Ateusz i konfident katechizuje zakonnika

Chodzi mi o Zbigniewa Nienackiego, którego kultowe książki o Panu Samochodziku należały do ulubionych lektur mego dzieciństwa a i dziś czasem dla przyjemności do nich powracam. Na pierwszym miejscu w rankingu była książka "Pan Samochodzik i templariusze", zresztą pierwsza z serii, jaką przeczytałem. Miałem 9 lat i kiedy leżałem chory, mama dała mi ją do przeczytania. Tak się zaczęło.

W skrócie, jakby ktoś nie wiedział, treścią książki jest poszukiwanie na terenie Polski skarbów zakonu templariuszy, ponieważ z nowo odkrytych w Szkocji dokumentów wynikło, że wielki mistrz templariuszy Jakub de Molay, w przewidywaniu akcji króla Francji przeciw swemu zakonowi, przekazał w depozyt część zakonnych skarbów zaprzyjaźnionemu wielkiemu mistrzowi krzyżaków Zygfrydowi von Feuchtwangenowi. Wiadomo też, że von Feuchtwangen przesłał de Molayowi złoty krzyż z wyrytym napisem po łacinie „Tam skarb twój, gdzie serce twoje”, co mogło być zakamuflowaną wskazówką co do miejsca ukrycia skarbu, przekazaną przy pomocy przekręconego cytatu z Ewangelii (Mt 6,21). Do boju ruszają więc różnej maści poszukiwacze skarbów, w tym Pan Samochodzik, działający oczywiście z upoważnienia Centralnego Zarządu Muzeów i Ochrony Zabytków. Jego głównymi konkurentami stają się Duńczycy: znany poszukiwacz skarbów kapitan Petersen i jego piękna córka Karen, studentka historii w Londynie i pasjonatka zagadek historycznych. Pan Samochodzik rywalizuje z Karen ale i po cichu trochę się w niej podkochuje.

Przechodząc ad rem, w książce jest pewien mały fragment, który jest swego rodzaju katechezą dla zakonników i wezwaniem do rachunku sumienia. W rozdziale IX Pan Samochodzik rozmawia z Karen o dalszych planach poszukiwań skarbów. Pierwsze tropy prowadzące na Suwalszczyznę okazały się bowiem fałszywe i Pan Samochodzik myśli o wyjeździe do Malborka, żeby tam znaleźć jakiś ślad:

            – Mister Samochodzik – powiedziała – pan jutro wyjeżdża. Dokąd? Wyłóżmy swoje karty.

            – „Tam skarb twój, gdzie serce twoje”…

            – Właśnie. Jak pan rozumie te słowa?

            – Sęk w tym, że nie wiem, jak je rozumieć – powiedziałem szczerze.

            – „Tam skarb twój, gdzie serce twoje” – powtórzyła Karen. – Myśląc o tych słowach, pamiętajmy zawsze, że pisał je zakonnik do zakonnika. Gdzie powinno znajdować się serce zakonnika, jego myśli i uczucia?

            – W Bogu – odrzekłem.

            – Trudno posądzić wielkiego mistrza von Feuchtwangena, aby dawał do zrozumienia de Molayowi, że skarb ukrył w niebie. W pojęciu zakonników Bóg przebywa także w kościele. Moim zdaniem skarb templariuszy został ukryty w jakimś kościele i o tym właśnie Feuchtwangen powiadamiał de Molaya.

            – Zgadzam się – kiwnąłem głową. – Skarb ukryto w kościele. Mało tego. Musiał to być jakiś bardzo znany de Molayowi kościół, skoro Feuchtwangen nie udzielił żadnych bliższych wskazówek dotyczących miejsca jego położenia.

            – Albo my tej wskazówki nie umiemy odnaleźć.

Życiorys Zbigniewa Nienackiego (1929-1994), delikatnie mówiąc, nie jest budujący. Mówiąc wprost, w jego biografii nie brak rzeczy po prostu strasznych, zarówno gdy chodzi o sprawy osobiste, jak też o zaangażowanie w życie publiczne. Sam Nienacki chełpił się, że zaraz po wojnie wraz z Mieczysławem Moczarem „utrwalał władzę ludową”, a podziemie wydało na niego wyrok śmierci (pytanie czy to prawda, czy raczej przechwałki dla dodania sobie znaczenia), w latach 60-tych zapisał się do ORMO, a w latach 80-tych był konfidentem SB o pseudonimie „Eremita”. Sprawy jego życia osobistego pomijam milczeniem.

A jednak właśnie taki Zbigniew Nienacki napisał coś co zakonnik może potraktować jako ważny punkt do rachunku sumienia i jako przypomnienie pierwszego, najważniejszego przykazania: Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i ze wszystkich sił swoich…

„Gdzie powinno znajdować się serce zakonnika, jego myśli i uczucia? – W Bogu”.

Pamiętam też, że w przytoczonym wyżej fragmencie bardzo zdziwiło mnie wtedy wypowiedziane przez Karen Petersen zdanie: „W pojęciu zakonników Bóg przebywa także w kościele„. Pomyślałem, że przecież to oczywiste, że Bóg mieszka w kościele i niby dlaczego tak ma być tylko „w pojęciu zakonników”. Poszedłem z tym pytaniem do taty, który mi objaśnił, że Karen to Dunka, czyli protestantka, a protestanci nie przechowują Najświętszego Sakramentu w kościołach. Chyba po raz pierwszy usłyszałem wtedy o protestantach.

Ale jest coś jeszcze. Pierwsza książka z serii o Panu Samochodziku to „Wyspa Złoczyńców” (zresztą najmniej przeze mnie lubiana i w ważnych wątkach dość paskudna – gloryfikująca KBW i utrwalająca czarną legendę powojennego podziemia niepodległościowego jako tytułowych „złoczyńców”). Jej pierwszy rozdział zaczyna się od wezwania do wrażliwości na przychodzącą nieoczekiwanie do człowieka przygodę. Wychodząc całkowicie poza intencje autora, można ten passus odczytać na sposób duchowy, jako przypomnienie o absolutnym prymacie Boga, którym nie da się w żaden sposób manipulować własną pobożnością i jako wezwanie do czujności na znaki Jego obecności, przychodzące pośród pozornie bardzo drobnych wydarzeń. Przytoczę ten początkowy passus książki:

 

            Nie trzeba szukać przygody. Nie znajdzie się jej, choćby pojechało się aż na koniec świata, przez siedem rzek i za siedem gór. Nie zjawi się, choćby czekało się na nią dzień i noc, prowokując ją i nastawiając na nią pułapki. Nie przywoła jej żadna prośba i może się okazać, że nie ma jej nawet tam, gdzie tylu już ją spotkało. Czyż nie zdarzyło się niejednemu odbywać podróż przez słynny z burzliwości ocean, gdy był on spokojny jak staw za domem? Czyż nie przydarzyło się niejednemu, że przedzierając się przez najdzikszą dżunglę nie napotkał ani krwiożerczych zwierząt, ani czyhających na jego życie krajowców; dzika dżungla okazała się tak bezpieczna, jak park miejski.

            Bo przygody nie trzeba szukać. Ona zjawia się sama. Przychodzi w najbardziej niespodziewanych momentach i w nieoczekiwanej postaci, najczęściej, gdy nie spodziewamy się jej, nie pragniemy jej, gdy nie jest nam ona potrzebna. Najpierw daje nam znak – że oto jest, przyszła po ciebie, chce cię ogarnąć i wciągnąć w swą grę. Musisz od razu wiedzieć, że to właśnie jej znak, musisz go rozpoznać wśród tysiąca innych znaków. Nie wolno ci zlekceważyć jej wezwania ani odłożyć go na później. Nie lubi leniwych. Pominie cię, odejdzie i więcej po ciebie nie wróci…

            Zadziwiająca przygoda, jaką przeżyłem na Wyspie Złoczyńców, zapukała do mnie pod koniec czerwca. Ubrana była w mundur listonosza, który wręczył mi zapieczętowaną kopertę z nagłówkiem: Zespół Adwokacki nr 3 w Krakowie… ” – no i dalej zaczyna się już akcja powieści.

W takim samym kluczu możemy odczytać zdanie zamykające ostatni rozdział „Pana Samochodzika i templariuszy”: „Moje serce jest zawsze tam, gdzie przygoda” i będzie ono wtedy znaczyło to samo, co tamto zdanie o zakonnikach.

Niech Najwyższy policzy to Zbigniewowi Nienackiemu na korzyść i ma nad nim miłosierdzie.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Maciej Zachara MIC

Maciej Zachara MIC na Liturgia.pl

Marianin. Rocznik 1966. Absolwent Papieskiego Instytutu Liturgicznego na rzymskim "Anselmianum". Ojciec duchowny Seminarium Księży Marianów w Lublinie. Prezbiter wspólnoty neokatechumenalnej na lubelskiej Poczekajce. Odprawia Mszę św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w kościele Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Staszica w Lublinie. Stała współpraca z miesięcznikiem "Oremus". Szczególne zainteresowania: historia liturgii chrztu i bierzmowania, rozwój obrzędów Mszy świętej, wzajemna relacja Mszałów Pawła VI i Piusa V.