Bliskie spotkania z fiskusem

Ksiądz Mateusz Matuszewski mówi, że nie jest entuzjastą nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego. To stwierdzenie z wywiadu dla „Christianitas” (numer o melancholii*) nie zaskakuje. Zaskakujące, szczególnie w świetle przywołanej wypowiedzi, jest to, że to właśnie w seminarium, gdzie pełni on posługę, zaczęto regularnie nauczać kleryków odprawiania mszy trydenckiej. Dlaczego tak się stało? Kto wywiad czytał, zapewne pamięta dlaczego, innych potrzymam jeszcze chwilę w niewiedzy.

Ksiądz Mateusz Matuszewski mówi, że nie jest entuzjastą nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego. To stwierdzenie z wywiadu dla „Christianitas” (numer o melancholii*) nie zaskakuje. Zaskakujące, szczególnie w świetle przywołanej wypowiedzi, jest to, że to właśnie w seminarium, gdzie pełni on posługę, zaczęto regularnie nauczać kleryków odprawiania mszy trydenckiej. Dlaczego tak się stało? Kto wywiad czytał, zapewne pamięta dlaczego, innych potrzymam jeszcze chwilę w niewiedzy.

Wspomniana rozmowa odsłania rzadko spotykany okaz księdza. Zakochanego w nowej liturgii, ale i świadomego jej niedostatków. Szczególnie cenny, i wyjątkowo nieczęsto spotykany, jest jego pogląd na temat ciągłości… Nie widzi on nowej mszy jako „przewrotu kopernikańskiego”, ale jako kontynuację sposobu składania Ofiary. Reformę rozumie jako reformę właśnie, a nie jako stwarzanie czegoś od podstaw. Gdyby taka była postawa większości kleru, reforma nie przebiegałaby tak burzliwie.

„Na początku był entuzjazm” – stwierdza indagowany o posoborową odnowę. I pewnie to była przyczyna wielu nieudanych pociągnięć – czy to w samych oficjalnych zmianach czy, częściej, w szerokiej praktyce. Ten entuzjazm chyba nadal trwa, skoro przysłania ocenę faktów. Ot choćby, ksiądz Matuszewski wspomina mimochodem, że w Finlandii ludzie przyłączają się chętniej do wspólnot prawosławnych niż katolickich, bo odczuwają, że cerkiew jest bardziej misteryjna. Jednocześnie zna te odczucia, mówi o nich, i je neguje, twierdząc, że zasadnicza część odnowa się dokonała. (Przypomina się „Słowacki wielkim poetą był” – to co, że nie odczuwają?).

Innym faktem jest mniej symboli i gestów w zreformowanej mszy. Lecz sam „wywiadowany” zdaje się przejęzyczać, gdy snuje opis rytuałów nazbyt kartezjańskich („skupionych na cogito”), zbyt mało angażujących ciało („nie tylko to, co się mówi i myśli”), ze zbyt małym wykorzystaniem zmysłów – i… przypisuje te braki klasycznej liturgii. To jednak nie przejęzyczenie, ksiądz Matuszewski stwierdza nawet, że „reforma nie wykreśliła z liturgii znaków”… Nie? To ja się pytam gdzie, choćby pierwszy z brzegu, znak przystępowania do ołtarza trzema stopniami (oczyszczenie, uświęcenie i zjednoczenie)?

Ciekawsze, a właściwie najciekawsze jest (według mnie) skąd się bierze to przykładanie wagi do postaw i gestów jak „przyklękanie, pokłon, chodzenie, dotknięcie, ucałowanie” (których podobno nie ma w mszy trydenckiej, a są w novus ordo). Otóż argument brzmi tu: „ludzie najchętniej uczestniczą […]”. Myślałem, że, czytając słowa „[czynności święte] będą sprawować jako kapłani dla wspólnoty”, miałem do czynienia ze skrótem myślowym. Okazuje się, że nie. Rzeczywiście bohater tekstu zdaje się sądzić, że msza jest dla ludzi.

Tymczasem mnie zawsze uczono, że liturgia, to „bliskie spotkanie” z Jezusem, a sam wyraz oznacza „służbę publiczną”, czyli, najzwyczajniej w świecie – podatek. Wynikałoby z tego, że pierwszorzędnym zadaniem liturgii jest uwielbianie Boga, a dopiero z tego może płynąć pożytek dla ludzi – zbawienie (choć już niekoniecznie dobre samopoczucie, żeby „chętniej uczestniczyć”). Czyli, jak w przypadku państwa, które wymaga blichtru: głównym zadaniem podatków jest zapewnienie splendoru (już sama możliwość wymagania uroczyście podkreśla władzę). Ostatecznie państwo powinno być dla dobra obywateli i z podatków winny zostać zbudowane drogi, mosty czy inne, potrzebne obywatelom, udogodnienia. Jednak nie zawsze się to udaje, natomiast zawsze znajdą się fundusze na „reprezentację”. Nie braknie na wystawne bankiety, podróże służbowe, ordery i oficjalny papier zaproszeniowy. Bo podatek (liturgia) jest w pierwszej kolejności dla pobierającego. I nawet to, co trafi do składających (nowo wybudowana droga czy ludzkie uświęcenie), będzie, pośrednio, chwaliło podatkobiorcę/adresata liturgii.

Tak rozumiem pojecie „służby bożej”, jako oddanie czci Bogu, troszczenie się, w pierwszej kolejności, o Jego chwałę; choć wiem, że wysiłki te są próżne, bo nic już dodać się do owej Chwały nie da, lecz pozostaje obowiązek (przyjmowany z radością serca, bądź nie). Trudno mi więc zrozumieć myśl, że mało jest celebracji jak przy ołtarzu na Jasnej Górze, bo „mały promil wiernych potrzebuje takiej formy”. Myślę, że celowo używa ksiądz Matuszewski w tym miejscu (manipulując pojęciami) formuły „tyłem do wiernych”, gdyby powiedział versus Deum, wybrzmiałby komizm określenia „potrzeba wiernych” w kontekście sposobu sprawowania mszy.

I tutaj wracamy do pytania z pierwszego akapitu – co sprawiło, że, mimo tylu zastrzeżeń, w seminarium diecezji warszawsko-praskiej chętni alumni uczą się starszej formy rytu rzymskiego. W pierwszym odczuciu odpowiedź zdaje się być koniunkturalna – „stało się to potrzebą czasu”. Nie posądzam jednak wykładowcy WSD o niskie pobudki. Widzę raczej ideę (antropocentryczną), która przebija z tych słów – potrzeba czasu, to potrzeba (chęć?) ludzi, by uczestniczyć w takim obrządku. Jakże inaczej widzi te kwestie Benedykt XVI. Na samym początku Summorum pontificum podkreśla, że kult sprawowany jest „na cześć i chwałę Jego [Bożego] imienia” i… „na pożytek całego Kościoła świętego”. Całego, a nie tylko walczącego/pielgrzymującego.

To liturgia („w różnych formach”), według ojca świętego, (pośrednio, analogicznie jak podatek) „napędzała życie duchowe niezliczonej rzeszy świętych”. Więc ludzie mają chwalić Boga w zalecony przez Kościół sposób, a nie liturgia ma się dopasowywać do nich. To religia „umocniła wiele narodów i ożywiła ich pobożność”; w tę stronę idzie wpływ.

___
* A numer jej czterdzieści i cztery.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Michał Buczkowski

Michał Buczkowski na Liturgia.pl

Katolik, mąż, ojciec, Polak, dziennikarz i tak dalej.