Blaski i cienie losów monstrancji

Monstrancja to dla mnie najbardziej paradoksalny przedmiot używany w kościołach. Piszę o niej z pewną nieśmiałością. Niektórzy bowiem niechętnie (a inni wprost przeciwnie) widzą Eklezję odzianą w złoto i drogie kamienie.

Pewien zabytek, trochę schowany w muzealnej, narożnej gablocie, przyciągnął moją uwagę. Wzruszająco toporny. Słoneczko na rzeźbionej nóżce, z przetartymi złoceniami, drewniane.

Osiemnastowieczna monstrancja z jakiegoś wiejskiego, chyba podkrakowskiego kościoła rozczuliła mnie. Byłoby całkowitym brakiem delikatności i taktu mówienie o jej drewnianości, nieudolności i wytykanie, że próbuje być piękniejsza niż jest w rzeczywistości. Podobny brak wyczucia jak wyśmianie poziomu artystycznego laurki dostanej od kilkuletniego dziecka.

Monstrancja to dla mnie najbardziej paradoksalny przedmiot używany w kościołach. Piszę o niej z pewną nieśmiałością. Niektórzy bowiem niechętnie (a inni wprost przeciwnie) widzą Eklezję odzianą w złoto i drogie kamienie. To materiały będące czytelnym znakiem Kościoła triumfującego, który w niektórych wiekach bardziej niż w innych potrzebował zaakcentować swe królewskie oblicze. Działo się tak zawsze w określonym kontekście, historycznym, ale również społecznym, bo nierzadko w tym samym czasie trwały spory o to, czy potrzeba w świątyniach bogatych ozdób, czy może raczej powinno się ich unikać. Chyba nigdy nie dojdziemy do porozumienia, co skonstatować należy z uśmiechem, wiedząc, że jedność tkwi w wielkości.

Różnie drzewiej bywało

W IV wieku cesarzowi Konstantynowi przed bitwą objawił się złocisty krzyż, zostało mu też zapowiedziane, że pod tym znakiem zwycięży, co też się stało. Krzyż zrobił na cesarzu wrażenie, co więcej wizja ta miała znaczący wpływ na dalsze dzieje wizerunków krzyża, a w dalszej kolejności wszystkich elementów kościelnego wyposażenia. W tamtych czasach mało co się skrzyło, lśniło i błyszczało. Więc jeśli coś miało takie właściwości, to było cenne i wyjątkowe. Godne władcy, basileusa, więc tym bardziej – Boga. Szybko jednak znaleźli się tacy, którym przepych kościelny wydał się nieodpowiedni i którzy wybrali żywot ascetyczny w miejscach odosobnionych, oddaleni od wszelkich zbytków. Które nierzadko z mocą potępiali, narażając się na niebezpieczeństwa, włącznie z utratą głowy. Żyjący w IV wieku Jan Chryzostom zbytki piętnował, zwłaszcza te, których dopuszczała się cesarzowa Eudoksja, co przypłacił wygnaniem.

Później również obserwujemy ciągłe powroty złota i ozdobności do kościołów, które zdają się nic sobie nie robić z tego, że ich tam nie chcą. Najpierw benedyktyni – mimo surowej reguły, szybko stali się niezwykle bogatym zakonem, co zaowocowało powstaniem takich świątyń jak kościół w Cluny, który swą wielkością i blaskiem przewyższał wszystkie budowle zachodniego chrześcijaństwa swych czasów. Reakcją na taki stan rzeczy było powołanie zakonu cystersów, którzy postawili na architektoniczny i artystyczny minimalizm. Nie wytrwali jednak długo w tym postanowieniu – ich kościoły rozrosły się i wkrótce zapełniły się sztuką wszelaką, aż do czasu, gdy w XVII wieku grupa cysterskich mnichów postanowiła odświeżyć cysterski charyzmat i tak wyrosła gałąź cystersów zwana trapistami (od nazwy pierwszego opactwa w La Trappe). W międzyczasie ewangeliczne ubóstwo zaczęły głosić zakony mendykanckie (dominikanie i franciszkanie), które początkowo odmawiały posiadania jakiejkolwiek własności. No ale, jak już ją dostawali, to niezręcznie było odmówić… Podobnie rzecz się miała z zakonem kartuzów, mnichów o bardzo surowej regule, również powstałym w średniowieczu. Mnisi żyli w wielkiej ciszy i prostocie, ale możni tego świata bardzo sobie cenili ich modlitwę. Dlatego na przykład książęta burgundzcy w XV wieku chętnie i licznie fundowali wyposażenie ich kościołów, ofiarowując cenne nastawy ołtarzowe i upiększając kartuskie klasztory własnymi nagrobkami.

I jak tu uciec od artystycznego zbytku? Jakże zasmucać serca szczodrych dobrodziejów, odmawiając przyjęcia darów na rzecz świątyń?

Jak widzimy, w efekcie o wyposażeniu kościołów w dużej mierze decydowała moda, którą dyktowały wyższe sfery. Wnętrza sakralne i ich wyposażenie były naznaczone duchem czasu, atmosferą dworu, pałacu, upodobaniami fundatorów, w późniejszym czasie zmieszanymi z wizją artystyczną twórców, którzy z czasem zaczęli mieć w tej kwestii coraz więcej do powiedzenia. Teoria sztuki wydała bujne kwiecie w postaci traktatów, które stały się podstawą tego, co słuszne w sztuce. Aż do wieku XIX, kiedy pojawił się przemysł, zaraz za nim wolny rynek ze swą nieodłączną córą – reklamą. Wszystko to miało ogromny wpływ na sztukę kościelną, która obezwładniona tą przytłaczającą dowolnością twórczą do teraz się nie pozbierała. Ale to temat na osobny artykuł, na tyle szeroki, że nie nadaje się na dygresję.

Monstrare… O potrzebie patrzenia

Pobożność wieków średnich była bardzo zmysłowa. Potrzebowała wyrazistych znaków, namacalności. Czasem wprost dosłowności. Lud pragnął oglądać relikwie i już nie wystarczała wiedza, że relikwia jest zamknięta w relikwiarzu. Znacznie lepiej było móc ją w nim dostrzec – przez szybkę.

I wtedy w dojrzałym średniowieczu w Kościele zaczęło kiełkować coś, co sprowadziło silnie rozbudzony kult relikwii na właściwe miejsce. W XIII wieku w różnych miejscach Europy zaczęli pojawiać się ludzie, chcący w sposób szczególny oddać cześć Najświętszemu Sakramentowi.

Wielka rola małej dziewczynki

W 1197 roku w niewielkim klasztorze w Cornillon zamieszkały dwie małe dziewczynki, osierocone przez rodziców, zostały oddane pod opiekę sióstr augustianek. Klasztor wtulony był w zbocze Mont-Cornillon, wznoszącego się nad szeroką i szarą rzeką Mozą, której znaczenie komunikacyjne i handlowe było nie do przecenienia. Ludzie chętnie korzystali z dobrodziejstw płynących z takiego sąsiedztwa i chętnie osiedlali się w jej pobliżu. Wokół rozlewiska Mozy od kilku już stuleci istniało duże i dobrze prosperujące miasto Leodium, stolica biskupiego księstwa, miejsce męczeństwa św. Lamberta – patrona katedry, której budowniczym był w X wieku nie kto inny jak sam biskup Notger.

Mała Julianna i jej starsza siostra Agnieszka zostały zatem mieszkankami leodyjskiego klasztorku. Wtedy nikt nie spodziewał się tego, że młodsza z dziewczynek stanie się wkrótce iskrą, która rozpali ogień w duszach i umysłach najważniejszych postaci XIII wiecznego Kościoła.

Dziwnym dzieckiem była Julianna, wydaje się nawet, że irytowała przeoryszę swym niedziecięcym zachowaniem, niespotykaną u dziecka dziwaczną skłonnością do praktyk ascetycznych. Uparta, inteligentna i wrażliwa dziewczynka z uwagą obserwowała siostry i chłonęła jak gąbka wszystko, czego mogła się od nich nauczyć. W szczególny sposób przyciągnęła jej uwagę nauka o realnej obecności Chrystusa w sakramentalnych postaciach chleba i wina. To wyznaczyło dalszą jej ścieżkę i bez wątpienia sprawiło, że ścieżka ta okazała się wyjątkowo kręta, ciekawa i niezwykła! Wizje mistyczne młodej augustianki kazały jej podjąć starania o – rzecz niebłahą – ustanowienie święta Najświętszego Ciała Chrystusa.

Proszę przeczytać raz jeszcze powyższe zdanie i z całą mocą uświadomić sobie sytuację – wiek XIII, osierocona w dzieciństwie córka rolników postanawia zrealizować wezwanie, które słyszała w czasie swych wizji i przekonać do tego szalonego planu wielkie umysły i znaczące postacie Kościoła swego czasu!

Czyż jest jednak coś niemożliwego…? Julianna nie bez trudności, które prześladowały ją do końca życia, zrealizowała swe karkołomne zadanie. Szczegóły tej fascynującej historii leodyjskiej świętej zostawiam na inną okazję, bo warto poświęcić jej więcej uwagi. Dla sedna sprawy ważne jest, by powiedzieć, że w roku 1246 święto Bożego Ciała zostało ogłoszone w diecezji Liège, a Julianna była autorką pierwszego oficjum ułożonego na to święto.

Dziedzictwo Julianny

To jednak nie koniec historii. Już kilkanaście lat po śmierci Julianny, w Bolsenie, niewielkiej włoskiej mieścinie zatrzymał się podróżujący z Pragi ksiądz Piotr. Jak przystało na pobożnego prezbitera, odprawiał tam Mszę świętą i ku jego zdumieniu, hostia, którą trzymał w dłoniach zaczęła krwawić. Chciał los, że w oddalonym o trzy godziny drogi pieszo Orvieto przebywał w tym czasie papież. Był nim w wtedy Jakub z Troyes dawny archidiakon leodyjskiej katedry, który przyjął imię Urbana IV. Papież znał dobrze historię Julianny, dlatego poruszony wydarzeniem i wspomnieniami, które bez wątpienia ożyły z wielką siłą w jego głowie, zatwierdził cud i w roku następnym, który okazał się zarazem rokiem jego śmierci, ogłosił święto Najświętszego Ciała Chrystusa obowiązującym w całym Kościele.

W tym samym roku z polecenia papieża powstało oficjum ku czci Najświętszego Sakramentu ułożone przez Tomasza z Akwinu. Uważa się go za autora pięciu pięknych hymnów, których głęboka i poruszająca swą aktualnością treść tak często nam umyka. Dlatego, Drodzy Czytelnicy, gdy następnym razem usłyszycie w kościele pieśń Zbliżam się w pokorze… wsłuchajcie się weń w uwagą. Dostrzeżcie w niej tęsknotę Julianny i szczerą modlitwę Tomasza. Niech nie umknie Wam to, o co prosi ten wielki Doktor Kościoła!

Spraw bym bardziej Ci wierzył
W Tobie miał nadzieje, i wciąż bardziej Cię kochał
[1].

Pobożność eucharystyczna

Kult Najświętszego Sakramentu wiązał się z jego adoracją, możliwością patrzenia. Taka potrzeba nie wzięła się znikąd. Z chwilą gdy zaczęło zanikać udzielanie Komunii świętej wiernym, zaistniała konieczność zastąpienia tego najbardziej bezpośredniego kontaktu z sakramentalnymi Ciałem i Krwią Chrystusa. Wierni chcieli patrzeć. Tak jak mogli patrzeć na relikwie umieszczone w relikwiarzach, które już wtedy zaczytały zmieniać swą formę, tak by widoczne były w nich szczątki świętych. Zaczęto używać naczyń zwanych ostensoriami (od łac. ostendere – patrzeć). Były to szklane naczynia osadzone na stopie, zwieńczone zwykle gotycką wieżyczką. Wkrótce ostensorium ewoluowało w bardziej złożony, wieżyczkowy kształt, w którego centrum osadzano oprawioną w szklane okienko hostię. Taką formę przybrała gotycka monstrancja, z jaką zwykle przedstawiani są w ikonografii niektórzy święci, w tym Julianna z Cornillon. Szczęśliwie zachowało się kilka takich dzieł, możemy je oglądać na przykład w benedyktyńskim klasztorze w Staniątkach lub w skarbcu częstochowskiego sanktuarium.

Wracając do początkowej myśli mojego wywodu, myślę że warto powtórzyć – monstrancja w swej historycznej formie to przedmiot paradoksalny. Mając przed oczami gotycką monstrancję lub jej nowożytną następczynię, możemy patrzeć na wszystko, tylko nie na Najświętszy Sakrament. Złotnicza pomysłowość wszak nie zna granic – błyszczą perły, kamienie, fiale, kwiatony, promienie, coś tam wisi, coś wystaje, a wszystko razem lśni i błyska. Tu patrzy na nas maleńki złoty święty, tam aniołek, ówdzie jeszcze Matka Boska z Dzieciątkiem… W takim towarzystwie mała, biała Hostia niknie przyćmiona blaskiem tego, w co została oprawiona.

Cóż więc powiedzieć…? Oceniać poziom estetyki? Poziom nieadekwatnej adekwatności?

Dziewiętnastowieczny malarz, Edgar Degas bardzo się wściekał, kiedy jego prace oprawiano w salonowe złote ramy. Sam wkładał je w wąskie ramki pomalowane zieloną farbą do mebli ogrodowych i zwykł protestować, gdy ktoś nie szanował jego wyboru i upodobań.

O ileż większe rozterki natury estetycznej powinna więc budzić sprawa godnej oprawy Sanctissimum! Jednak… czy rzeczywiście? Czy nie powinniśmy raczej przyjąć i zaakceptować naszej nieporadności w obliczu świętości i tego, co zupełnie nas przekracza?

Piękno i jego niejednoznaczność

Każdy, komu piękno jest bliskie zastanawiał się pewnie nie raz nad tym, czy istnieje obiektywne piękno. Myśleli o tym artyści, filozofowie, teologowie, teoretycy sztuki. I pewnie będą myśleć nadal, a my wraz z nimi, co wobec postmodernistycznego relatywizmu wcale nie będzie łatwe.

Wiele miał do powiedzenia gotyk, sporo renesans, nie mniej barok, dalej rokoko, secesja, modernizm, art-deco… Każda estetyka przejawiająca się w stylu, formie, ornamentyce miała swój kontekst, swoją modę, epokę i odbiorców. Nie wszystko nam się musi podobać, nie wszystko będzie się podobało – proszę wybaczyć ten truizm o autoterapeutycznym charakterze. Zastanawiam się właśnie intensywnie, co samej sobie poradziłabym na dolegliwość, którą można nazwać estetycznym dysonansem – i wydaje mi się, że chyba tylko to, by pomyśleć z sympatią o tych, którzy przed laty inaczej rozumieli poczucie piękna.

Wspominając Gombrowiczowskie: „Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?”, pozwólmy sobie na estetyczną refleksję. Bo tylko świadomość naszych potrzeb w tej dziedzinie pozwoli nam sprawić, że dzieła sztuki, które będziemy wytwarzać, wybierać lub zamawiać będą zachwycać prawdziwie.

W poetyckim tłumaczeniu używanym w polskich kościołach wersy te brzmią tak:
Pomóż wierze mojej, Jezu, łaską swą,
Ożyw mą nadzieję, rozpal miłość mą
.

 

Zobacz także