Chcę wyprowadzić oblubienicę na pustynię i mówić jej do serca

Proponuję, by cytatem wiodącym na okres Wielkiego Postu były słowa wzięte z Księgi Ozeasza: „(...) Chcę (...) wyprowadzić oblubienicę na pustynię (...) i mówić jej do serca...”. Każdy z nas jest „oblubienicą” Boga. Nie tylko naród, nie tylko Kościół, ale każdy z nas, bardzo indywidualnie, jest kochany i chciany przez Boga. On chce „(...) poprowadzić na pustynię, by mówić do serca…”.

Co to znaczy – „wyjść na pustynię”? Pustynia to pustka, ale pustka, która ma swoją głębię. Proponuję, byśmy – to bardzo ważne – w tym roku położyli nacisk na osobistą, indywidualną pracę.

Myślę, że Polacy mówią ciągle o narodzie, o ojczyźnie. W kościele słyszymy o Kościele jako wspólnocie. To wszystko jest bardzo istotne – ja naprawdę czuję się dzieckiem swojej ojczyzny, Polski. Natomiast pojawia się przy tym dręcząca mnie ciągle myśl z Norwida: że Polak jest wielki, ale człowiek w Polaku jest mały. Jesteśmy katolikami, ale czy jesteśmy chrześcijanami? – tak naprawdę, każdy w głębi swojego serca.

Może więc tegoroczna praca, duchowa praca każdego z nas, ma być tym pójściem na pustynię. Na pustynię, w której mamy odnaleźć głębię; bo „wyjść na pustynię” – jest tym samym, o czym mówi zupełnie inny fragment Ewangelii: „wypłyń na głębię”.

Na targowisku, w którym żyjemy, w sieci relacji międzyludzkich, ciągle coś odgrywamy, znajdujemy się na scenie. Dodam: jako kiepscy aktorzy – bo dobry aktor, gdy znajdzie się na scenie, będzie sobą. Kiepski aktor będzie zawsze coś udawał – i my takimi jesteśmy – powiedzmy sobie szczerze – kiepskimi, ślizgającymi się po powierzchni. Wciąż poddajemy się rozmaitym wpływom, zdaniom, próbujemy się wszystkim przypodobać. Fascynują nas różne rzeczy, sprawy, przez co nieustannie znajdujemy się poza sobą. „Wejść na pustynię” – to wejść w siebie, w swoją głębię.

Paradoksem naszej współczesnej europejskiej cywilizacji jest to, że z jednej strony żyjemy w tym nieustannym rozproszeniu, „uciekamy z siebie” (ponieważ pewne kanony cywilizacyjne wymuszają w nas takie zachowanie), a z drugiej jest w nas jakieś mitologiczne poszukiwanie… Czego? Niektórzy mówią – poszukiwanie środka. W kręgu kontrkultury, ale też i literatury – europejskiej, amerykańskiej – był mit podróży na wschód: „znalezienia środka”, który miał być gdzieś tam na Wschodzie, w Tybecie, czy gdziekolwiek bądź…

Środek ciebie nie znajduje się na Wschodzie, ani na Zachodzie; jest w tobie. I czas duchowej pracy Postu ma być zapuszczeniem korzenia w swoje własne serce, w swoje własne sumienie.

Pustynia to czas uciszenia. Niewątpliwie wymaga to pewnej ascezy, polegającej nie tyle na takiej czy innej diecie, co na lepszej organizacji czasu. Wielokrotnie, gdy mówimy o modlitwie, tłumaczymy się: nie mam czasu, taki jestem zagoniony, taki jestem rozpędzony, nawet wieczorem, gdy próbuję się skupić, to nic mi z tego nie wychodzi. Tym wszystkim, którzy tak mówią, przypominam świetne zdanie kardynała Wyszyńskiego, który gdzieś tam w swoich notatkach zapisał: „Jak nie masz czasu, to zacznij się modlić”. Wtedy się okazuje, że znajduje się i czas. Bowiem czas to nie tylko bieg wskazówek zegara, to również głębia i intensywność przeżywania tego, co nam przychodzi robić w życiu.

Bardzo ważne jest to „wyjście na pustynię” – i chyba to właśnie jest zadanie dla każdego z nas, ponieważ każdy musi sobie znaleźć formułę tej swojej pustyni: na czym ona właściwie ma polegać?

Niewątpliwie jest w tym zawarty moment jakiegoś wyrzeczenia: coś za coś. Nie jest tak, że możesz mieć wszystko, a do tego wszystkiego jeszcze dodasz sobie „pustynię” (bo tak przeczytałeś). Nie – coś trzeba odrzucić, odstawić, znaleźć to miejsce, w którym jest, chce i pragnie przebywać Bóg: „wyprowadzę cię na pustynię…”.

„(…) na pustynię, aby mówić do twojego serca…”

Mówimy: modlitwa jest rozmową. Ale jakże często ta rozmowa polega na naszym gadulstwie. Tymczasem rozmowa to także słuchanie. Może zastanówmy się, w jaki sposób Bóg do nas mówi? Na pewno mówi przez głos sumienia – to jest oczywiste – ten głos, który czasami boli, bo mówi jakąś prawdę o mnie. Ale Bóg mówi również przez głos natchnień, mówi też przecież przez Pismo Święte…

Myślę, że trzeba, i to jest też kolejna propozycja naszej wielkopostnej pracy, odkryć: co właściwie znaczy słuchać Boga? To naprawdę nie jest wezwanie do oczekiwania jakiś niesłychanych olśnień, natchnień czy wizji. Nie – Bóg mówi bardzo zwyczajnie, ale trzeba uwagi, „uważności”, skupienia, wyciszenia – owej pustyni – aby naprawdę wsłuchać się w ten głos. I jeszcze bardzo ważna rzecz: w tej pustyni musi towarzyszyć nam zdolność wsłuchania się w głos, gotowość na to, żeby wysłuchać. My czasami nie słyszymy tego, co Bóg mówi do każdego z nas, albowiem boimy się, że On postawi nam wymagania, na które nie będziemy mogli czy nie będziemy chcieli się zgodzić. Z Bogiem trzeba rozmawiać na Jego warunkach, bo są to warunki miłości. Tylko ten, kto kocha, wie, co jest dobrem kochanej osoby. Bóg naprawdę jest Miłością i wie, co jest moim dobrem, z którym, może często, może rzadziej, się rozmijam. Jego słowo jest gotowe przyjść, aby pozwolić mi odnaleźć siebie. Na pustynię idziesz nie po to, by się zagubić. Idziesz po to, żeby się tam odnaleźć, albowiem tam jest ten głos, w którym zawarta jest nadzieja przemiany, odrodzenia….

Na koniec chciałbym przytoczyć piękne arabskie przysłowie. Arabowie – naród pustyni wiedzą, co mówią. „Woda śpi na dnie bardzo głębokiej studni. Nieszczęsny, kto nie ma wystarczająco długiego sznura”.

W Tobie jest źródło wody żywej, ale by napoić się tą wodą musisz mieć długi sznur, który pozwoli ci dosięgnąć głębi i ją wydobyć.

Woda – to słowo Boże, a sznur – to modlitwa. Gdy się spotkają, nasze pragnienie będzie spełnione. 

 

Zobacz także