A takie tam głupoty

Atmosfera na blogach zrobiła się gorąca, wręcz burzowa. Dlatego tym razem, w celu jej (ewentualnego) rozładowania, będzie lekko i – nie, nie przyjemnie, ale nonsensowo. I bez wkladania kija w mrowisko. (Przyjemnie może też, zależy od poczucia humoru. Ja podobno mam dzisiaj dobry humor, tak mówią na mieście.) Z góry też uprzedzam wszystkich, którzy mogą się poczuć urażeni tym, co zobaczą poniżej: intencją autora nie było obrażanie kogokolwiek.

Drogi czytelniku, czy masz już, po przeczytaniu wstępu, wypieki na twarzy, i zastanawiasz się, co też się kryje we właściwej części wpisu, do której właśnie dotarłeś? A takie sobie… próbki literackie.

(skutek wakacyjnej korespondencji)
Pewien dominikanin z Krakowa
wciąż różaniec zaczynał od nowa,
gdyż rozproszeń miał sporo –
tak mu było wesoło,
że od śmiechu aż trzęsła się głowa.

(po obiedzie w refektarzu na Służewiu)
Był raz dominikanin w Warszawie,
który wyznał: Dziwisza nie trawię!
Jakże nudny to facet,
Stasio non mihi placet,
ja Schönborna tu imię rozsławię!

(to specjalnie dla o. Marka R.)
Był raz dominikanin w Warszawie,
który wyznał: Rydzyka nie trawię!
Wolę gąski, maślaki,
rydz niesmaczny jest taki,
nawet gdy go oliwą przyprawię.

(for Rev. C. E. Hilton)
Once in Cambridge a bright priest did dwell
Who read mystics in his quiet cell;
He was extremely tall,
So he played basketball;
It made spectators merrily yell.

(tolkienowsko-wakacyjnie)
Pewien Majar, mieszkaniec Valmaru,
pośród skwaru letniego i żaru
hröa zrzucał na plaży,
fëa na piasku prażył
i o chłodzie rozmyślał Dimbaru.

(makabrycznie)
Pewien lekarz, co w Łodzi pracował,
w wolnym czasie namiętnie haftował
w zakamarkach kostnicy;
trzymał to w tajemnicy:
nikt nie wiedział, czym tam się zajmował.

(w czasie jazdy autobusem po czytaniu blogów)
Dominika syn żył w Kraka grodzie,
w zimnej tylko on kąpał się wodzie;
było to umartwienie,
gdyż go gryzło sumienie
za zbyt częste wizyty w gospodzie.

(laboratoryjnie)

Pewien dominikanin z Warszawy
dnia pewnego był bardzo ciekawy,
czy mu przeor pozwoli
wypić litrów pięć coli;
przeor nie był dlań jednak łaskawy.

(poligonowo)
W Gdańsku brat z kaznodziejów zakonu
tak przestraszył się raz dźwięku dzwonu,
że po schodach się stoczył
i z klasztoru wyskoczył,
aby dobiec w popłochu do schronu.

I mała uwaga: słowo ‘dominikanin’ trudno się wpasowuje w limeryk, ze względu na liczbę sylab; trzeba więc akcentować w nim aż dwie sylaby: dóminikánin, aby utrzymać odpowiedni rytm.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.