Ból i Bóg

“Nie mów mi teraz o niebie i świętych obcowaniu. Nie każ pocieszać się realnością spotkania twarzą w twarz z żywym Jezusem. Proszę cię - nie mów, że wiesz, co ja czuję”. Słyszałam tak często na pogrzebach bliskich i przyjaciół.

Sama tak powtarzałam – kolegom teologom, księżom, znajomym ministrantom, którzy „otrzaskali się” z cmentarzem. Wszystkim, którzy próbowali na siłę ocierać mi Panem Bogiem łzy i zasłaniać śmierć.

Strata, ból, samotność, bezradność – to pierwsze uczucia jakie towarzyszą ludziom po śmierci bliskiej osoby. Wtedy niebo nie jest takie wyraźne, wizja przyszłego szczęścia gdzieś się rozmywa. „Bóg” i „ból” – brzmią przecież tak podobnie. Jest pusto, dziwnie, dziko. Jak pusto, dziwnie i dziko przekonałam się całkiem niedawno, gdy umarł mój Dziadek.

Jako „dyżurny teolog w rodzinie” musiałam wtedy trzymać fason. Poprowadzić modlitwę różańcową w kaplicy szpitalnej, zanim przyszedł ksiądz. A może nie musiałam? Chciałam. Chciałam wszystkim pokazać: przecież to nie jest Koniec. Przecież niebo, przecież wieczność, przecież WIERZYMY.

Choć dość składnie szły mi kolejne zdrowaśki, w głowie kotłowały mi się różne myśli: racjonalne i nie, że Dziadek już nie cierpi, ale czemu już Go nie usłyszę, czemu leży taki bezradny, mógł jeszcze pożyć, a ja nie zdążyłam się z Nim pożegnać, ale przecież Jego ulga najważniejsza, Tam jest jednak lepiej, ale szkoda, że już nie jest tu, tak musiało być, ale to takie niesprawiedliwe.

Uciekałam wzrokiem i od trumny i od twarzy mojej rodziny.

W chaosie myśli i wzrokowych ucieczek dotrwałam do „Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego…” – i nagle przestałam mówić. Słuchałam jak wyznają wiarę inni, moi rodzice, wujkowie, ciocie, kuzyni. Czułam jak znowu lecą mi łzy, widziałam jak płaczą pozostali. „Żywot wieczny, Amen” – wybrzmiały ostatnie słowa.

A ja dopiero wtedy, pierwszy raz od początku tego „prowadzonego”, chwalebnego, jak sugeruje eschatologiczna nadzieja różańca, pomyślałam o Bogu. I o tym, że Jest. Patrzy na nas zapłakanych, zdezorientowanych, albo twardo milczących i myśli o nas: „ mój obraz, moje podobieństwo, moja krew”. Bo On też wie, co to jest strata, cierpienie i śmierć.  W osobie Syna podał rękę wszystkim zmagającym się z okrucieństwem śmierci. I w osobie Syna pokazał, że dobrze nas rozumie i zna. Bo posłał nam Syna czułego, wrażliwego, kochającego, odczuwającego ból, a nie obojętnego i „nadludzko” zdystansowanego. Pozwolił Mu płakać po stracie przyjaciela, pozwolił Mu tęsknić, pozwolił nie raz wściec się na niesprawiedliwość. Ba. Zgodził się na Jego cierpienie. Pozwolił Mu w końcu nawet umrzeć. A po zmartwychwstaniu pozwolił Mu się ukazywać jako człowiek głodny, ogrodnik, wędrowiec, ktoś spotkany na brzegu jeziora – jakby dowodząc, że niebo może stać się bliskie przez to, co jest w nas najbardziej zwyczajne i ludzkie.

Wieczność przychodzi pod niepozornymi postaciami już tu na ziemię – wtedy kiedy doświadczamy ciepła, promienności, życiodajności otaczających nas osób; ale pojawia się też w bólu i tęsknocie, kiedy kogoś tracimy. I im mocniej czujemy to tu, na ziemi, tym bardziej będziemy wrażliwi w życiu po tamtej stronie. Nie wyobrażam sobie nieba bez tęsknoty. Tam też ktoś o mnie myśli i czeka, tak jak ja myślę i tęsknię za kimś, kto jest już Tam. Pragniemy siebie w obie strony. To jest z Boga. W którego WIERZYMY.

Tam, w tej kaplicy szpitalnej – spotkaliśmy śmierć. Dotknęliśmy jej. Czuliśmy ból. I spotkaliśmy Boga. On nam tej śmierci sobą nie zasłonił. Był z nami i z nami został. By lepiej niż ktokolwiek z nas pokazać, że to rzeczywiście nie jest Koniec.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Małgorzata Janiec

Małgorzata Janiec na Liturgia.pl

Teolog i dziennikarka. Na świecie obecna od ponad 30 lat. W szkole jako katechetka – 10 razy krócej. Na lekcjach pyta z pytającymi. Szuka z szukającymi. Wierzy z wierzącymi i wierzy w „niewierzących”. Modli się ze wszystkimi i za wszystkich. Do pracy ma pod górkę. A w pracy uczy siebie i innych, że do nieba idzie się zwyczajnie – pod górkę lub nie – po ziemi.