabożeństwach oraz w Eucharystii, którzy nie przewodniczą im ani (w przypadku Mszy) nie koncelebrują (a więc inaczej mówiąc, nie wykonują swojej funkcji kapłańskiej, a...
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Uczestnicząc jakiś czas temu w pewnej Mszy zacząłem zastanawiać się nad takim oto problemem. Pamiętamy, że udzielanie Komunii Świętej pod dwiema postaciami może mieć miejsce przez jedną z 4 form: 1. Przez bezpośrednie picie Krwi Pańskiej z kielicha po przyjęciu Ciała Pańskiego 2. Przez spożycie...

O autorze

Krucjata anty-omniańska

Tomasz Dekert

Mąż, ojciec dwóch córek i dwóch synów

Doktor religioznawstwa (UJ)

Wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie

Współpracownik Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego

Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne

Autor m.in. książki Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama, (WAM, Kraków 2007).  

M T W T F S S
 
 
1
 
2
 
3
 
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
 
 
 
 
Add to calendar

Najnowsze wpisy autora

Nowa era czyli o periodyzacji i "teologicznym punkcie widzenia"

2012-01-23

Krótko po świętach wpadł mi w ręce aktualny wówczas numer "Tygodnika Powszechnego". A tam znalazłem kolejny tekst J. Majewskiego, który tak mi zapadł w umysł, że do tej pory boli mnie wątroba. Czego to te ludzie nie wymyślą... więcej »

Choinka czyli o godności

2012-01-02

Mam sąsiada. Człowiek to ubogi duchem i ciałem, w rzeczywistości na skraju (albo i za skrajem) nędzy. Kawaler, od czterdziestu lat alkoholik, niedawno wyszedł z więzienia, gdzie trafił za to, co (i jak) krzyczał po pijaku, itd., itd... Patrząc z zewnątrz - dno totalne.  więcej »

Oto człowiek - ofiara i Król

2011-12-24

Dopiero niedawno odkryłem starą już, bo z 1995 r., płytę Jacka Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego (w śpiewie towarzyszyła im też Elżbieta Adamiak), pt. "Szukamy stajenki". Wstrzymywała mnie przed poznaniem jej generalna niechęć do funkcjonujących w naszej kulturze rozmaitych wariacji na temat Narodzenia Pańskiego. W tym do "tradycyjnych" (czyt. śpiewanych do womitu w polskich kościołach i przetwarzanych przez wszystkie możliwe odmiany popgwiazd) kolęd. więcej »

O muzyce w pewnej archidiecezji czyli kilka kwiatków

2011-12-17

Jakieś dwa tygodnie temu wchodząc do sklepu rzuciłem jak zawsze okiem na stojak z prasą stojący przy wejściu i z miejsca uderzył mnie tytuł na pierwszej stronie "Gazety Krakowskiej". Głosił: "Zły doradca kardynała". więcej »

Lubiane na Facebooku

Ostatnio na blogach