Akt kultu a aktualne zadania kształcenia liturgicznego

W obecnych dyskusjach na temat liturgii pozostała właściwie tylko jedna kwestia z tych bogatych treści soborowych, moment socjologiczno–etnologiczny: udział wiernych w liturgii i użycie języka ojczystego. W rzeczywistości chodzi tu o coś więcej. Chodzi o akt, o cały świat aktu liturgicznego, który w przeszłości został zubożony, a teraz powinien się odrodzić.

List[1]

Drogi Przyjacielu, chętnie wziąłbym udział w III Kongresie Liturgicznym w Moguncji. Miałbym okazję powiedzieć o sprawach, które wydają mi się ważne.

Niestety okazało się to niemożliwe. Muszę więc zadowolić się wyłożeniem Ci moich myśli listownie i mam nadzieję, że znajdą one drogę do szerszego kręgu odbiorców. Zdajemy sobie wszyscy sprawę, jak ważne zadania stoją przed liturgią. Sobór położył podwaliny pod przyszły rozwój Kościoła. To, w jaki sposób ten Sobór doszedł do skutku i ukazał prawdę, pozostanie po wsze czasy szkolnym przykładem działania Ducha Świętego w Kościele. Trzeba sobie teraz zadać pytanie, od czego zacząć pracę, aby tę rozpoznaną prawdę wcielić w życie.

Zrodzi się oczywiście mnóstwo szczegółowych kwestii natury obrzędowej i tekstowej, a doświadczenie uczy, jak wiele można tu uczynić dobrego i złego. Wydaje mi się jednak, że chodzi przede wszystkim o jedno, o problem aktu kultu – ściśle mówiąc aktu liturgicznego.

Wydaje mi się, że w ubiegłym stuleciu człowiek nie był już zdolny do tego aktu; ba, nawet o nim nie wiedział. Dla typowego człowieka tamtych czasów zachowanie religijne miało charakter indywidualno–wewnętrzny, przez „liturgię” zyskiwało jedynie otoczkę oficjalnych uroczystości. Tym samym zagubił się sens czynności liturgicznych, gdyż akt, którego dokonywał wierny w kościele nie miał w istocie natury liturgicznej, lecz intymno–prywatną. Nierzadko wierny odbierał przy tym liturgię jako przeszkodę w modlitwie. Nic dziwnego, że ci, którzy troszczyli się o formy liturgii, wydawali się dziwakami i estetami, niepoważnymi chrześcijanami.

Intensywność dyskusji soborowych musiała przekonać każdego, myślącego w duchu Kościoła i z Kościołem, o wadze problemu. Każdy, kto nie zaplątał się w sprawy drugorzędne — jak na przykład eklezjalne znaczenie języka ojczystego — musiał postawić sobie pytanie, czym jest moment „liturgiczny”, o którym tyle się dyskutuje. I w konsekwencji dochodził do wniosku, że wydarzenie religijne kryjące się za liturgią musi być czymś szczególnym i ważnym.

Zastanawiając się nad istotą tej szczególnej rzeczywistości, dochodziło się do wniosku, że akt liturgiczny opiera się wprawdzie na uczestnictwie poszczególnych wiernych, ale ci wierni jako grupa socjologiczna, jako corpus tworzą wspólnotę wiernych bądź Kościół obecny w tej wspólnocie. W akcie tym bierze udział nie tylko duchowe wnętrze człowieka, ale cały człowiek, ciało i dusza. Dlatego również zachowanie zewnętrzne jest „modlitwą”, aktem religijnym, a konkretne czasy, miejsca i rzeczy przypominane w liturgii nie są tylko „upiększeniem” uroczystości, ale stanowią istotne elementy całego tego aktu i jako takie muszą się zrealizować.

W obecnych dyskusjach na temat liturgii pozostała właściwie tylko jedna kwestia z tych bogatych treści soborowych, moment socjologiczno–etnologiczny: udział wiernych w liturgii i użycie języka ojczystego. W rzeczywistości chodzi tu o coś więcej. Chodzi o akt, o cały świat aktu liturgicznego, który w przeszłości został zubożony, a teraz powinien się odrodzić. W tym celu trzeba jednak najpierw w ogóle dostrzec cały problem. Tymczasem rośnie niebezpieczeństwo, że wszystko to, o czym mówię, zostanie zepchnięte na dalszy plan jako „sztuczny problem” — zwłaszcza przez ludzi o nastawieniu indywidualistycznym i racjonalistycznym, ukształtowanych przez tradycję. A trzeba koniecznie dodać, że tradycja ta wcale nie jest tak stara. Jest to tradycja nowożytna, która wyparła rzeczywiście stare, istotne dla życia Kościoła elementy tradycji.

Chodzi więc o to, czy te, w tak cudowny sposób otwarte, możliwości liturgiczne zostaną rzeczywiście zrealizowane. Czy reforma liturgii zadowoli się usunięciem zniekształceń, dopasowaniem rytu do nowych sytuacji, odpowiedniejszymi instrukcjami co do przebiegu i elementów liturgii — czy też nauczymy się na nowo zapomnianych czynności i odzyskamy zagubione typy postaw.

Wyłoni się oczywiście również kwestia tego, czy obecna liturgia nie zawiera elementów, których człowiek współczesny po prostu nie jest już w stanie przeżyć. Przypominam sobie rozmowę z wielkim prekursorem odnowy liturgicznej, Ildefonsem Herwegenem, opatem klasztoru Maria Laach[2]. Podsumowując wyłożone tu myśli zauważyłem, że dowodem na to, iż reforma liturgii dotknęła spraw istotnych, będzie „kryzys liturgii”. Opat Herwegen w zadumie pokiwał głową. Dopóki czynności liturgiczne będą tylko obiektywnie „celebrowane”, a teksty poprawnie recytowane, wszystko będzie szło jak z płatka, gdyż nic z tych rzeczy nie dotknie istoty aktu religijnego. Z chwilą jednak, gdy wydarzenie liturgiczne przeniesiemy na płaszczyznę poważnej modlitwy, natychmiast ujawnią się te elementy, których człowiek współczesny nie jest w stanie zrealizować.

W tym celu jednak — i to zadecyduje o wszystkim — ci, których zadaniem jest nauczać i wychowywać, muszą sami siebie zapytać, czy w ogóle chcą aktu liturgicznego. Powiem dosadniej: czy w ogóle wiedzą, że taki akt istnieje, jaką ma naturę, że nie jest ani „luksusem”, ani białym krukiem, ale czymś konstytutywnym i istotnym. Czy to, co rozumieją pod pojęciem aktu liturgicznego, nie jest przypadkiem tym samym, co mógł mieć na myśli duszpasterz dziewiętnastowieczny mówiąc: „Trzeba lepiej zorganizować procesję, żeby ludzie lepiej się modlili i śpiewali”. Czy rozumieją, że należałoby raczej zapytać, w jaki sposób przemienić procesję w akt religijny, w towarzyszenie Panu, który nawiedził swoją ojczyznę, i aby w tym była „Epifania”?

Chodzi więc przede wszystkim o pytanie, na czym polega sam akt liturgiczny tkwiący u korzeni obrzędów. Możemy tu podać zaledwie parę krótkich wskazówek.

Istota tego aktu ukazuje się najdobitniej tam, gdzie liturgia przewiduje czytelne działanie, na przykład — jeśli ma to miejsce podczas mszy — podczas „składania darów”. Zasadnicza różnica polega na tym, czy wierni składający dary traktują swoją drogę do ołtarza czysto instrumentalnie, a więc jako nie różniącą się niczym od składania ofiar na tacę — czy też rozumieją, że samo zanoszenie darów jest „modlitwą”, gotowością służenia Bogu, współuczestnictwem w składaniu ofiary.

Czynność wykonywana w trakcie aktu może skoncentrować się na samej rzeczy, np. na pieniądzach składanych na tacę, a zastępujących konkretny dar, lub na chlebie i winie podczas przygotowania darów ofiarnych. Wtedy „znaczenie” aktu nie jest „dodane” — słownie lub w myślach — ale realizuje się w samym akcie… To samo można powiedzieć o znaczeniu określonych pomieszczeń czy miejsc, w których odbywa się nabożeństwo, pór roku, dni, godzin…

Akt liturgiczny realizuje się już w samym oglądaniu czynności liturgicznych. Wierni, spostrzegając to, co się dzieje na ołtarzu, i wypowiadając słowa liturgii, nie tylko są widzami, ale już realizują akt religijny. Przeżyłem to kiedyś w katedrze w Palermo, kiedy namacalnie odczułem wielkie skupienie i uwagę, z jaką wierni godzinami śledzili przebieg liturgii Wielkiej Soboty nie zaglądając do mszału, bez żadnych „wprowadzających” wyjaśnień. Na pewno wiele w tym było zwyczajnego „gapienia się”, myślę jednak, że było to coś więcej. Samo przyglądanie się wiernych było już czynnością, uczestnictwem w realizacji świętych wydarzeń liturgicznych.

Tylko wychodząc od takich symbolicznych przykładów, jak choćby umycie rąk przez celebransa, a nawet najprostsze gesty liturgiczne, jak wyciągnięcie rąk nad kielichem, możemy uchwycić istotne rysy nabożeństwa liturgicznego. Bo istota aktu nie zawiera się w wyjaśnieniu dodanym do tych gestów — że np. znaczy to to a to. Lecz gdy kapłan „wykonuje” czynność symboliczną jako akt liturgiczny a oglądający to wierni „odczytują” tę czynność w analogicznym akcie, wtedy sens wewnętrzny zostaje odebrany w zewnętrznym wyrazie. W przeciwnym wypadku wszystko jest czystą stratą czasu i lepiej by było po prostu „powiedzieć”, o co chodzi. Symbol jest bowiem sam w sobie czymś cielesno–duchowym, wyrazem niewidzialnego w widzialnym. Po to, aby symbol ujawnił swoją siłę wyrazu, musi zostać z powagą zrealizowany, również przez uczestnictwo bierne.

Szczególnie ważne z punktu widzenia aktu liturgicznego jest osiągnięcie autentycznej, realnej wspólnoty wiernych. Wspólnota opiera się na poszczególnych wiernych, którzy nie są tu jednak wyizolowanymi jednostkami, ale członkami „gminy”, w której uobecnia się Kościół. Właśnie ta wspólnota wypowiada się w słowach modlitwy jako „my”. Struktura wspólnotowa jest czymś innym niż grupa ludzi spotykających się przy jakiejś okazji lub dla wykonania określonego zadania. To jest corpus, Ciało, obiektywna całość. W akcie liturgicznym jednostka włącza się w tę całość; znajdujący się obok współwierni zostają włączeni w jej liturgiczną samorealizację. Uczynić to autentycznie i szczerze nie jest łatwo. Trzeba przy tym przezwyciężyć wiele rzeczy, które dzielą. Przede wszystkim izolację tak typową dla człowieka nowożytnego; następnie wewnętrzną niechęć i wrogość wobec sąsiadów; obojętność wobec tej masy ludzi, którzy człowieka „nic nie obchodzą”, choć są członkami tej samej wspólnoty; wewnętrzną inercję itp. Za każdym razem we wnętrzu człowieka musi budować się od nowa to, co nazywa się „wspólnotą” i „Kościołem”.

Ażeby zrealizować intencje soborowe, potrzebne jest poprawne pouczenie, ale także autentyczne wychowanie, ćwiczenie się w realizacji aktu. Aktywna obecność wiernych w Palermo opierała się na tym, że nie zaglądali do mszału, aby przeczytać, co dane czynności liturgiczne „oznaczają”, ale „czytali” je oglądając. Może ta zdolność była pozostałością starożytnego dziedzictwa, zapewne okupioną u tych ludzi brakiem tego, czego naucza nowoczesna szkoła. Dzisiaj problem polega więc na tym, aby wyjść poza umiejętność czytania i pisania, i nauczyć się żywego oglądania.

Na to właśnie należy położyć największy nacisk w przyszłym wychowaniu liturgicznym. Jeśli to nie nastąpi, na nic cała reforma rytów i tekstów. Może nawet dojść do tego, że ludzie poważni, zatroskani o prawdziwą pobożność stwierdzą, że stało się nieszczęście. I powiedzą tak, jak pewien stary, czcigodny ksiądz: „Przed tą całą reformą ludzie potrafili się przynajmniej modlić. A teraz gadają i biegają po kościele”.

Bez wątpienia trzeba będzie wiele wysiłku myślowego i prób, aby nauczyć współczesnego człowieka rzeczywistego realizowania aktu liturgicznego, jeśli ma to być coś więcej niż teatr i afektacja. Nie można zapominać, że wielu z tych, którzy powinni być nauczycielami i kierownikami, nie ma doświadczenia. Czasami wręcz, kierowani własnym indywidualistycznym pojmowaniem pobożności bojkotują zmiany, uważają reformy za niestosowne wymagania i myślą po cichu, że trzeba przeczekać „modę” i że wszystko „wróci do normy”.

Liturgia Wigilii Paschalnej

Ruch odnowy liturgicznej przeszedł kilka różnych faz. Wskazane byłoby nakreślenie obrazu historycznego uwzględniającego nie tylko kolejność faz, ale także wewnętrzny sens każdej z nich z osobna. Jeśli wolno, podsumuję ten rozwój w dwóch zdaniach. Pierwszą fazę, której ośrodkiem było Solesmes[3], nazwałbym ruchem restauracyjnym dotykającym częściowo spraw polityki kościelnej. (Faza ta wiązała się z przezwyciężeniem gallikanizmu i szukaniem kontaktów z Rzymem). Druga faza związana była z działalnością opactw benedyktyńskich w Belgii[4]. Miała ona charakter ściśle akademicki i otworzyła przed wiernymi drogę do bezpośredniego obcowania z Pismem Świętym. Trzecia faza wreszcie, związana z ośrodkiem w Klosterneuburg [5] i centrach katolickiego ruchu i duszpasterstwa młodzieżowego miała charakter praktyczny; chodziło o dotarcie do parafian w ich codziennym życiu i w tym kontekście zrodził się zwłaszcza problem języka narodowego

Teraz musi nastąpić czwarta faza, oparta na impulsach wywodzących się z obrad II Soboru Watykańskiego. Będzie to faza zajmująca się żywą realizacją liturgii. Pytania, na które trzeba będzie odpowiedzieć, brzmią: Jaka jest natura autentycznego wydarzenia liturgicznego, czym różni się liturgia od innych form pobożności — indywidualnych oraz spontanicznych uroczystości religijnych — „nabożeństw ludowych”? Jaka jest struktura podstawowego aktu liturgicznego? Jak mają się wynikające stąd wymagania do struktury mentalnej i pojmowania życia przez współczesnego człowieka? Co trzeba zrobić, aby współczesny człowiek nauczył się autentycznie i szczerze ten akt wykonywać?

Problemów i zadań jest bez liku. A może powinno się dla wyjaśnienia sytuacji postawić na samym początku kwestię następującą. Może akt liturgiczny i w ogóle to, co nazywamy „liturgią”, jest tak bardzo obciążony historycznie — przez dziedzictwo starożytne lub średniowieczne — że uczciwość nakazuje w ogóle z niej zrezygnować? Może człowiek ery przemysłowej, techniki i związanych z tym struktur psychologiczno–socjologicznych po prostu nie jest już zdolny do wykonania aktu liturgicznego? Czy zamiast myśleć o odnowieniu liturgii, nie powinniśmy się raczej zastanowić, w jaki sposób można by święcić święte tajemnice, aby współczesny człowiek naprawdę mógł w nich wewnętrznie uczestniczyć?

Twarda to mowa. Niemało jest jednak ludzi — może w skali globalnej nawet wielu — którzy myślą w ten sposób. Nie można ich po prostu skreślić jako „zaprzańców”. Trzeba sobie zadać pytanie, jak do nich dotrzeć, zakładając, że liturgia jest ważna.

Są jednak również znaki nadziei. Nie przypadkiem najnowsza faza ruchu liturgicznego zbiegła się z budzeniem się zmysłu uczestnictwa w Kościele. A także z tymi ruchami pedagogicznymi, które przywracają do łask obraz człowieka bardziej prawidłowy niż ten traktujący go jako jedność ciała i ducha, tego co na zewnątrz, i tego, co wewnątrz. Odnowa liturgiczna mogłaby zyskać przez kontakt z tymi prądami. Autorytety pedagogiczne podkreślają, że kształcenie, zwłaszcza współczesnego człowieka, nie może poprzestać na nazywaniu rzeczy, intelektualnym wyjaśnianiu, formalnej organizacji. Konieczne jest budzenie i włączanie w proces nauczania organów patrzenia, czynienia, tworzenia. Podkreśla się, że muzyka nie jest tylko elementem dekoracyjnym. Że wspólnota to coś więcej niż przebywanie razem, że jest to solidarne przeżywanie aktu egzystencji itp.

I na ten temat można by jeszcze wiele powiedzieć. Muszę jednak kończyć, inaczej mój list zamieni się w sążnistą epistołę. W każdym razie łączę moje najszczersze i najserdeczniejsze życzenia pod adresem obrad Kongresu.

Twój Romano Guardini

Źródło: R. Guardini, Akt kultu a aktualne zadania kształcenia liturgicznego, w: Bóg daleki, Bóg bliski, Poznań 1991, s. 169–176.


 

[1] List ten, napisany z okazji III Kongresu Liturgicznego w 1964 r. w Moguncji, został przed podaniem do druku częściowo uściślony i rozszerzony.

[2] Klasztor Maria Laach, opactwo benedyktyńskie w Nadrenii-Palatynacie, założone w 1093 r. nad brzegiem jeziora Lacher See. Do II Soboru Watykańskiego ośrodek niemieckiego ruchu odnowy liturgicznej (przyp. tłum.).

[3] Miasto we Francji, departament Sarth, znane opactwo benedyktyńskie św. Piotra (Saint Pierre), założone w 1010 r.

[4] Za początek ruchu odnowy liturgicznej uznaje się symbolicznie wystąpienie benedyktyna belgijskiego L. Beaudouina na zjeździe katolików w Malignes (Belgia) w 1909 r. (przyp. tłum.).

[5] Klosterneuburg – miasto pod Wiedniem. Ruch odnowy liturgicznej w Niemczech doprowadził do utworzenia w 1940 r. przez episkopat niemiecki tzw. „referatu liturgicznego". Stanowisko Rzymu zostało wyrażone po raz pierwszy w encyklice Piusa XII Mediator Dei (1947). Pierwsze reformy liturgiczne dotyczyły liturgii Wielkiejnocy (1951) i Wielkiego Tygodnia (1955). Sprawy te podjął następnie Sobór Watykański II (przyp. tłum.).

 

Zobacz także