Dziennik jarosławski IV

2010-08-26

Trudno mi pisać o wczorajszym koncercie. Mogę powiedzieć, że bardzo mi się podobał, ale moje wrażenia i skojarzenia pozostają w stanie magmy, być może przez pewną obcość tej muzyki, która była muzyką turecką.

Turecką, ale polską. Przynajmniej o tyle, o ile jej autor był Polakiem. W tym roku upływa (tudzież upłynęła?) czterechsetletnia rocznica urodzin Wojciecha Bobowskiego, który w wieku ok. dwudziestu sześciu lat został porwany przez Tatarów, a potem sprzedany na dwór sułtana. Z chrześcijaństwa (prawdopodobnie kalwińskiego) przeszedł na islam – można podejrzewać, że została mu złożona propozycja nie do odrzucenia, choć wszystko wskazuje na to, że ostatecznie stał się żarliwym muzułmaninem, był nawet derwiszem – i już do końca życia pozostawał w służbie kolejnych sułtanów, najpierw jako muzyk i tłumacz (znał siedemnaście języków, włącznie z greką i hebrajskim!), a potem również dyplomatą. Zajmował się też przekładami – m.in. przetłumaczył na turecki całą Biblię, pisał też, po łacinie i francusku, dzieła m.in. na temat islamu na użytek odbiorców zachodnich. On to właśnie był autorem kompozycji, które wczoraj słyszeliśmy.

Wyszliśmy z koncertu w czasie bisów chcąc dotrzeć wcześniej do kościoła św. Mikołaja, w której mieliśmy odprawić wigilię. Po drodze jednak wywiązała się dyskusja, niedokończona z braku czasu, na temat, raz w ogóle organizowania koncertów w kościołach, a dwa, koncertów sakralnej muzyki niechrześcijańskich tradycji religijnych. Ja nie odczuwam tu niestosowności ani profanacji, nie mówiąc o bluźnierstwie (to słowo w dyskusji nie padło). Ale myślę, że uzasadnianie tego przekracza ramy tej mojej krótkiej relacji.

Mówiąc o wigilii chcę zacząć od rzeczy może trywialnej, ale niezmiernie ważnej. Porównując celebrację zeszłoroczną i tegoroczną wydaje mi się, że śpiewamy coraz lepiej (oczywiście pisząc „my“ mam na myśli tych, którzy dopiero się uczą). Niewątpliwa to zasługa Marcina Szczycińskiego i Roberta Pożarskiego oraz ich bezpośrednich uczniów i współpracowników. Aktualnie jest to liturgia, w której laik-miłośnik, taki jak ja, może się bezpiecznie zanurzyć, która nie zgrzyta, nie rozłazi się w szwach, która samą sobą generuje stan modlitwy.

Miałem zaszczyt odśpiewać w ulubionym tonie historycznym capitula w czasie nieszporów i laudesów. W okolicach drugiego nokturnu przyszedł kryzys, który postanowiłem rozwiązać dając sobie chwilę wytchnienia od śpiewu. Po półgodzinie wszystko już grało.

Straciłem poczucie czasu. Wykasował je niesłychanie intensywny rytuał, angażujący całe ciało, zmysły (pojawiło się kadzidło) no i głos oczywiście. Doświadczenie duchowe, ale via ciało; to zakotwiczenie cielesne było tutaj kluczowe. Rozkosz formy. Odkryłem na nowo dla siebie głęboki pokłon na Gloria Patri et Filio: Ireneusz z Lyonu rdzeń transgresji aniołów i ludzi upatrywał w zaprzeczeniu przez nich właściwego im miejsca w relacji do Boga. Ten pokłon na sposób rytualny przywraca nam stan sprzed grzechu. Rytualna apokatastaza.

Wigilia kończyła się Mszą w formie nadzwyczajnej. Zabrzmi to może absurdalnie, a w każdym razie bardzo subiektywistycznie, ale ten sposób celebracji, jaki zaistniał w nocy był bliski mojemu wymarzonemu.

Jedyne czego mi zabrakło to czytań po polsku, które mogły się tam spokojnie znaleźć. A to, czego było za dużo to sztywność zachowań niektórych spośród ministrantów (nie wszystkich!). Mam nadzieję, że nie obrażą się za tę uwagę, ale zachowywali się w sposób, który, używając frazy pratchettowskiej, wycisnąłby łzy szczęścia z oczu najbardziej nawet psychotycznego instruktora musztry. Coś co mogło (i aby oddać sprawiedliwość – momentami było) dostojnym sakralnym tańcem, sprawiało czasem wrażenie marsza cyborgów. A przecież sama forma rytu tego nie wymaga!

To były jednak drobiazgi. Wyszedłem z kościoła szczęśliwy, z poczuciem pełni.

Pójście spać w okolicach 4.30 nie sprzyjało punktualnemu trafieniu na śniadanie. Reszta dnia upłynęła na pracy, jedzeniu i rozmowach, m.in. z Piotrem Kaznowskim. Do jednej z ostatnich będę chciał potem wrócić, bo wnioski Piotra po uczestniczeniu w tej dominikańskiej wigilii (i w ogóle litugii godzin) są niezmiernie ciekawe. Tymczasem jednak zbliża się koncert, na którym Sirin będzie wyśpiewywał dramat o Ananiaszu, Azariaszu i Michaelu w piecu ognistym, lecę więc zająć miejsce.

 

Komentarze

Re: Bartek - Głęboki pokłon a hezychazm

Nie zamierzam uchodzić za speca od hezychazmu (bo taka jest niejako zbiorcza nazwa tej tradycji modlitewnej, o której piszesz), wydaje mi się jednak, że podobieństwo jest tu tylko zewnętrzne. Głęboki skłon, czołem do ziemi, jest wyrazem czy też może raczej realizacją czci - w przypadku Eucharystii w stosunku do Chrystusa obecnego na ołtarzu. Liturgia bizantyjska zna ten gest (mówił o tym na MF ks. Maciej Zachara), ale nie jest on związany z hezychastyczną pozycją modlitewną. Jej celem nie jest oddanie czci, ale skupienie się na sercu (kiedyś tu o tym rozmawialiśmy, z racji tej pozycji hezychaści byli niekiedy pogardliwie określani jako omphaloskopoi - "patrzący w pępek"). Przyjmowanie tej pozycji, oddech, modlitwa Jezusowa prowadzi do hezychii (gr. hesychia - wyciszenie), w którym to stanie człowiek otwiera się na przebóstwiające działanie boskich energii. (Oczywiście nie można czytać tego w kluczu terminologii New Age, są to pojęcia przyjęte w Cerkwi w XV w. w wyniku działań św. Grzegorza Palamasa. W naszej terminologii można by użyć słowa "łaska", jeśli tylko zdejmiemy z niego postaugustyńskie rozumienie Bożej łaski jako przede wszystkim czegoś, co umożliwia nam dobre moralnie uczynki pomimo grzechowego skażenia naszej natury.)

Z takim głębokim pokłonem

kojarzy mi się zewnętrzna praktyka modlitwy serca, o której traktują dzieła zebrane w Filokalii - mistrzowie i nauczyciele tej trudnej modlitewnej sztuki zalecali takie skręcanie się w kłębek (koło), aby myśli wędrowały podobnie jak dusza w ciele, która wędruje po okręgu (uwaga! Nie pamiętam dokładnie, czy to chodziło o duszę rzeczywiście, czy o inne wewnętrzne "zmysły" - nie wiem, jak to inaczej nazwać).

"Niezdolność klęczenia okazuje się zatem istotą elementu diabolicznego" - Józef kardynał Ratzinger.

Jeden z moich uczniów mówił

Jeden z moich uczniów mówił mi, że w liturgii dominikańskiej taki głęboki pokłon istnieje, w odróżnieniu od innego rodzaju skłonów. Co do wypinania się, nigdy o tym nie myślałem; z drugiej strony, można też klękać przed czyimiś pośladkami... I tak źle, i tak niedobrze. Pisałem kiedyś, że pokłon wydaje mi się czytelniejszym znakiem, bo przyklękanie w pewien sposób spowszedniało, jest prostsze do wykonania; pokłon bardziej idzie w stronę proskunesis, adoracji, rzeczywistego skłonienia się - twarzą - do ziemi.

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

Pokłon

Z kilku powodów: a) jest to wg niektórych właśnie przesadna wylewność b) nie wszystkich cieszy to, gdy ktoś się do niego dosłownie wypina; c) zdaje się, że ów pokłon nie jest ujęty w rubrykach, choć nie jestem tego pewny - nigdy nie sprawdzałem :)

"Niezdolność klęczenia okazuje się zatem istotą elementu diabolicznego" - Józef kardynał Ratzinger.

apetyt rośnie :-)

dzięki za zdjęcia, jest też link na stronie Vox Angeli: http://www.voxangeli.pl/wiesci/13-katwieci/222-pnkfestiwaltrwa.html Cóż, pozostaje tylko pozazdrościć uczestnictwa - oraz wysłuchania kazania, zeszłoroczne przypomina mi się w miarę regularnie... Co do innych kwestii w Twoim tekście, Tomku, nie zdążyłam też napisać: mnie równieź nie razi uduchowiona muzyka w kościele, w tym niechrześcijańska (choć u oo.dominikanów w Jarosławiu nie słuchałam Turków - ale za to Persów, jak też później u św.Mikołaja). Bardziej mnie rażą - a właściwie bolą - kościoły, które są już t y l k o salami koncertowymi albo muzealnymi...

Hi, hi

a w ogóle to dowiedziałem się poniewczasie, że nie powinienem śpiewać capitulum w tonie historycznym, że mają one swój własny ton, podobny do tego, w którym śpiewana jest oracja. Następnym razem się poprawię :-)

A to ciekawe,

nie wiedziałem, że istnieją taki szkoły. Ja w takim razie podpisałbym się pod szkołą francuską w Twojej interpretacji. Nadmierna mechaniczność ruchów sprawia wrażenie nieznośnie sztucznej i mi osobiście w zeszłym roku bardzo przeszkadzała, a w tym budziła śmiech. Zwróciłem uwagę na pokłon - ja stoję na stanowisku, że głęboki ukłon jest jednym z gestów, którego najbardziej brakuje w liturgii zreformowanej (albo raczej, który nie funkcjonuje w praktyce, na papierze tu i ówdzie pozostał). Jest ona pod tym względem płaska. A z ciekawości - dlaczego niektórzy sprzeciwiają się takiemu pokłonowi? Co do zdjęć to przede wszystkim żaden ze mnie fotograf :-) Dlatego są jakie są. Ale i tak myślałem, że będzie gorzej.

Szkoły liturgiczne

Z tą musztrą ciekawa uwaga. Generalnie są zwolennicy i przedstawiciele dwóch tzw. szkół: niemieckiej i francuskiej (gallikańskiej). Jak się można domyślić - pierwsza to stanowczość, zwięzłość, druga to taka swego rodzaju wylewność. Ja skłaniam się bardziej ku szkole francuskiej, wg mnie przesadna musztra przy ołtarzu, a co za tym idzie pewna sztuczność, wybija z takiego liturgicznego rytmu - bo coś się "gryzie". Z drugiej strony nie jestem zwolennikiem przesadnej wylewności, czy rozciągłości: nie ma co robić skłonu pół minuty, czy na każdym kroku padać na twarz (choć głębokiego pokłonu, niemal czołem do ziemi, w czasie Konsekracji bronił będę - niektórzy są tego wielkimi przeciwnikami). Staram się zachować w tym wszystkim złoty środek: by (moje) ruchy były płynne, ale majestatyczne. P. S. Relacja z Wigilii i Mszy świętej pojawiła się właśnie na NRL: "Festiwal 'Pieśń Naszych Korzeni': Wigilia Uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej i Missa Cantata o. Wojciecha Gołaskiego OP" - dodam, że autorem zdjęć, jest nie kto inny, jak sam zacny autor niniejszego bloga :) (i proszę się nie czepiać jakości zdjęć, bo w środku nocy, w dodatku śpiewając bądź modląc się ciężko jest się skupić na tym, aby zrobić naprawdę super wyraźne zdjęcie). Tomku, dzięki!

"Niezdolność klęczenia okazuje się zatem istotą elementu diabolicznego" - Józef kardynał Ratzinger.

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Blog redakcyjny”
Czy II Sobór Watykański odpowiedzialny jest za śmierć kultury zachodniej? Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie bez wahania udzielił ks. Jan Jenkins z Bractwa Piusa X w odczycie, który odbył się 10 stycznia w Instytucie Religioznawstwa UJ.
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Od dłuższego czasu (kilkadziesiąt lat) powszechną stała się w Polsce praktyka, iż kapłani uczestniczący w licznych nabożeństwach oraz w Eucharystii, którzy nie przewodniczą im ani (w przypadku Mszy) nie koncelebrują (a więc inaczej mówiąc, nie wykonują swojej funkcji kapłańskiej, a...
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Uczestnicząc jakiś czas temu w pewnej Mszy zacząłem zastanawiać się nad takim oto problemem. Pamiętamy, że udzielanie Komunii Świętej pod dwiema postaciami może mieć miejsce przez jedną z 4 form: 1. Przez bezpośrednie picie Krwi Pańskiej z kielicha po przyjęciu Ciała Pańskiego 2. Przez spożycie...

O autorze

Krucjata anty-omniańska

Tomasz Dekert

Mąż, ojciec dwóch córek i dwóch synów

Doktor religioznawstwa (UJ)

Wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie

Współpracownik Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego

Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne

Autor m.in. książki Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama, (WAM, Kraków 2007).  

M T W T F S S
 
 
1
 
2
 
3
 
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
 
 
 
 
Add to calendar

Najnowsze wpisy autora

Nowa era czyli o periodyzacji i "teologicznym punkcie widzenia"

2012-01-23

Krótko po świętach wpadł mi w ręce aktualny wówczas numer "Tygodnika Powszechnego". A tam znalazłem kolejny tekst J. Majewskiego, który tak mi zapadł w umysł, że do tej pory boli mnie wątroba. Czego to te ludzie nie wymyślą... więcej »

Choinka czyli o godności

2012-01-02

Mam sąsiada. Człowiek to ubogi duchem i ciałem, w rzeczywistości na skraju (albo i za skrajem) nędzy. Kawaler, od czterdziestu lat alkoholik, niedawno wyszedł z więzienia, gdzie trafił za to, co (i jak) krzyczał po pijaku, itd., itd... Patrząc z zewnątrz - dno totalne.  więcej »

Oto człowiek - ofiara i Król

2011-12-24

Dopiero niedawno odkryłem starą już, bo z 1995 r., płytę Jacka Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego (w śpiewie towarzyszyła im też Elżbieta Adamiak), pt. "Szukamy stajenki". Wstrzymywała mnie przed poznaniem jej generalna niechęć do funkcjonujących w naszej kulturze rozmaitych wariacji na temat Narodzenia Pańskiego. W tym do "tradycyjnych" (czyt. śpiewanych do womitu w polskich kościołach i przetwarzanych przez wszystkie możliwe odmiany popgwiazd) kolęd. więcej »

O muzyce w pewnej archidiecezji czyli kilka kwiatków

2011-12-17

Jakieś dwa tygodnie temu wchodząc do sklepu rzuciłem jak zawsze okiem na stojak z prasą stojący przy wejściu i z miejsca uderzył mnie tytuł na pierwszej stronie "Gazety Krakowskiej". Głosił: "Zły doradca kardynała". więcej »

Lubiane na Facebooku

Ostatnio na blogach