Artykuł Laurence Decousu z Ecclesia orans – komentarz (I)

Kilka dni temu (wpis z 23 XII) zamieściłem na blogu tłumaczenie końcowego fragmentu artykułu francuskiej biblistki i teolożki dr Laurence Decousu nt. pochodzenia rytów namaszczenia i nałożenia rąk w liturgii chrzcielnej. Dziś mój komentarz do przytoczonego tam tekstu.

Prawdę powiedziawszy, początkowo sam nie przypuszczałem, że powstanie z tego cały mini-cykl aż pięciu tekstów. Myślałem, że po prostu podzielę się na blogu tym co ciekawego przeczytałem na temat historii liturgii chrzcielnej. Tymczasem autorka najważniejsze zostawiła na sam koniec. Jej ciekawa analiza historyczna stała się okazją do postawienia bardzo śmiałych tez teologicznych i duszpasterskich. W swoim komentarzu, inaczej niż to zwykle się robi, zacznę od uwag krytycznych, a potem wskażę na rzeczy wartościowe w jej tekście. Dzielę swój komentarz na dwie części, dziś uwagi krytyczne, reszta za jakiś czas.

Pewnik czy hipoteza? Autorka w bardzo stanowczy sposób stawia postulaty co do teologii sakramentów i duszpasterstwa. Co jest ich podstawą? Zaproponowana przez nią interpretacja danych Nowego Testamentu i pierwszych dwóch wieków chrześcijaństwa: Duch Święty zstępuje na człowieka wierzącego jako dar niezależnie od jakichkolwiek rytów inicjacyjnych. Czy jej interpretację historii można przyjąć z całkowitą pewnością? Pytanie jest retoryczne, bo odpowiedź oczywiście brzmi: nie. To jest jedynie hipoteza. Owszem, hipoteza uprawniona, przekonująco uzasadniona i prawdopodobna, ale tylko hipoteza. A naukowa hipoteza to stanowczo za mało, żeby w kategoryczny sposób formułować  postulaty, których przyjęcie oznaczałoby po prostu rewolucję dla sakramentologii i duszpasterstwa.

Mit „złotego czasu”. Autorka we wnioskach postuluje powrót do praktyki Kościoła z I i II wieku (tak jak ona sama tę praktykę rozumie). My jednak nie żyjemy w wieku I czy II, ale w XXI i nie da się mechanicznie przenieść w nasze czasy praktyki (hipotetycznej!) z pierwszych wieków, tak jakby nie zaistniało po drodze całe wielowiekowe doświadczenie Kościoła, wraz z autorytatywnymi wypowiedziami Magisterium na temat sakramentów (vide: choćby Sobory Florencki, Trydencki czy Watykański II, a także aktualny Katechizm). Wnioski p. Decousu zdradzają uleganie mitologii „złotego czasu” w dziejach Kościoła, do którego trzeba powrócić jak do raju utraconego. Cytując Roberta Tafta (A partire dalla liturgia, Roma 2004, s. 43), nigdy nie było żadnego „złotego okresu” dziejów Kościoła, z wyjątkiem naszego „dziś”, które jest dla nas czasem upragnionym i dniem zbawienia (2 Kor 6,2). Źródeł inspiracji można szukać wszędzie (tamże, s. 44), ale mechaniczne odtworzenie minionych praktyk to czysta mrzonka. Studium historii służy zrozumieniu genezy i rozwoju istniejących dziś praktyk, nie służy natomiast ślepemu odwzorowaniu praktyk minionych. Znów cytując Tafta, historia jest zawsze pouczająca, ale nie jest normatywna (Ponad wschodem i zachodem, Kraków 2014, s. 142).

Źródła mówią inaczej. Zdaniem Decousu, prawda o udzielaniu się Ducha wierzącym niezależnie od jakiegokolwiek działania rytualnego jest ponadczasowa i dopiero  w II milenium zaczęto, zdaniem autorki całkowicie błędnie, łączyć udzielanie Ducha z rytami inicjacyjnymi. Czy na pewno? Moim zdaniem jej teza jest nie do obrony w świetle tekstów źródłowych z I tysiąclecia, i to poczynając już od III wieku.

Nie chcę tu zamieszczać całej antologii cytatów, to nie jest naukowy artykuł, ale chociaż pokrótce kilka odniesień, żeby nie być gołosłownym. Źródła łacińskie wg mnie jednoznacznie mówią o udzielaniu (nie o wstawienniczym wzywaniu!) Ducha Świętego przez obrzędy pochrzcielne: nałożenie rąk albo naznaczenie czoła. Tak mamy już w połowie III wieku, św. Cyprian z Kartaginy pisze, że neofici dostępują Ducha Świętego „przez naszą modlitwę i nałożenie ręki” (Epistula 73, 9: „qui in ecclesia baptizantur […] per nostram orationem ac manus inpositionem spiritum sanctum consequantur„), u św. Ambrożego z Mediolanu mowa jest o wylaniu Ducha Świętego po chrzcie na wezwanie biskupa (De sacramentis III, 8: „ad invocationem sacerdotis spiritus sanctus infunditur„), św. Innocenty I  w liście do bpa Decencjusza z Gubbio (416 r.) w krótkim passusie nt. pochrzcielnej consignatio (ówczesna nazwa bierzmowania) aż trzykrotnie używa określenia „przekazać Ducha” (spiritum tradere). Dwie rubryki Sakramentarza gelazjańskiego (VII/VIII w.) mówią jasno, że neofici otrzymują Ducha Świętego po chrzcie przez dokonane przez biskupa naznaczenie czoła neofity (nr 443: „Baptismum expletum consignantur ipsi infantes ab episcopo, dum accipiunt septem dona spiritus sancti„; nr 450: „Deinde ab episcopo datur eis spiritus septiformis. Ad consignandum inponit eis maunm„). Jeszcze dwa świadectwa z literatury okresu karolińskiego (VIII/IX w.). Alkuin z Yorku w swoich listach (Epistula 93 i 137) przytacza autorytatywną instrukcję chrzcielną, w której mowa jest o tym, że po chrzcie „przez nałożenie rąk najwyższego kapłana, [neofita] otrzymuje Ducha siedmiorakiej łaski” („Novissime per impositionem manus a summo sacerdote septiformis gratiae spiritum accepit). Z kolei patriarcha Maksencjusz z Akwilei w swoim traktacie o chrzcie, napisanym jako odpowiedź na chrzcielny kwestionariusz cesarza Karola Wielkiego, pisze o najobfitszym wylaniu Ducha Świętego w Chrystusie Jezusie, co następuje przez pochrzcielne namaszczenie krzyżmem („Peruncti etiam hii huius sacrae unctionis chrisma salutis id est sancti spiritus largissima infusione in Christo Jesu„). Nijak nie jestem w stanie interpretować tych świadectw wg tezy pani Decousu.

Jeszcze parę źródeł wschodnich. Euzebiusz z Cezarei w swojej Historii kościelnej (VI,43) przytacza datowany na 251 r. list papieża Korneliusza do Fabiana z Antiochii, w którym pisze on o rzymskim schizmatyku Nowacjanie. Ciężko chory Nowacjan przyjął chrzest przez polanie wodą, po czym wyzdrowiawszy, nie otrzymał „innych rzeczy” wymaganych zwyczajem kościelnym i nie został naznaczony przez biskupa. Skoro nie otrzymał tego – konkluduje  Korneliusz – jak można mówić, że otrzymał Ducha Świętego?  Św. Cyryl (Jan) Jerozolimski mówi w swojej 3. katechezie mistagogicznej o oleju krzyżma jako o „obrazie” Chrystusowego namaszczenia Duchem Świętym. Można by więc to interpretować jako coś czysto zewnętrznego, ale uwaga! Jerozolimski mistagog w 1. katechezie tak samo mówi o rycie zanurzenia w wodzie jako obrazie śmierci Chrystusa i logika wywodu św. Cyryla (Jana) jest taka: ryt liturgiczny jest obrazem naśladującym zbawcze misterium; poprzez wykonanie chrzcielnego rytu będącego obrazem śmierci Chrystusa, dostępujemy udziału w samej Jego śmierci. To samo należy zastosować do namaszczenia olejem krzyżma, będącego obrazem namaszczenia Duchem. Na koniec dodajmy jeszcze dwa liturgiczne świadectwa obrządków wschodnich. Bizantyjska formuła pochrzcielnego namaszczenia świętym myronem (czyli bierzmowania) brzmi: „Pieczęć daru Ducha Świętego„. Z kolei w rytuale koptyjskim, pochrzcielnej chryzmacji towarzyszy tchnienie w twarz neofity z formułą: „Przyjmij Ducha Świętego i bądź czystym naczyniem„. Chyba tylko przez jakieś karkołomne interpretacje można to odczytać jako zaledwie zewnętrzne znaki jedynie ilustrujące misterium otrzymania Ducha.

Laurence Decousu przekonująco wskazuje na intensywną ewolucję liturgiczną w II w., ale nie przyjmuje do wiadomości, że wraz z ewolucją liturgii, lub w jej następstwie, mogła dokonać się także równie intensywna ewolucja w teologii. Jej zdaniem raz wprowadzony obrzęd nie może już zmienić swojej interpretacji, a bezpośredni powód wprowadzenia jakiegoś elementu już trwale determinuje jego sens.

Sakrament: działanie ludzkie czy Boże? To jest bardzo istotny punkt. Uderzający jest upór z jakim Laurence Decousu powtarza, że przyjście Ducha nie zależy od żadnego działania rytualnego. Jeśli dobrze rozumiem jej punkt widzenia, broni ona w ten sposób prymatu działania Bożego nad działaniem ludzkim, tak jakby uznanie, że Duch Święty może być udzielany przez pośrednictwo rytu liturgicznego (włożenie rąk, namaszczenie albo signatio) było jakąś ludzką uzurpacją władzy nad dziełem Boga. Stąd moje pytanie w podtytule. Sakrament jest działaniem czysto ludzkim? Kościół nie śmiałby przecież sprawować żadnych sakramentów inaczej niż tylko w posłuszeństwie Chrystusowi i mając świadomość, że wykonuje Jego wolę. Laurence Decousu zapewne trafnie podkreśla, że „ryty tworzące bierzmowanie nie istniały w I w.”, tylko co ma z tego wynikać? Świadomość istnienia siedmiu sakramentów Nowego Przymierza krystalizowała się w Kościele bardzo powoli i ustanowienie tylko dwóch z nich (chrztu i Eucharystii) jest wprost i bezpośrednio poświadczone w Ewangelii. Nie musimy na siłę doszukiwać się w Ewangelii momentów ustanowienia pozostałych sakramentów, aby wykazać ich pochodzenie od Chrystusa. Chrystus ustanowił sakramenty w akcie ustanowienia Kościoła, który stopniowo rozpoznawał poszczególne znaki sakramentalne. Interesującą intuicję znajdujemy u św. Tomasza z Akwinu, który w Summie teologicznej (III, q. 72 a. 1 ad 1) uznał, że Chrystus ustanowił bierzmowanie obiecując Ducha Świętego (J 16,7). Przyjście Ducha, tak jak chce Decousu, jak najbardziej mogło u początków Kościoła dokonywać się bez pośrednictwa znaku liturgicznego, z czasem jednak nałożenie rąk, namaszczenie albo signatio (zależnie od liturgicznej tradycji) zostały rozpoznane jako znaki przez które sakramentalnie aktualizowane jest wydarzenie Pięćdziesiątnicy.

Kwestia porządku sakramentów inicjacji. Laurence Decousu z jakąś szczególną wrogością odnosi się do postulatu powrotu do „klasycznego” porządku sakramentów inicjacji: chrzest – bierzmowanie – Eucharystia. Zgadzam się, że nie ma sensu traktować tego jako jakiegoś fetyszu i mrzonką byłoby myślenie, że mechaniczne przesunięcie bierzmowania przed I Komunię świętą byłoby jakimś cudownym remedium na problemy duszpasterstwa sakramentów. Z drugiej strony Decousu nie ma racji utrzymując, że udzielanie sakramentów według ww. sekwencji było tylko jakimś przypadkowym i chwilowym epizodem, właściwym głównie dla Zachodu, i że praktyka bierzmowania neofitów przed Komunią skończyła się już na początku V wieku. Skąd taki pomysł? Aż do końca XIII wieku Kościół na Zachodzie stał na stanowisku, że należy bierzmować jak najszybciej po chrzcie, czego wyrazem jest powtarzająca się jak mantra rubryka w wielu księgach liturgicznych, poczynając od rzymsko-frankijskiego Sakramentarza z Gellone (ok. 790/800): „Jeśli jest obecny biskup, [neofita] powinien natychmiast zostać bierzmowany, a potem otrzymać Komunię. Jeśli biskupa nie ma, niech otrzyma Komunię od prezbitera” (Si episcopus adest, statim confirmari eum oportet et postea communicare. Et si episcopus deest communicetur a presbytero). W XX wieku ukształtowała się w  praktyce duszpasterskiej inna żelazna zasada, według której I Komunia święta jest bezwzględnie koniecznym warunkiem bierzmowania. Na poziomie praktyki jest ona traktowana jako nienaruszalny dogmat, co jest całkowitą aberracją teologiczno-liturgiczną, ale p. Decousu zdaje się nie mieć nic przeciwko temu.

Problem niedopowiedzeń. Autorce łatwo przychodzi postulować prosty powrót do (hipotetycznej) teologii i praktyki Kościoła z I i II wieku, gdyż ekran komputera i papier są cierpliwe i zniosą wszystko. Autorka taktownie przemilcza jednak konsekwencje tego postulatu, a są one po prostu rewolucyjne. Wymienię te najważniejsze w formie pytań. Po pierwsze, czy sakrament bierzmowania w ogóle istnieje? Po drugie, jaka właściwie jest rola sakramentu chrztu? Po trzecie, co z orzeczeniami soborów powszechnych na temat sakramentów (Sobory Florencki i Trydencki) i z teologią sakramentów wyrażoną w dokumentach ostatniego Soboru i w Katechizmie Kościoła Katolickiego? Po czwarte, czy metodologię autorki należy zastosować do wszystkich dziedzin życia kościelnego? Po lekturze jej tekstu te pytania nasuwają się same i wypadałoby się chociaż słówkiem zająknąć o tych konsekwencjach, zamiast poprzestawać na kilku lekceważących ogólnikowych zdaniach na temat teologów średniowiecznych.

Jubileuszowe dejà vu. Odwołałem się do pomocy „wujka Google’a” żeby sprawdzić czy pani Laurence Decousu jest aby na pewno katoliczką (wygląda na to, że tak), ponieważ końcówka jej tekstu jakoś bardzo mi przypomniała metodę działania ojców XVI-wiecznej reformacji na niwie liturgicznej: demolka bieżącej praktyki obrzędowej w imię tego jak – ich zdaniem – postępował Kościół pierwotny. Można więc powiedzieć, że autorka godnie uczciła jubileusz 500-lecia reformacji.

Podsumowując tę część mego komentarza, wielka szkoda, że Laurence Decousu nie poprzestała na analizie historycznej. Bo w tej warstwie jej tekst zasługuje wg mnie na ocenę „summa cum laude”. Ale za wnioski teologiczne i duszpasterskie – całkowita dyskwalifikacja.

Tyle uwag krytycznych. Nie jest to jednak wszystko co mam do powiedzenia na temat jej tekstu.

c.d.n.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.
Artykuł Laurence Decousu z Ecclesia orans – komentarz (I)

Zobacz także

Maciej Zachara MIC

Maciej Zachara MIC na Liturgia.pl

Urodzony w 1966 r. w Warszawie. Marianin. Rocznik święceń 1992. Absolwent Papieskiego Instytutu Liturgicznego na rzymskim "Anselmianum". W latach 2000-2010 wykładał liturgikę w WSD Księży Marianów w Lublinie, gdzie pełnił również posługę ojca duchownego (2005-2017). W latach 2010-2017 wykładał teologię liturgii w Kolegium OO. Dominikanów w Krakowie. Obecnie pracuje duszpastersko w parafii Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Bazylianówka w Lublinie. Ponadto jest prezbiterem wspólnoty neokatechumenalnej na lubelskiej Poczekajce, a także odprawia Mszę św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w rektoralnym kościele Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Staszica w Lublinie....