95% czyli o transformacjach pojęcia autorytetu

Kiedy zajechałem wczoraj na parking Tesco przy Wielickiej w Krakowie powitał mnie telebim newsowy. Proszę wybaczyć ten egocentryczny ton, wiadomo, że powitał nie tylko mnie, ale jeszcze wiele tysiący innych osób, a tak naprawdę to o wiele więcej, bo stoi tam od dawna, ale ja wcześniej nie zwróciłem na niego uwagi i..., ufff, zaplątałem się.

Kiedy zajechałem wczoraj na parking Tesco przy Wielickiej w Krakowie powitał mnie telebim newsowy. Proszę wybaczyć ten egocentryczny ton, wiadomo, że powitał nie tylko mnie, ale jeszcze wiele tysiący innych osób, a tak naprawdę to o wiele więcej, bo stoi tam od dawna, ale ja wcześniej nie zwróciłem na niego uwagi i…, ufff, zaplątałem się.

Pal więc sześć sam telebim, ważne jest to, że pośród wielu istotnych, ważnych i zajmujących informacji, które się tam przewijały (np. jakiegoś arcymądrego – zapewne – stwierdzenia prezesa Kaczyńskiego) jedna zwłaszcza wydawała się rewelacyjna. Otóż – głosił ekran – 95% Polaków uważa Jana Pawła II za autorytet moralny.

To nie jest takie nic, tak sobie wysiąść z samochodu i dostać od razu po oczach czymś takim. Człowiek myśli sobie co by tu kupić na obiad, zwłaszcza, że córka kończy osiem lat, będą goście i w ogóle, a tu nagle taki strzał. Doprawdy gdybym nie miał ze sobą listy zakupów, gdzie stało czarno na białym: kup to a to, pewnie wróciłbym do domu z felgą, najnowszym modelem frytkownicy i pianką do golenia, tj. z rzeczami tak potrzebnymi, jak ten primaaprilisowy (albo zgoła nie) śnieg za oknem, co do którego bez żadnych mętnych statystyk można stwierdzić, że co najmniej 95% polskiego społeczeństwa kręci na niego nosami. W głębokiej bowiem zadumie zmierzałem do przybytku Hermesa.

Tak odruchowo to chce się wierzyć takim wszem i wobec wykrzyczanym wieściom. No bo przecież intuicyjnie wydawałoby się, że kłamstwa powinny być raczej sączone (albo syczane) gdzieś po cichu, w obawie przed demistyfikacją. Błądząc więc pomiędzy półkami (tam i z powrotem, tam i z powrotem, jak w jakimś inicjacyjnym labiryncie) gryzłem w sobie myśl, że oto, wbrew wszelkim możliwym pozorom, znajduję się w katolickim ziemskim raju, w krainie społecznego królowania Chrystusa. No bo skoro te 95 %, to przecież, nooo, to właśnie…, a więc… eee… I tu przez ten wspaniały miraż przebiła się natrętna myśl: kto opłaca te badania (i nie mniej natrętna: mam nadzieję, że nie KEP)? I co to w ogóle za badania? A jak już jesteśmy przy tym, to co to za cholerna bzdura?

A może nie bzdura, tylko transformacja pojęcia autorytetu? Rozumiane dosłownie stwierdzenie, że Jan Paweł II jest dla trzydziestu kilku milionów ludzi autorytetem moralnym oznaczałoby, że wzorują swoje przekonania i działania moralne na jego nauczaniu i postępowaniu. To pierwsze w zasadzie oznaczałoby, że przyjmują za swoje nauczanie moralne Kościoła, a więc pielęgnują życie rodzinne, nie rozwodzą się, swoją seksualność realizują w monogamicznych małżeństwach, nie instrumentalizują się nawzajem przez stosowanie antykoncepcji, są sprawiedliwymi i wielkodusznymi pracodawcami oraz sumiennymi pracownikami, czczą i ochraniają życie ludzkie od poczęcia do naturalnej śmierci, troszczą się o ubogich i w ogóle miłują bliźniego swego zamiast na niego na przykład pluć i podkładać mu świnie. To drugie mogłoby na przykład obejmować zdecydowane reagowanie na społeczną i polityczną niesprawiedliwość, przebaczanie nieprzyjaciołom i krzywdzicielom (choć kompulsywne wałkowanie przez kaznodziejów i media odwiedzin Jana Pawła II u Ali Agcy…, e, może dam spokój), czy wierne trwanie przy prawdach niepopularnych.

95 %, 95 %, niesamowite…

No więc wydaje się oczywiste, że pojęcie autorytetu moralnego trzeba w tym wypadku rozumieć inaczej. Może metaforycznie? Albo symbolicznie? Albo może abstrakcyjnie – Jan Paweł II po prostu JEST autorytetem moralnym, co przecież wcale nie musi implikować że jest nim DLA MNIE? To ważne żeby istniały autorytety, zwłaszcza te moralne. No i proszę istnieją, a w każdym razie jeden. Kto by się spodziewał? A tyle się mówi, np. w różnych okólnych listach, o upadku autorytetów. Chciałoby się zakrzyknąć: alleluja!, ale nie uchodzi…

No dobrze, dosyć tych sarkazmów. Temat nie najlepszy na początek Wielkiego Tygodnia. Ale w gruncie rzeczy wydaje się dobrze współgrać z tajemnicą dzisiejszego dnia (Niedzieli Palmowej). I w jednym i w drugim przypadku mamy bowiem do czynienia ze społeczną deklaracją, której pokrycie jest, delikatnie mówiąc, problematyczne. A prawdziwy charakter czczonych tą deklaracją ikon zdaje się rozmijać z tym, co czczą w nich deklaratorzy.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.