Aby bardziej rozszerzała się prawda

Na początek pozwolę sobie na trochę lansu; kumoterstwa, by użyć bardziej tradycyjnego, a tu chyba i bardziej adekwatnego słowa.  Kończąc studia nie myśleliśmy z żona o karierze akademickiej.

Jeśli o mnie chodzi to skończyłem specyficzną uczelnię (szkołę morską) i niezależnie od innego pomysłu na życie uważałem, że próba łączenia tej drogi z pisaniem doktoratu byłaby w jakiś sposób obraźliwa dla zajmujących się nauką na poważnie kolegów z  politechnik. Wśród koleżanek i kolegów żony byli jednak tacy, którzy jeszcze stażu lekarskiego nie skończyli, a już bronili doktoraty. Ona tymczasem zaczęła od powiatowego szpitala i wiejskiej przychodni. Tak, tak… – była młodą lekarką na rubieży 😉

Po kilku latach postanowiłem szukać bardziej stabilnej pracy i przenieśliśmy się do większego miasta. Tu Magda wdała się w robienie rzadkiej, trudnej ale też jakoś szczególnej specjalizacji – neonatologii. Czasem myślę, że to taka walka z Bogiem, trochę jak w przypadku biblijnego Jakuba. Uparta próba przeciągania na tę stronę życia rozmaitych wcześniaków i ciężko chorych noworodków. Pewnie dlatego bardzo bliski jest jej profesor Jerôme Lejeune, o którym pisałem jakiś czas temu.

Po paru latach trafiła jako konsultant do kliniki chirurgii dziecięcej. Tutaj zaczęła mieć do czynienia z najmłodszymi pacjentami  w najcięższych stanach. Spotkała tez jednak szefa, profesora, który zaczął ją i zachęcać, i zmuszać do napisania doktoratu. I tak od prawie roku jestem mężem pani doktor. Nie tylko w zwyczajowym sensie tego słowa.

Wspominam o tym, bo dziś uczelnia gdzie się obroniła, zorganizował uroczystą promocję doktorską dla wszystkich , którzy dokonali tego w ciągu ostatniego roku. Już przed uroczystością uprzedziłem potomstwo, że będzie trochę tak jak na „starej” Mszy. No bo rzeczywiście – najpierw był narodowy hymn i krótkie, grzecznościowe przemówienie jednego z prorektorów. Potem był jeszcze wykład jednej z Pań Profesor. Bardzo zresztą interesujący. O tym , dlaczego niektórych ludzi biologiczne cechy ich mózgu przynaglają do zaczerniania białych kartek papieru. Sam główny akt promocji rozpoczął się jednak od Gaudeamus w wykonaniu uczelnianego chóru. Potem doktoranci składali przysięgę. Rotę przysięgi odczytywał dziekan po łacinie (no, mógł wczoraj wieczorem trochę bardziej się przyłożyć do ćwiczeń). Na koniec znowu chór i Gaude Mater Polonia.

Ciesz się Matko Polsko,
Płodna szlachetnym potomstwem.
Bądź gotowa oddać chwałę,
Wielkim dziełom Najwyższego Króla. Amen

A i sama przysięga! Pod  koniec roty świeżo upieczeni doktorzy zobowiązywali się, że swoją  pracę będą kontynuowali, quo magis veritas propagetur et lux eius, qua salus humani generis continetur, clarius effulgeat (aby bardziej rozszerzała się prawda i aby jej światło jaśniej świeciło, albowiem w niej zawarte jest/obejmuje ona zbawienie/powodzenie rodzaju ludzkiego).

Pewnie można to rozumieć tak, że prawda z tej roty, to tylko jej scjentystyczna, empiryczna wersja i  wtedy z pewnością salus należy tłumaczyć jako powodzenie. Jeżeli jednak (może właśnie szczególnie  w naukach stosowanych) swoją działalność rozumiemy jako „biblijne czynienie sobie ziemi poddaną” (do którego motywu nawiązywała, nota bene, głosząca okolicznościowy wykład), to prawda przyrodzona jest częścią prawdy uniwersalnej, obejmującej także to co nadprzyrodzone, a skutkiem poszukiwania tejże jest cos więcej niż tylko doczesne powodzenie i pomyślność. Tym czymś jest Zbawienie.

Jak jeszcze ciągle tkanka naszego życia społecznego jest przesiąknięta chrześcijańską treścią! Owszem – organizatorzy poinformowali promowanych tylko o tym,  co maja odpowiedzieć po odczytaniu  roty przysięgi (spondeo ac polliceor) i nie zatroszczyli się wcale, aby jej tekst im uprzystępnić. Pewnie do większości nic albo niewiele dotarło. [ W naszym przypadku to ja wyszperałem i zapewniłem dwujęzyczna wersję Magdzie i synom – taki mszalik 😉 ]

A jednak to ciągle jest pewna wartość. Wartość, zagrożona nie tylko przez bierność  ale i czynne jej niszczenie. Zapatrzonych w antycznego Herostratesa palikotów nie brakuje. Może dlatego, przy całym szacunku do Urzędu i Osoby, Franciszkowe buona sera zamiast sia lodato Gesu Cristo wzbudza u niektórych nutę smutku.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.
Aby bardziej rozszerzała się prawda

Zobacz także

Piotr Chrzanowski

Z wykształcenia inżynier mechanik, od dłuższego czasu z zawodu dyrektor. Mieszka pod Bydgoszczą. Mąż z ponad dwudziestoletnim stażem i ojciec dwóch synów w wieku licealnym.