Bogu niech będą dźwięki

Podczas liturgii nie trzeba grać piosenek opartych na trzech gitarowych chwytach. Wielkie odrodzenie - właśnie wśród młodzieży - przeżywa chorał gregoriański. „Wesoooooły nam dzień dziś nastał” - smutny tłum cedzi słowa przez zęby. Ręce w kieszeniach, nosy spuszczone na kwintę. Tak wygląda śpiew liturgiczny w wielu polskich kościołach.

Smutny wesoły dzień

– Bierne postawy podczas liturgii nasilają się w Polsce od ponad 10 lat, a problem dotyczy przede wszystkim ludzi młodych – ubolewa Jakub Żmidziński, publicysta zafascynowany tradycyjnym śpiewem. Sytuacja jest coraz trudniejsza. Dlaczego przestajemy śpiewać w naszych świątyniach? – Odpowiedź łatwo uprościć, wskazując na przykład na niedostosowanie repertuaru kościelnego do gustów młodego pokolenia. Ale rzecz wydaje się dużo bardziej złożona. Przede wszystkim przestajemy śpiewać jako naród – martwi się Żmidziński. – Polska wieś rozbrzmiewała przez cały rok pieśniami religijnymi, ale także utworami związanymi z pracą, zabawą, weselem. To wszystko niemal doszczętnie w Polsce zanikło, choć trwa u naszych sąsiadów: Czechów, Ukraińców, Litwinów. Nawet tak „zachodni” naród jak Anglicy śpiewa lepiej i więcej od nas.

Odkopywanie skarbu

Ludzie nieświadomi, w czym uczestniczą, nie będą śpiewali dobrze. Jakże inaczej wygląda liturgia sprawowana w nowych wspólnotach francuskich. Prosta, pełna dostojeństwa oprawa Eucharystii we Wspólnocie Błogosławieństw sprawia, że liturgia przyciąga wiele osób zafascynowanych jej pięknem. To dotknięcie tajemnicy. Stoi za nią żywe doświadczenie Boga. Ci ludzie wiedzą, o Kim śpiewają.

Podobne doświadczenia przywożą Polacy przyjeżdżający z Taizé. Jeszcze kilkanaście lat temu mało kto w Polsce wiedział o istnieniu tej wioski w południowo-wschodniej Francji. Dziś co roku przewijają się przez nią tysiące naszych rodaków. Przywożą do Polski kanony. Wiele parafialnych liturgii ożywa, gdy cały kościół powtarza proste, melodyjne, pełne oddechu biblijne wersety.

Nie trzeba jednak szukać ratunku za granicami. – Musimy docenić naszą polską tradycję! – woła Jakub Żmidziński. Zasób nagranych polskich ludowych pieśni religijnych przekracza 20 tysięcy! Samych kolęd i pastorałek jest około 2 tysięcy. To one mogą stanowić o naszej tożsamości, tak jak tańce irlandzkie, rytmy andyjskie, hinduskie mantry dla ich tradycyjnych wykonawców. Zakopaliśmy ogromny skarb, który trzeba na nowo wydobyć i oczyścić.

Anielski śpiew czy arabskie wycia?

Obserwujemy ostatnio prawdziwy renesans chorału gregoriańskiego. Sklepowe półki są pełne płyt z jego nagraniami. I nie tylko tych, na których pseudomnisi przerabiają piosenkę R. E. M. „Loosing my religion” (porzucam swoją religię). Są i prawdziwe perły.

Należą do nich albumy chóru „Ensemble Organum”. Jego lider Marcel Pérés ma w sobie zarówno pasję badacza, jak i charyzmat artysty. Prowadzi prace naukowe jako szef Europejskiego Centrum Badań i Interpretacji Muzyki Średniowiecznej w Royaumont we Francji. Zamiast stereotypowego, „słodkoanielskiego” śpiewu średniowiecznych mnichów, z badań i z interpretacji Marcela Pérésa wyłania się obraz chorału jako muzyki potężnej, ogromnej, powalającej swoją dynamiką i fascynującej egzotycznością. Tak zakorzenionej w kulturze Wschodu, że wielu, słysząc tę oryginalną formę chorału, wzrusza nawet ramionami: „A cóż to za arabskie wycia?”. Pérés jest od lat stałym gościem coraz popularniejszego Festiwalu Muzyki Dawnej w Jarosławiu, gdzie prowadzi warsztaty chorału gregoriańskiego.

U dominikanów nikt nie patrzy na zegarek…

Kiedy przed kilkunastoma laty, dzięki inicjatywie kilku młodych dominikanów, zaczęły pojawiać się w bazylice Świętej Trójcy w liturgii Triduum Paschalnego nowe formy śpiewu, wierni zajmowali zaledwie prezbiterium. Starsi mnisi patrzyli „z pewną nieśmiałością” na tę małą liturgiczną rewolucję. Było to tchnienie czegoś nowego, świeżego. Z roku na rok kościół wypełniał się, tak że dziś z trudem mieści wszystkich chcących uczestniczyć w liturgii. Jedni są zachwyceni i mówią, że „jeśli na Triduum, to tylko do dominikanów”, inni zdegustowani, twierdzą, że to tylko popisy, efekciarstwo i przerost estetycznych ambicji.

Bracia kaznodzieje ukochali liturgię tak bardzo, że w Wielkim Tygodniu ich świątynia pęka w szwach. Ludzie garną się do zabytkowego kościoła, tłoczą się w ławkach i zapełniają wszystkie kąty, by przeżyć niezwykłą liturgiczną opowieść o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa. A akcja liturgiczna porywa ich tak bardzo, że nikt nie patrzy na zegarek.

Świeżą dawkę pięknie wykonanej muzyki liturgicznej przyniosła również wydana niedawno autorska płyta Pawła Bębenka „Dzięki Ci, Panie. Missa de Misericordia”. Krążek zawiera stonowane, ślicznie wyśpiewane hymny, sprawiające, że zagoniony człowiek zatrzymuje się, przymyka oczy, bierze głęboki oddech i skupia się na tym, co najistotniejsze. – Boże, gdyby w polskich kościołach tak śpiewano pieśni – westchnął znajomy ksiądz. Rzeczywiście, opisywane pieśni to prawdziwa kopalnia tematów dla wszystkich animatorów muzyki liturgicznej w Polsce. Naprawdę nie trzeba grać piosenek opartych na trzech gitarowych chwytach.

Marcin Jakimowicz

Artykuł pochodzi z Gościa Niedzielnego”.

 

 

Zobacz także