Dziennik jarosławski V

2010-08-28

W czwartek braliśmy udział w Oficjum świętych Młodzianków w piecu ognistym (scs. Pieszcznoje diejstwo) zaśpiewane przez znany wszystkim uczestnikom i miłośnikom Festiwalu rosyjski zespół Sirin, wraz ze śpiewakami prawosławnego klasztoru w Supraślu i kantorami festiwalowymi. Było to doświadczenie powalające na oba kolana. A jednocześnie wyzwanie.

Kilka słów na temat „fabuły“ (tyle tylko można o niej powiedzieć). Wszyscy – w tym dwa liczne chóry diaków ubrane jeden na czarno, drugi na biało – procesyjnie wchodzą do kościoła, na środku którego stoi „piec“, czyli składająca się z połączonych płaszczyzn poligonalna (nie liczyłem) konstrukcja, na której wymalowano angelomorficzne postaci i kwiatowo-ogniowe ornamenty. Mamy trzech Młodzianków, ubranych w zgrzebne szaty z cierniowymi koronami na głowach i dwóch Chaldejczyków w czapkach i z wielkimi drewianianymi halabardami. Na końcu wnoszona jest ikona, która zostaje ustawiona przed piecem, nieco z prawej strony, zwrócona w stronę chórów, które stoją już za piecem. Ciągle trwa śpiew. W pewnym momencie następuje krótki dialog pomiędzy Chaldejczykami i Młodziankami, po którym ci pierwsi zaprowadzają tych drugich do „pieca“, zamykają ich w nim i zaczynają okrążać go krokiem strażniczym spotykając się na środku i wykonując kilka ruchów halabardami. Trwa śpiew dwudziestu dwóch części pieśni (zbudowanej, na tyle, na ile udało mi się zrozumieć, wokół kantyku z Dn 3), wykonywanych na przemian przez chóry diaków i młodzianków. Potem "Anioł Pański". Wreszcie, na wers "sprawił w piecu powiew chłodny i szumiący", z góry opuszcza się ikona anioła, na co Chaldejczycy wykonują dialog, kładą halabardy, zdejmują czapki i rytualnym gestem, powoli opadają na kolana. Trwa śpiew, najpierw sześciu części jednej pieśni, potem piętnastu innej, dalsze śpiewy. Chaldejczycy podnoszą się, kłaniają się przed hierarchą, proszą o pozwolenie na wypuszczenie Młodzianków z pieca, wyprowadzają ich po kolei i ustawiają przed jego frontową ścianą  (prawie każdemu z tych czynności towarzyszy ucałowanie ikony i znak krzyża). Potem śpiew. Czytanie fotagogikonu. Wielka doksologia. Śpiew. Śpiew ewangelii (o posyłaniu jak owce między wilki). Śpiew. Śpiew. Śpiew.... Wszycy procesyjnie wychodzą z kościoła. Trwa to trzy godziny.

Nie jestem w stanie dokładnie opisać liturgicznego zakotwiczenia tego monumentalnego dramatu. Wiem, że był on odgrywany tylko w wielkich miastach, w kościołach katedralnych i to tylko do połowy XVII w. (jarosławski koncert – jeśli można to w ogóle tak nazwać – był jednym z pierwszych jego wykonań od tamtego czasu) jako część (!) całonocnego czuwania przed Bożym Narodzeniem. Nie było szansy dopytać śpiewaków o szczegóły, ponieważ musieli wcześnie rano wyjechać i w związku z tym następnego dnia nie odbyło się zwyczajowe seminarium z ich udziałem. W każdym razie dramat w niezwykły sposób łączył potężną hieratyczność z oszczędnością formy (sam ruch sceniczny w sensie czasowym stanowił ułamek owych trzech godzin), czego efektem było – myślę, że nie przesadzam – osadzenie widza w innym świecie, albo może raczej na granicy światów, w przestrzeni, w której człowiek spotyka się z działaniem Boga, które dla niegodziwca jest niszczącą kratofanią, zaś dla sprawiedliwego wybawieniem z opresji, orzeźwiającym powiewem.

Wspomniałem, że było to wyzwanie. Wcześniej planowałem dodać: dla człowieka Zachodu. Ale po rozmowie z poznaną później Rosjanką, muszę to zrewidować – twierdziła ona, że w Rosji w ogóle by tego nie wystawili, nikt by tam tego nie wytrzymał. I z pewnego punktu widzenia można to zrozumieć. Nikt kto nie byłby w stanie wyzwolić się z konsumenckiego podejścia do muzyki nie dałby rady brać w tym udziału do końca. Niesłychana monotonia. Ikoniczność formy. Uproszczenie ruchu scenicznego. Bogactwo ascezy (żeby sięgnąć po paradoks, który słusznie jest uprzywilejowaną formą języka religijnego). Nie wydaje mi się, żebym bardzo się mylił myśląc, że od muzyki oczekujemy przede wszystkim emocjonalnej przyjemności. Może to być przyjemność wielowymiarowa (tendencji do taniej popowej wesołości w ogóle nie biorę pod uwagę), ale jednak przyjemność. Ten „koncert“ nie był przyjemny. Wykraczał w ogóle poza atawistyczne kategorie przyjemne-przykre, jakkolwiek byłyby one uczłowieczone.

Zupełnie przypadkiem na początku koncertu wstałem z krzesła i stanąłem z boku, żeby lepiej widzieć. Już tam zostałem. Dzięki temu pomimo generalnego zmęczenia i niewyspania ani przez moment nie poczułem senności. Oszczędzone mi przez to zostało doświadczenie dystansu. Stopy i kręgosłup są nie moje, ale było warto.

Jeszcze jedno trzeba powiedzieć. Sirin i towarzysze śpiewali absolutnie perfekcyjnie. Miłośnik monodii mógł pić do sytości. Polifonii jeszcze więcej, choć to akurat polifonia specyficzna. Tak czy inaczej był to śpiew doskonały.

Ten wieczór był emblematyczny dla charakteru festiwalu. Po oficjum zaczęliśmy biesiadować. Grała Kapela Brodów, kilku członków Sirinu śpiewało. Wieczór uczt.

Rozpisałem się, a przecież mam jescze do opowiedzenia cały dzień.

Rano odprowadziliśmy na pociąg Piotrka Kaznowskiego. Bardzo się cieszę, że był, i że został dłużej niż miał pierwotnie w planie. Mieliśmy możliwość podyskutować. Zawdzięczam mu kilka bardzo ciekawych spostrzeżeń. Jedno szczególnie jest dla mnie ważne, a myślę też, że ma niebanalne znaczenie w ogóle. Chorał dominikański, tak jak jest on śpiewany w czasie tutejszych celebracji, jest śpiewem „wojennym“, energetyzującym, pełnym skanalizowanych emocji. Zaprzeczeniem jakiegokolwiek liturgicznego muzealnictwa. Aktualnie nie ma w Kościele polskim takiej muzyki (pytanie czy jest gdziekolwiek indziej). Trudno byłoby przecenić wartość duszpasterską wprowadzenia regularnych celebracji liturgii z zastosowaniem takiego śpiewu i uczenia go ludzi. Myślę, że szkodliwym mitem jest przekonanie, że miałoby to działanie odstraszające. Muzyka liturgiczna, jako muzyka rytualna, nie powinna dostosowywać się do psychiki odbiorców, jak to robi od dawna, ale generować sytuację, w której jako psychofizyczne całości zostajemy podniesieni do pionu, dodawać nam sił. Jej celem nie jest danie konsumenckiej przyjemności. Daje przyjemność, nawet rozkosz, ale raczej jako efekt uboczny.

Gdyby tylko bracia zechcieli o tym na poważnie pomyśleć. Doświadczenie uczy, że to marzenie ściętej głowy, bo wszystko grzęźnie z jednej strony we wszechobecnym lęku, że to nie dla „współczesnego człowieka“, a z drugiej w jałowych sporach interpretacyjnych. Z trzeciej, w leżeniu na laurach, samozadowoleniu i obojętności. Być może ten gorzki wyrzut jest niesprawiedliwy, być może.

Chyba na tym skończę. Od kiedy stwierdziłem, że nie dam rady włączyć się w partie męskie przestałem chodzić na próby Ordo virtutum. Popołudnie minęło, a o koncercie Graindelavoix napiszę następnym razem, to znaczy, mam nadzieję, jeszcze dzisiaj przed wieczorem.

Komentarze

Przepraszam Marcinie,

że tak długo Ci nie odpisywałem, jakoś mi niezbornie ostatnio idzie dyskutowanie. Tego, co napisałem o "normalności" używania niezrozumiałego języka nie należy rozumieć w kategoriach absolutnych. Nie chodziło mi o to, że nikt nie rozumiał, ale rozumienie nie było, i chyba nie jest, uważane za warunek śpiewu, modlitwy, uczestniczenia w liturgii, etc. Myślę, że to dotyczy również czasów, kiedy te, obecnie już praktycznie kompletnie martwe języki, były w miarę powszechnie używane. Łacina, bizantyjska greka, koptyjski, aramejski, syryjski, scs, grabar, starogruziński, ge'ez - część z nich ciągle w użyciu, ale czy dla wszystkich całkowicie zrozumiała, włącznie z tymi, którzy w tych językach śpiewają? Dla części na pewno tak, ale myślę, że dla wielu tylko pół-na-pół, albo i mniej. Przyszło mi do głowy, że w gruncie rzeczy, jeśli mamy modlitwy ustalone i utrwalone przez tradycję, to każdy, kto się nimi modli może mieć poczucie włączania się w śpiew Kościoła (w sensie szerokim, również w odniesieniu do tych, którzy go poprzedzali) i spokojnej głowy, że pomimo tego, iż nie wszystko rozumie, modlitwa się, że tak powiem, dokonuje. Co do relacji melodii do tekstu i na odwrót, to przyszło mi do głowy, że - oczywiście w ograniczonym zakresie - dostosowywanie tego drugiego do pierwszego wykracza poza kwestię rytmu. Wystarczy wspomnieć Patret zamiast Pater et albo tesse zamiast te esse. Jeśli dobrze pamiętam dotyczy to głównie hymnów. Czasem więc tekst ulegał zmianie wyłącznie ze względu na melodię, inaczej nie da się zaśpiewać.

Panie Robercie

straszne faux pas popełniłem zatem. Wiedziałem oczywiście, że Schola Mulierum Silesienses jest nazwą własną żeńskiej części SGS, ale nie zdawałem sobie sprawy z wagi rozróżnienia pomiędzy nimi. Proszę w razie czego w moim imieniu przekazać zapewnienie, że ten nietakt już się więcej nie powtórzy :-) Nie po raz pierwszy żałuję, że nie mogę się sensownie włączyć w dyskusję nt. chorału. Mogę powiedzieć tylko jedno: tu, podobnie jak w przypadku liturgii jako takiej, dyskusje są potrzebne o ile nie hamują praktyki. Ja bym chciał po prostu śpiewać chorał.Nie jest mi oczywiście wszystko jedno na jaką modłę, ale gotów byłbym poświęcić znaczną część moich osobistych upodobań, byle móc to robić.

Proponuję dyskusję przenieść

Proponuję dyskusję przenieść do mnie, tam gdzie piszę śpiewaniu chorału. Musisz mi zaśpiewać ozdobne "Lucis Creator" z podkreśleniem metrum jambicznego. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Hymn pod włos: na Apostołów, w IV tonie (Aeterna Christi munera = Exsultet caelum laudibus).

@BM

Błażeju, nie chcę słuchać z płyt, tylko na żywo. Tak jednak nie mam gdzie, choć mieszkam w bezpośrednim sąsiedztwie jednego z największych konwentów w Polsce. Nie mielibyśmy problemów z rytmizacją hymnów ani z zasadami frazeologii, gdyby był codzienny dostęp do mnichów, którzy śpiewają od wieków bez przerwy. Tymczasem zmuszeni jesteśmy poprzestać na Missa de Angelis wykonywanej na sposób obskurancki (kwadraty równe, to i nuty równe) albo poszukiwać niemal po omacku. Jedynym punktem odniesienia są pieśni tradycyjne śpiewane tu i ówdzie nieprzerwanie od pokoleń. Nie próbowalibyśmy tej metody, gdyby nie nabyte przez lata głębokie przekonanie o pochodzeniu tych pieśni wprost z tradycji muzyki kościelnej. Jeszcze o rytmie bardziej solemnych hymnów - nie będzie kłopotu, gdy za jednostkę miary przyjmiemy sylabę, a nie neumę. Kłania się system bezliniowy :-D Ale także wierna pamięć o zasadzie inwersji akcentu :-P Który hymn idzie Ci pod włos? Proszę, podaj tytuł choćby e-mailem. Tu dygresja: czytałem niedawno w prasie katolickiej przedziwny artykuł o Opactwie Solesmes, jako o klasztorze, w którym mnisi śpiewają nieprzerwanie od tysiąca lat! Czy prasa katolicka ma prawo nas tak oszukiwać?

Śpiewajcie chorał!

Ależ, ależ! Jak mnisi

Ależ, ależ! Jak mnisi śpiewają, można posłuchać tu i ówdzie. Nawiasem mówiąc, liturgiczne czuwanie (matutinum+laudes) z Wielkiej Kartuzji mieści się na dwóch płytach. To też jest żywa tradycja. Pieśni tradycyjne a antyfony - nie mieszajmy gatunków. Gregoriańskim punktem odniesienia do pieśni mogą być najwyżej hymny. Wracając do antyfon: Johannes Affligemensis daje bardzo jasne wytyczne - gdzie przecinek, gdzie średnik, gdzie kropka. To są wytyczne dla kompozytorów chorałowych, ale chorałowi śpiewacy powinni je wziąć pod uwagę. Inaczej wychodzi tak jak w Jarosławiu: szereg eksklamacji na miejsce klarownej wypowiedzi. Nie słyszę w tym śpiewie zaznaczenia końca zdania, początku i końca zdania wtrąconego itd. Mam pomysł: niech się odbywają lekcje, na których ktoś tak dobitnie jak p. Ryszard Peryt odczyta tekst danej antyfony. Zadaniem klasy będzie oddanie tego zdania śpiewem. Chodzi o sprawy proste, choć być może nieosiągalne w dużej grupie, która nie ma czasu się przygotować wcześniej. Wśród hymnów oficjum są takie, które ułożono do starożytnych stóp metrycznych, natomiast nie wydaje mi się, żebym słyszał je wykonywane ściśle wg owych metrów. A już hymny bardziej zdobne po prostu nie dadzą się tak zaśpiewać. Co tam nie dadzą? Wszystko się da. Ale nie wydaje się to naturalne. "Lucis Creator" na melodię niedzielną śpiewam sobie w rytmie swobodnym, a gdybym musiał rytmizować "Ave Maris Stella" (na szczęście nie muszę), użyłbym któregoś z gotowych opracowań, np. Monteverdiego. A już nawiasem mówiąc, tak bardzo przypadła mi do gustu Peresowa rytmizacja jednego z hymnów, że obecna jarosławska wersja jest dla mnie "pod włos".

@TD

"przecież SGS [w jej męskiej i żeńskiej gałęzi]". Panie Tomaszu, jak dało się sprawdzić podczas tegorocznej edycji jarosławskiego Festiwalu, żeńska gałąź SGS nazywa się (od zawsze) SMS = Schola Mulierum Silesiensis. Kantorki są wrażliwe na takie sprawy ;-)

Śpiewajcie chorał!

Drogi Błażeju!

"Moi przyjaciele, wspomniani niżej kantorzy, dają pierwszeństwo regułom rytmicznym." Owszem, tak jest, ale nie po to, by zaprzeczyć akcentowi słów i zdań! Czy potoczna mowa wypowiadana jest na sposób pijacki, tak jak postulują to teoretycy barokowego recytatywu? Mam przekonanie, że mowa posiada swój precyzyjny puls i tak próbuję nauczać śpiewu psalmów, lekcji czy oracji. W prostych antyfonach sylabicznych staram się kadencje realizować tak, by tego DoMInus nie było. Tyle, że niektórzy puryści uważają to za kwestionowanie reguł Hieronima - ja tak nie uważam, czym już niejednemu się naraziłem :-) "Metra antyczne są stosowane w wielu hymnach, ale tam przecież nikt nie śpiewa zgodnie z nimi, choćby dlatego, że rzadko są to hymny sylabiczne." - tu mnie, Błażeju, zaskakujesz. Jakie według Ciebie są zatem hymny w oficjum? Może popełniam błąd z powodu niewłaściwego zakwalifikowania tych tekstów? Do tej pory posługiwałem się stopą metryczną hymnu sprawdzając zwłaszcza to, czy jest parzysta, czy nieparzysta, co zwykle (choć nie zawsze) decyduje o pulsie melodii. ""Niech chwalą. Imię Pana. Wody wszelkie. Które ponad. Niebiosami są! Gdzie Róża zieleni się! Zasadzona. Nad brzegami wód.". A co w takim razie z tradycyjnymi polskimi pieśniami? Tam często fraza układa się właśnie tak GPS-owo. Że wspomnę choćby popularną w niektórych kręgach do dziś: "Zawitaj / Królowo / Różańca świętego; / Jedyna / nadziejo / człowieka grzesznego...". Jakiś czas temu Wojciech Gołaski dokonał filologicznej naprawy kilku polskich pieśni tradycyjnych - ileż było z tego powodu radości! Zgodnie z ponad 20-letnim stażem w dziedzinie śpiewu kościelnego wiem, że często akcent słowa lub frazy ustępuje na rzecz pulsu melodii. W zasadzie powinienem się także wypowiedzieć w kwestii rozumienia wypowiadanych słów, ale, dzięki Bogu, wyręczył mnie w tym pan Tomasz. Cóż, nigdy nie byłem zwolennikiem rekonstrukcji historycznych - zobaczcie, jak śmieszne bywają rekonstrukcje historyczne wielkich bitew (dostałem! liczę do stu i bawię się dalej!). Ale proszę, Błażeju, o oddanie nam pewnej miary sprawiedliwości: nie mamy się do czego odnieść, bo mnisi w Kościele Zachodnim nie śpiewają liturgii od dawna! I wielkie dzięki za słowa "moi przyjaciele"

Śpiewajcie chorał!

Na to pytanie odpowiem osobno

Na to pytanie odpowiem osobno na moim blogu.

Czyli podsumowując, jakie

Czyli podsumowując, jakie zmiany konkretnie należałoby poczynić, aby było lepiej, logicznie, spójnie, zgodnie z tradycją, zrozumiale, i pięknie, a na dodatek, żeby gromada ludzi mogła się tego nauczyć? Pozdrawiam, Adam Skobliński

Ale czy archaicznego i

Ale czy archaicznego i niezrozumiałego języka używają też ci, którzy w nim śpiewają? Tu nie chodzi o słuchaczy, którym się np. na aramejski tłumaczyło odczytany tekst Biblii, czy którzy słuchają, jak kapłan śpiewa po łacinie prefację, i mogą sobie ew. w książeczce do nabożeństwa sprawdzić jej przekład, ale o samych śpiewaków. Dla większości słuchających nieszpory po łacinie będą niezrozumiałe, i trudno wymagać, aby wszyscy nagle nauczyli się łaciny (inna rzecz, że nieznajomość łaciny u Europejczyka uważam za kalectwo), ale dla śpiewających powinny być - rozumiem, że o to o. Błażejowi chodzi: że śpiewający śpiewają tak, jakby w ogóle tekstu nie rozumieli, jakby zupełnie nie był on ważny - liczy się tylko melodia. Można sobie wyobrazić sytuację - zresztą, nie trzeba nawet sobie wyobrażać, bo tak bywało - że ksiądz był słabo wykształcony, i tekst mszy po łacinie dukał, ledwo rozumiejąc, co czyta. Tylko czy to była normalna sytuacja? Alfred Wielki się z tym zetknął, i zaczął swój program kształcenia duchowieństwa; co jakiś czas takie reformy się powtarzały w Kościele, czyli jednak przekonanie, że tekst powinien być rozumiany przez tego, kto go wymawia, istniało. PS "Zawsze tak było" to wspaniała fraza, która pozwala załatwić wszystko; jeden z pierwszych wpisów Dominika Jurczaka OP o tym był...

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

Św. Róża i GPS

Skoro już tyle o tym rytmie i sensie, to powiem najprościej jak umiem. Najlepiej sięgnąć po przykład. Jedna z antyfon śpiewanych w dniu św. Róży, wykonywana "wg zasad jarosławskich" daje się w polskim przekładzie zapisać następująco: "Niech chwalą. Imię Pana. Wody wszelkie. Które ponad. Niebiosami są! Gdzie Róża zieleni się! Zasadzona. Nad brzegami wód." Kojarzy mi się to z komunikatami z GPS-u. Oczywiście, nie mam na myśli rodzaju głosu, tylko to, że zdanie się nie klei i że co jakiś czas nieoczekiwanie jakieś słowo wybija się na plan pierwszy, bez związku z jego miejscem w wypowiedzi. Kompozytor tak ułożył melodię, żeby odwzorowywała tok zdania, a tymczasem śpiewacy wyżej stawiają co innego niż intencje autorów tekstu i muzyki. Proszę zrobić eksperyment myślowy i wczuć się w sytuację kogoś, kto tak to słyszy, a mimo to stara się włączyć w tak właśnie śpiewaną modlitwę. Takie wczucie się może będzie bardziej owocne niż dyskutowanie o rytmie i logice zdania. A podkreślanie sensu śpiewanych zdań nie przeczy możliwości pozawerbalnego przesłania.

Chorał i rozumienie

"to, że weszło w obieg określanie chorału 'festiwalowego' mianem chorału dominikańskiego czy "według Hieronima". Problem, Ojcze, leży w tym, o czym pisze Beata, a o czym ja też wcześniej niebezpośrednio nadmieniłem: innego "dominikańskiego" chorału niż ten "festiwalowy" (to określenie nie odnosi się tylko do czasu trwania festiwalu, przecież SGS [w jej męskiej i żeńskiej gałęzi] czy SCMC Sławka Witkowskiego organizują różne celebracje również w ciągu roku) praktycznie nie ma. Szczerze mówiąc, to najpoważniejszym i kluczowym elementem tego nieszczęśliwego splotu, o którym piszesz, jest fakt ograniczenia modlitwy chorałem do okresu formacji seminaryjnej. To z góry ustawia stosunek do tej modlitwy jako do szkolnego obowiązku. Szkoła się kończy - obowiązek również. Być może zdarzy się, że w każdym roczniku znajdzie się jeden czy dwóch zafascynowanych zapaleńców, którzy tego nie porzucą, ale poza tym, nikt tego nie traktuje jako właściwego sobie sposobu modlitwy. Tak to przynajmniej wygląda z boku. I aż żal serce ściska. Co do rozumienia języka, w którym się modlimy, to w moim odczuciu położenie na to bezwzględnego nacisku (traktowanie zrozumienia jako zasadniczego warunku sensowności) jest nieporozumieniem. W perspektywie etnologii i historii religii, w tym również kręgu judeochrześcijańskiego, funkcjonowanie archaicznego i niezrozumiałego - przynajmniej dla większości wyznawców - liturgicznego języka jest czymś całkowicie normalnym i powszechnym. Można powiedzieć: zawsze tak było. I Kościoły, które mają lepsze od nas wyczucie tradycji dalej ten zwyczaj kultywują, nawet jeśli występuje on w postaci mieszanej ze współczesnymi przekładami. Wracając w tym świetle do chorału i problemu logiki frazy vs. zasady rytmiczne. To, co powiem jest intuicją czysto amatorską, niespecjalistyczną w żadnej dziedzinie: komunikat w śpiewie liturgicznym, jak też w ogóle w rytuale, nie jest i nie musi (żeby nie powiedzieć: nie powinien) być wyłącznie werbalny. Rytuał to jest coś obiektywnego, niezależnego od stanu umysłu czy psychiki odprawiających; raczej stawia ich w sytuacji określonej, zastanej, no i wzorcowej. Ważne jest to, że konkretne słowa zabrzmią, że pewna sytuacja zostanie "odegrana", a to czy dla wszystkich uczestników każde słowo czy fraza będą zrozumiałe i logiczne czy to semantycznie czy syntaktycznie jest mniej istotne. Zresztą co z tego, że wiem co znaczy np. de torrente in via bibet * propterea exaltavit caput, skoro nie mam pomysłu jak to zinterpretować? :-) A jeszcze co do rytmu - to znów raczej intuicja: jeśli miałbym odpowiedzieć na pytanie, czy religii, pobożności i rytuałowi bardziej właściwa jest logika czy rytm, odpowiedź byłaby oczywista. Beato, wydaje mi się, że wbrew pozorom można by modlić w taki sposób jak w Jarosławiu, również codziennie, choć na pewno wymagałoby to wysiłku. Ale myślę, że na dłuższą metę i tak doszlibyśmy do tego, od czego wyszedłem - że powinno to być praktykowane przez jakieś środowisko zakonne, które byłoby takim rezerwuarem czy wzorcem.

"A rytm i akcent w poezji

"A rytm i akcent w poezji Rzymian to zupełnie co innego niż rytm i akcent w antyfonach i responsoriach." Nic dodać, nic ująć. Może dla nieznających łaciny dobrym przykładem byłaby pieśń po polsku, gdzie akcent padałby np. na ostatnią sylabę - robiłem taką próbę, przy tłumaczeniu pewnego tekstu, z Ulą Rogalą: wychodzi Ciało Pana przyjmujCIE. Co zaś do znajomości łaciny: wiem, że niektórzy bracia studenci mogą mieć kłopot ze zrozumieniem łacińskiego tekstu, bo, niestety, łaciny uczy się teraz niewiele, a łacina psalmów ma swoją specyfikę (o hymnach nie wspomnę, bo tam jeszcze trudniej). Osobiście nie wyobrażam sobie śpiewania czegoś, czego nie rozumiem, muszę wiedzieć, co znaczą słowa, które wypowiadam: św. Benedykt o tym pisał, zdaje się?

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

Żeby nie obciążać wątku,

Żeby nie obciążać wątku, który w końcu był poświęcony czemu innemu, i żeby nie panoszyć się na cudzym blogu, napiszę wkrótce parę słów o Hieronimie u siebie. A rytm i akcent w poezji Rzymian to zupełnie co innego niż rytm i akcent w antyfonach i responsoriach. Metra antyczne są stosowane w wielu hymnach, ale tam przecież nikt nie śpiewa zgodnie z nimi, choćby dlatego, że rzadko są to hymny sylabiczne.

nie było mnie w Jarosławiu w tym roku,

i patrzę z pewnym dystansem, jak i na zaprzestanie prób choralowych w Warszawie. Choć zgadzam się z Tomkiem, że szkoda. Jednak, poza tym wszystkim, jak zachować "prymat słowa", jesli nie wymaga się od śpiewających (nie mówię o jarosławskich kantorach), by ich szczery zapał dotyczył również r o z u m i e n i a słowa. Bo dyskutują, jak się zdaje, osoby znające łacinę. To dlaczego własciwie nikt z (nikt ze znanych mi) kapłanów nie zwraca uwagi potrzebę znajomości języka, który jest podobno językiem własnym mojego Kościoła? W zakresie tego, co się śpiewa? A to zrozumienie języka to już nie jest potrzebne, by wspólnie i ze zrozumieniem uczestniczyc w modlitwie? W innych językach może być, bo co? - bo łatwiejsze, modniejsze, bardziej na czasie? Wszyscy znają, więc nie wymaga się od "wszystkich" wysiłku? Nawiasem mówiąc, przy rozmowie o szanowaniu i prymacie słowa w śpiewaniu chorału, przypomina mi się (żeby było nie tylko o łacinie) - budzący chyba moje drgawki, widziany przy innej okazji tekst prawosławnej pieśni zapisany (do nauczenia!) fonetycznie po polsku. Tak samo śpiewamy - my, profani - chorał, czyż nie? [To nie moja wina. Wychowana w Kraju Przywiślańskim, jestem w stanie odcyfrować rosyjski, a jego zapisu fonetycznego (nie mówię o spolszczeniach, które weszły do literatury) nie trawię. Wygląda analogicznie, jak widziany przeze mnie napis na koszulce: aj łont eny dżob, albo jeszcze gorzej. Chcesz używać języka, to go poznaj. Kropka.] Na marginesie, o rytmie i akcentach. Inni rozmówcy na pewno wiedzą lepiej, ale jesli dobrze pamiętam, uczono mnie w szkole przy okazji łacińskich poezji, że zdarzało się, że akcent ustępował rytmowi. Mogło coś z tego przecież zostać w średniowieczu. Nie wydaje mi się, by w czasach Karola, np., poezje starożytne czytano inaczej, niż przedtem. Stąd nie dziwiło mnie też zjawisko elizji. Myślę, że to niekoniecznie "rekonstrukcja historyczna", to podejście do tworu języka jako dzieła powstającego w pewnym czasie i tradycji - również łacińskiej, nie tylko Dawidowej, powoduje, że rozumiejąc tekst i słowo - można zaśpiewać rytmicznie, nie tracąc wcale sensu. Poza tym, jesli już mówię o wszystkim - chorał "jarosławski" wywiera wspaniałe wrażenie - ale trudno modlić się nim co dzień, tak mi się zdaje. Ale innego chorału (w praktyce, dla nas świeckich) przecież nie ma? Ten jest przynajmniej przez tydzień, raz w roku.

Mówi Pan o paru sprawach,

Mówi Pan o paru sprawach, które są odrębne, ale niestety pozostają też w nieszczęśliwym splocie. To, że od niepamiętnych czasów chorał jest domeną braci studentów; to, że zdarzały się przypadki napięć w chórze wynikłych z nieroztropnego wprowadzania zasłyszanych chorałowych nowinek; to, że weszło w obieg określanie chorału "festiwalowego" mianem chorału dominikańskiego czy "według Hieronima" - to wszystko utrudnia postrzeganie modlitwy chorałowej jako własnego i bezcennego dziedzictwa. Nie mówię o istocie problemu, ale o czynnikach, które mają niedobry wpływ na codzienną praktykę (czy jej brak). A co się tyczy prymatu słowa, to jest to kwestia sporna wyłącznie w tym sensie, że istnieje środowisko przywiązane do chorału, które wyżej niż zrozumiałość słów i zdań stawia rekonstruowane reguły rytmiczne. W tej kwestii polscy śpiewacy okazali się "plus catholique que le pape". Nie od dziś odczuwam żal, że z nauk Marcela Peresa wybrano tylko niektóre.

Re: o. Błażej

Wydaje mi się, Ojcze, iż kwestie, o których piszesz miałyby rzeczywiście pierwszorzędne znaczenie wówczas, gdybyście Wy, tj. dominikanie, w ogóle ten chorał śpiewali, kultywowali żywą tradycję modlenia się w ten sposób. I to nie tylko klerycy w jednym klasztorze. Wtedy to Wy bylibyście wyznacznikiem właściwego sposobu śpiewania. Inaczej są to "spory magów" które jak wiadomo są nieskończone. Mojej niewysublimowanej wrażliwości bardzo odpowiada szorstki rytmiczny chorał, nawet kosztem właściwej akcentuacji (przecież bywa czasem nawet tak, że tekst, a w zasadzie jego wymowa, ulega zmianie na rzecz melodii), ale mi w gruncie rzeczy nie chodziło o to, żebyście śpiewali koniecznie jak Marcin Szczyciński, tylko żebyście w ogóle zaczęli śpiewać i pomyśleli o tym, jak również o szerszym propagowaniu tego sposobu modlitwy wśród świeckich, jako o działaniu duszpasterskim. Swoją drogą ja też bym wolał, żeby nie było tak dużej dysproporcji tempa pomiędzy antyfonami a psalmami.

jeszcze o słowie (z podziękowaniem dla p. Marcina Morawskiego)

Dodam jeszcze, że Marcel Peres recytuje psalmy bardzo, bardzo wolno, z mocnym wybijaniem akcentów. Tak tej sztuki uczono w dawnych wiekach. Jest w tej praktyce coś ze smakowania słów. A związek słowa z melodią pięknie podkreśla Hieronim z Moraw (w ślad za Janem z Afflighem) wskazując, że melodia chorałowa naśladuje naturalną melodię porządnie wypowiadanego zdania. Co ciekawe, obaj piszą o tym w dziale ze wskazówkami dla kompozytorów. Nie powstrzymam się przed ostatnią uwagą: czasem reguły są ze sobą w koflikcie i wtedy trzeba postawić wyżej jedną z nich. Moi przyjaciele, wspomniani niżej kantorzy, dają pierwszeństwo regułom rytmicznym. Nigdy się na to nie zgodzę. Słowo jest ważniejsze, począwszy od prawidłowego akcentu aż po wzajemne powiązanie słów w zdaniu.

Słowo

"czy na pierwszym miejscu jest rozumnie wypowiadane słowo (a to znaczy także: zdanie, z logiką jego frazy)" Bardzo się cieszę, że ojciec to napisał. To bardzo ważna rzecz; często się zastanawiam, na ile śpiewający chorał rozumieją, co śpiewają (cf. Dz 8:30).

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

W obronie Hieronima

Nie bardzo mnie interesuje rekonstrukcja historyczna, a rekonstrukcja historyczna w liturgii to w ogóle absurd. Ale to zupełnie osobna kwestia, do niekończących się dopowiedzeń i uściśleń. W każdym razie interesuje mnie udział wiernych we wspólnej pięknej modlitwie. Moje zastrzeżenia wobec jarosławskiego chorału nie są natury drugo- czy trzeciorzędnej. To zupełnie podstawowe sprawy: czy na pierwszym miejscu jest rozumnie wypowiadane słowo (a to znaczy także: zdanie, z logiką jego frazy), czy na miejsce słowa wchodzi abstrakcyjna i sztucznie rekonstruowana zasada nakazująca oddzielać każdy urywek między kreskami. Albo: skoro już tak się rozciąga antyfony i responsoria, dlaczego tak szybko biegnie się po psalmach? Na styku tych dwóch zastrzeżeń powstaje trzecie: w psalmach śpiewanych na modłę jarosławską słowo "Dominus" w zasadzie brzmi bez żadnego akcentu, za to na koniec antyfony potrafi zabrzmieć mocno i triumfalnie z błędnym akcentem na "mi". Kwestie sporne (czy raczej odłożone na bok, bo nikt już nie ma ochoty się o nie spierać) dotyczą głównie tego rodzaju spraw, a nie kwestii zastosowania takiego czy innego rodzaju głosu. Sam nie mając mocnego głosu wolę w liturgii śpiew wyrazisty niż mimozowaty. Dlatego też wciągnąłem się w śpiewanie Sacred Harp. Nie mam teraz niestety czasu na wprowadzenie w życie planu szkółki gregoriańskiej, w której trzeba by mocno podkreślić znaczenie słowa w śpiewie. Ciekawe, że właśnie Hieronim mocno podkreślał logikę muzycznej frazy, a tymczasem sam jest kojarzony z rozbijaniem zdania na krótkie odcinki między kreskami. Ot, dziejowa niesprawiedliwość!

Re: o. Błażej - o chorale

Ależ, Ojcze! W ten sposób potwierdzasz tylko to, co napisałem - wszystko grzęźnie m.in. w sporach interpretacyjnych, czy śpiewać to tak, czy inaczej. Na wzmiankę o wywróceniu do góry nogami dotychczasowego rozumienia głównego przedmiotu De musica oblizałbym się być może, gdyby sprawa była wyłącznie akademicka. A nie jest; mało tego, powiedziałbym, że staje się paląco aktualna. Tak naprawdę, chcąc podejść do niej w sposób ściśle historyczny, trzeba by na pierwszym miejscu zabronić świeckim korzystania z Waszych ksiąg i modlenia się Waszym śpiewem. Co prawda wszystko wskazuje na to, że już niedługo przestanie on być Wasz, bo przestaniecie go w ogóle praktykować, zaś jedynymi miejscami, gdzie księgi dominikańskie będą w realnym użyciu będą te, gdzie znajdą się naśladowcy Marcina Szczycińskiego i Roberta Pożarskiego. Mi najbardziej odpowiada modus śpiewu, który oni proponują, ale przecież nie musi chodzić o to, żeby niewolniczo przyjąć te rozwiązania. Problem nie leży w tym, czy śpiewać Hieronimem czy nie, ale żeby w ogóle śpiewać. Wtedy można dyskutować, mogą się też ustalać lokalne tradycje czy dyferencje w obrębie pewnego kanonu.

O chorale dominikańskim i o

O chorale dominikańskim i o "chorale jarosławskim" kiedyś napiszę. Tymczasem tyle: z racji estetycznych i historycznych nie mogę przyjąć festiwalowej wersji chorału za swoją. Dla zaostrzenia apetytu niech wystarczy takie stwierdzenie: z mojej analizy uwag Hieronima z Moraw o sposobie śpiewania w kościele wynika, że jeżeli w ogóle opisuje on chorał, to na pewno nie dominikański.

Czuwanie przed Bożym

Czuwanie przed Bożym Narodzeniem i piec ognisty. Ciekawe. Niektórzy z Ojców w tej scenie widzieli zapowiedź Wcielenia. O chorale dominikańskim wypowiadał się nie będę, za to przypomniał mi się pewien bardzo energetyzujący śpiew na Komunię z Antyfonarza klasztoru w Bangor. Może go usłyszymy w polskich kościołach...

Dryhtnes are gebide, Metudes miltse...

Żal

Miałem wczoraj być, ale ostatecznie się nie pojawiłem - trochę byłem zmęczony, trochę mi się nie chciało i trochę miałem jeszcze do zrobienia rzeczy. Szkoda. Dzięki wielkie za tę relację - choć szczątkowo mogłem sobie wyobrazić, jak to by było w tym oficjum uczestniczyć.

"Niezdolność klęczenia okazuje się zatem istotą elementu diabolicznego" - Józef kardynał Ratzinger.

Ostatnio najpopularniejsze

Blog „Blog redakcyjny”
Czy II Sobór Watykański odpowiedzialny jest za śmierć kultury zachodniej? Twierdzącej odpowiedzi na to pytanie bez wahania udzielił ks. Jan Jenkins z Bractwa Piusa X w odczycie, który odbył się 10 stycznia w Instytucie Religioznawstwa UJ.
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Od dłuższego czasu (kilkadziesiąt lat) powszechną stała się w Polsce praktyka, iż kapłani uczestniczący w licznych nabożeństwach oraz w Eucharystii, którzy nie przewodniczą im ani (w przypadku Mszy) nie koncelebrują (a więc inaczej mówiąc, nie wykonują swojej funkcji kapłańskiej, a...
Blog „Katedra Liturgiki Praktycznej”
Uczestnicząc jakiś czas temu w pewnej Mszy zacząłem zastanawiać się nad takim oto problemem. Pamiętamy, że udzielanie Komunii Świętej pod dwiema postaciami może mieć miejsce przez jedną z 4 form: 1. Przez bezpośrednie picie Krwi Pańskiej z kielicha po przyjęciu Ciała Pańskiego 2. Przez spożycie...

O autorze

Krucjata anty-omniańska

Tomasz Dekert

Mąż, ojciec dwóch córek i dwóch synów

Doktor religioznawstwa (UJ)

Wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie

Współpracownik Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego

Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne

Autor m.in. książki Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama, (WAM, Kraków 2007).  

M T W T F S S
 
 
1
 
2
 
3
 
 
5
 
6
 
7
 
8
 
9
 
10
 
11
 
12
 
13
 
14
 
15
 
16
 
17
 
18
 
19
 
20
 
21
 
22
 
23
 
24
 
25
 
26
 
27
 
28
 
29
 
 
 
 
 
Add to calendar

Najnowsze wpisy autora

Nowa era czyli o periodyzacji i "teologicznym punkcie widzenia"

2012-01-23

Krótko po świętach wpadł mi w ręce aktualny wówczas numer "Tygodnika Powszechnego". A tam znalazłem kolejny tekst J. Majewskiego, który tak mi zapadł w umysł, że do tej pory boli mnie wątroba. Czego to te ludzie nie wymyślą... więcej »

Choinka czyli o godności

2012-01-02

Mam sąsiada. Człowiek to ubogi duchem i ciałem, w rzeczywistości na skraju (albo i za skrajem) nędzy. Kawaler, od czterdziestu lat alkoholik, niedawno wyszedł z więzienia, gdzie trafił za to, co (i jak) krzyczał po pijaku, itd., itd... Patrząc z zewnątrz - dno totalne.  więcej »

Oto człowiek - ofiara i Król

2011-12-24

Dopiero niedawno odkryłem starą już, bo z 1995 r., płytę Jacka Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego (w śpiewie towarzyszyła im też Elżbieta Adamiak), pt. "Szukamy stajenki". Wstrzymywała mnie przed poznaniem jej generalna niechęć do funkcjonujących w naszej kulturze rozmaitych wariacji na temat Narodzenia Pańskiego. W tym do "tradycyjnych" (czyt. śpiewanych do womitu w polskich kościołach i przetwarzanych przez wszystkie możliwe odmiany popgwiazd) kolęd. więcej »

O muzyce w pewnej archidiecezji czyli kilka kwiatków

2011-12-17

Jakieś dwa tygodnie temu wchodząc do sklepu rzuciłem jak zawsze okiem na stojak z prasą stojący przy wejściu i z miejsca uderzył mnie tytuł na pierwszej stronie "Gazety Krakowskiej". Głosił: "Zły doradca kardynała". więcej »

Lubiane na Facebooku

Ostatnio na blogach