Być krulowom, czyli o katechizowaniu dzieci

Od pięciu lat katechizuję licealną młodzież – zagubioną, zbuntowaną i zadającą niewygodne pytania. Od dziesięciu dni katechizuję także dzieci – wesołe, chłonne wiedzy i też zadające pytania. Niekoniecznie niewygodne. Ale z pewnością liczne.

Do szkoły podstawowej trafiłam na chwilę. Zastępuję koleżankę. Dobrą katechetkę, doświadczoną w pracy z dziećmi. O sobie nie mogę tego powiedzieć.  Póki co – rysuję, wycinam, kleję, układam wierszyki i ćwiczę piosenki. Zastanawiam się, jak mam nauczyć dzieci w 5 klasie, że człowiek jest istotą cielesno – duchową. Odkrywam jak to jest, gdy na katechezie nie dyskutuje się w nieskończoność o seksie, egzorcyzmach i tym, jakimi samochodami jeżdżą księża i czemu takimi drogimi. Zdumiewam się, gdy dzieci na moje środki dydaktyczne reagują rozdziawionymi buziami albo rozbrajającym: „WOW!”, a nie jak czasem w liceum: „o nie, znowu coś przytargała…”. Wniosek jest jeden: Chcesz być wszechstronny? Chcesz być człowiekiem renesansu? Zostań katechetą!

Kontakt z dziećmi miałam wyłącznie na praktykach. Byłam w szkole podstawowej przez miesiąc, jeszcze jako studentka, wpatrzona jak cielę w opiekunkę, która uczyła przed laty także mnie. Pytałam ją o wszystko, tak jak pytają dzieci na lekcji. Notowałam jej uwagi i rady. Potem próbowałam prowadzić lekcje sama – raz lepiej, raz gorzej. Spodobało mi się, choć czasem dzieci leżały na podłodze, kopały się pod ławką i piszczały nie wiadomo dlaczego, albo rzucały na klasowej Wigilii pierogami.

Na zakończenie praktyk dostałam 16 samolotów z papieru i 28 laurek z sercami. Jedną szczególnie lubię. Dziewczynka ( ciekawostka: dziś uczę ją w pierwszej klasie liceum)  narysowała wielką żółtą koronę i napisała na niej: „Pani Magożata jest krulowom” (pisownia oryginalna).  Poczułam się wtedy tak wyjątkowo, jak moja przyjaciółka z roku, Ewa, której podczas tych samych praktyk, dzieci powiedziały, że jest podobna do Matki Bożej.

Minęło zaledwie 10 dni mojej obecności wśród dzieci, ale już nauczyłam się wiele: na przykład tego, że na jednej lekcji piętnastu osobom naraz może chcieć się siku. Tego, że na ćwiczeniówkę trzeba powiedzieć „mała książka”, oraz że polecenie „malujemy dowolnym kolorem” – uruchomi lawinę pytań: „A można na czerwono/ żółto/ zielono/kremowo? ( dzieci mają fazę na kremowe kredki – w biednych czasach mojego dzieciństwa nie było takich). Aha – i  że brzydko piszę na tablicy („Proszę pani, a gdzie kropka nad „i”? Nie wolno o tym zapominać”). Utrwaliłam sobie również (w praktyce oczywiście) bezcenną, katechetyczną prawdę : celem lekcji (nieistotne czy z dziećmi czy z młodzieżą) nigdy nie jest cisza.

Nauczyłam się też paru teologicznych prawd:

„Bóg mieszka w sercu, więc trzeba je zwiększać, żeby się zmieścił” (1 klasa)

A jak się ono zwiększa ?- pytam.

„No jak to? Trzeba dużo i mocno kochać!”

Dzieci potrafią dobrze wczuć się w sceny biblijne:  „Jakby do mnie do domu przyszedł Anioł jak do Maryi to z wrażenia padłbym nieprzytomny” (2 klasa).  W ogóle znają się dobrze na Piśmie Świętym:

„To jest taka ważna książka, gdzie jest dużo o Jezusie, ale dopiero w tym niestarym testamencie”.

„A kto ją napisał?” – pytam.

„Pan Bóg, ale nie długopisem. Bo On nie ma.”

„To może ludzie Mu pomogli i napisali?

„No tak, ale On wszystko dyktował. Żeby nie było błędów. (2 klasa)

Mają głębokie pragnienia, których niejeden szanujący się katolik może tylko pozazdrościć:

„Kto chce iść do nieba?” – pytam

Cała sala podnosi ręce. Ja też.

„A ja mogę tam iść? – upewniam się.

„Pewnie, tylko musi pani bardzo kochać Pana Boga!”(1 klasa).

Od 10 dni biegam między dwoma szkołami  – podstawową i ponadgimnazjalną – i  uczę się, jak docierać z Bogiem do dwóch tak różnych światów. Jak dobierać słowa, jak słuchać mnożących się pytań i jak na nie odpowiadać – zarówno gdy pyta sześciolatek jak i wtedy gdy szesnastolatek. W każdym z nich znaleźć czuły punkt,  który wyzwoli pragnienie Boga – czasem nienazwanego, jeszcze nieznanego, wypchniętego z życia, zapomnianego.  Boga który w naszej codzienności robi więcej niż tylko istnieje. A ja mam o tym nie tyle mówić, co po prostu tym żyć.

Moi uczniowie są dla mnie najlepszymi katechetami. Młodzież pilnuje, bym nie mówiła kościelnych frazesów gdy nie wiem co odpowiedzieć, nie ucinała dyskusji zwrotem godnym 100% kobiety: „Bo tak” i  nie oburzała się, gdy sprawy dla mnie święte, dla nich są czczą gadaniną bez odzwierciedlenia w życiu. Licealiści pokazują mi, że mają realne problemy i realne pytania, których nie wolno ignorować. Bo tylko tak można zobaczyć jak mądrymi są ludźmi. I zrozumieć, że choć czasem deklarują dobitnie swój ateizm i antyklerykalizm, w gruncie rzeczy są gdzieś pomiędzy wiarą i niewiarą. Ten etap wymaga cierpliwego słuchania, wsparcia, okazania serca, tak zupełnie prosto, po ludzku. To sprawdzona droga od „po ludzku” do „po Bożemu”. A nawet do ukazania, że można to co ludzkie i to co Boskie połączyć. I że to się nazywa Wcielenie.

A dzieci zwracają moją uwagę na to, o czym ucząc w liceum łatwo zapomnieć. Że dobro jest proste. I że rzeczywiście „Dopóki nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Bożego”.

Zabawne. Obojętnie czy wychodzę z liceum czy z podstawówki, często zastanawiam się, kto na tych lekcjach jest tak naprawdę katechetą. Jak mawiał Kubuś Puchatek: „Krzyś miał kiedyś swojego łabędzia. A może to łabędź miał swojego Krzysia”.

Dziś przyszła do mnie mała Ida. Przytuliła się i powiedziała: „Lubię panią”. W liceum nie ma takich chwil. Są za to opinie w stylu: „podobno ta katechetka jest spoko”. W obu przypadkach można poczuć się wyjątkowo. Prawie jakby się było…krulowom.

 

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

  • Nic już nie będzie takie samo

    Święto Objawienia Pańskiego jest świętem samego Jezusa i Jego szczególnych gości z daleka. Dla mnie,... więcej

  • Ona i On

    Byłam kiedyś wychowawcą klasowym. Katecheta rzadko nim bywa. Trafiłam do klasy na zastępstwo. Miałam być... więcej

  • Wszystko jest możliwe

    Czasami moje życie zaczynają zmieniać ludzie, których właściwie nie znam. Których nigdy nie widziałam. I... więcej

Małgorzata Janiec

Małgorzata Janiec na Liturgia.pl

Teolog i dziennikarka. Na świecie obecna od ponad 30 lat. W szkole jako katechetka – 10 razy krócej. Na lekcjach pyta z pytającymi. Szuka z szukającymi. Wierzy z wierzącymi i wierzy w „niewierzących”. Modli się ze wszystkimi i za wszystkich. Do pracy ma pod górkę. A w pracy uczy siebie i innych, że do nieba idzie się zwyczajnie – pod górkę lub nie – po ziemi.