Bóg, rodzina, państwo czyli manifest fideizmu

Będzie nieliturgicznie. Wszystkich moich współwyznawców (bo tylko do nich w zasadzie piszę), których nieświadomie obrażę, zirytuję, wlezę z butami w życie, naruszę autonomię poglądów, albo dla których zbyt radykalnie oddzielę państwo od Kościoła, zapewniam, że mogą nie potraktować mnie poważnie. Bo może i będzie trudno...

Dość często zdarza mi się ostatnio zetknąć z wypowiedziami czy rozmowami (najczęściej wirtualnymi), w których pojawia się temat rodziny, dzietności, kryzysu demograficznego i – w tym kontekście – działań państwa. W ostatnich badaniach Ministerstwa Pracy wyszło, że jedna trzecia młodych Polaków nie chce mieć dzieci. Jako jeden z głównych powodów podawano brak odpowiedniej polityki prorodzinnej państwa. W każdej dyskusji na ten temat wcześniej czy później owo państwo i jego ułomności się pojawią, a ktoś westchnie kiwając wirtualnie głową, jak to dobrze jest ten problem rozwiązany na Węgrzech albo jeszcze gdzie indziej. A ponieważ teraz przy władzy jest nieodpowiednia partia, to aż miło sobie jakiegoś psa na niej przy tej okazji powiesić. Generalnie trudno się dziwić i negatywnie to oceniać – w końcu na tym między innymi polega ten ustrój, w którym żyjemy. Coś innego mnie zastanawia.

Otóż nie spotkałem się praktycznie nigdy, aby przy tej okazji ktoś poruszył wątek wiary, zaufania Opatrzności, powierzenia się w opiekę Bogu (oczywiście nie śledzę wszystkich rozmów, więc niniejszą generalizację proszę przyjąć z tym zastrzeżeniem). A przecież jest to sprawa absolutnie kluczowa! Państwo jest jakie jest. Możemy robić co w naszej mocy, aby działało lepiej, sprawniej, mądrzej, kierowało się właściwymi zasadami itd. Ale liczyć na nie? Opierać na nim decyzje życiowe? Limitować miłość w oparciu o jego ewentualną pomoc, tudzież jej brak? Co to ma wspólnego z chrześcijaństwem? Z wiarą w Tego, dla którego jesteśmy "ważniejsi niż wiele wróbli"? A że są państwa, które mają korzystniejszą politykę społeczną, to chwała im za to. Być może mają za to jakiś zestaw innych problemów i czasem ich obywatele zerkają na mapę i wzdychają, jak to tym Polakom dobrze się żyje… Nb. chciałbym zauważyć, że sytuacja, kiedy państwo w ogóle zajmuje się takimi rzeczami jak polityka rodzinna jest stosunkowo nowa i dotyczy głównie obszaru kultury euroamerykańskiej (sam nie wiem jak rodzaj ludzkie te 2 mln lat od etapu homo habilis przetrwał). I nawet (a w zasadzie zwłaszcza) w "starych dobrych czasach" monarchii chrześcijańskich żadnej władzy nie śniło się organizować  świadczenia socjalne dla rodzin, o obniżaniu podatków nie wspominając. Nie mówię, że to dobrze (zwłaszcza jeśli chodzi o te podatki), twierdzę tylko, że uzależnienie rozwoju rodziny chrześcijańskiej od warunków stwarzanych przez politykę społeczną państwa jest nieporozumieniem. Z perspektywy wiary, rzecz jasna.

To, co piszę, to w pewnym sensie glosa do tekstu Kingi Wenklar, opublikowanego kilka dni temu na stronie "Christianitas", w którym Kinga opisuje aberracyjne rozumienie Naturalnego Planowania Rodziny, upowszechniające się podskórnie w Kościele. (Warto zauważyć, że tekst wywołał burzę i zajadłe dyskusje.) Za jednym i za drugim zjawiskiem stoi to samo, a mianowicie kryzys wiary. Nie "w Boga" (sama taka wiara jest nic nie kosztującym niejasnym sądem metafizycznym), ale "Bogu". Brak zaufania, które przekłada się na realne życiowe decyzje. Wydaje mi się jednak, że to jest tylko jedna strona medalu. Drugą jest kryzys, albo raczej zanik, atrofia wspólnoty rozumianej jako społeczny i międzyludzki wyraz chrześcijańskiej miłości, communio. Nacisk na "planistyczny" wymiar NPR, który często równa się wymiarowi antykoncepcyjnemu, jak również ograniczanie rozwoju rodziny ze względu na brak pomocy ze strony państwa, a więc generalnie różnego rodzaju lęki przed nie daniem sobie rady, są w dużej mierze efektem tego, że nawet w Kościele każdy jest zdany coraz bardziej na samego siebie. Chrześcijanie nie powinni musieć myśleć czy państwo coś im ułatwi, ani przejmować się, że mając piątkę dzieci nie będą w połowie miesiąca mieli co im dać na obiad. Powinni móc liczyć na innych chrześcijan, a ci inni powinni móc liczyć na nich. Zresztą nie tylko chrześcijanie. To nie zarzut, raczej wyrzut. Sumienia. 

Nie ma oczywiście żadnej sprzeczności pomiędzy ufnością Boga, a liczeniem na pomoc wspólnoty. To ona właśnie powinna być otwartym narzędziem Jego pomocy. A nie jest, albo jest o wiele za rzadko. Bóg da sobie radę i bez wspólnoty, ale my tracimy szansę: "Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie" (Mt 5, 16). 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.