Chorał chorałowi nierówny

Przeczytaj artykuł „Koniec hip-hopu i rocka w kościołach?" w serwisie rp.pl.

«Według brytyjskiego „Timesa”, Ojciec Święty rozważa dokonanie w Kościele kolejnego „dramatycznego zwrotu”. Po przywróceniu do łask mszy łacińskiej chce upowszechnić używanie chorału gregoriańskiego i barokowej muzyki liturgicznej, od których Kościół odszedł po Soborze Watykańskim II (1962 – 1965 r.).»

Myślę, że nikogo z Czytelników nie trzeba przekonywać, że podana informacja zawiera błędy. Niemniej w ostatnich dniach temat chorału gregoriańskiego mocniej niż zazwyczaj daje znać o sobie. W Krakowie odbyła się sesja mu poświęcona („Czy chorał gregoriański jest wciąż pierwszym śpiewem Kościoła”), trwa szereg koncertów w ramach „II Międzynarodowego Festiwalu Chorału Gregoriańskiego". Marcel Peres wystąpił zarówno z wykładem o interpretacji śpiewu kościelnego w trakcie wspomnianej sesji, a także dał koncert z częścią zespołu Organum w drugi dzień festiwalu. W Warszawie dzięki stowarzyszeniu Sztuka Żywota odbywają się cyklicznie „Soboty z chorałem”, a na początku grudnia będzie można wziąć udział w warsztatach chorału i nocy czuwania „Ad Te levavi animam meam”.

Dodatkowo niebawem – z inicjatywy wydawnictwa Homini i krakowskich dominikanów – odbędzie się koncert i szereg spotkań z Lykourgosem Angelopoulosem, wybitnym znawcą i praktykiem śpiewu liturgicznego, który w kolejne dni będzie pracował ze scholą SCGS we Wrocławiu. Podobne działania mają miejsce w Jarosławiu, Chorzowie i Wrocławiu. W Krakowie w ostatnim czasie powstały trzy nowe schole, które uczą się śpiewu kościelnego (mieszana, żeńska i męska). To zapewne tylko niektóre z wydarzeń na tym polu. (Nota bene chyba przydałaby się jakaś linkownia, czy newsroom, w którym możnaby zbierać podobne inicjatywy.)

Wobec tego, czas najwyższy postawić zasadnicze pytanie: czym jest chorał gregoriański?

Najczęściej udziela się odpowiedzi historycznej. Zwraca się uwagę na genezę i rozwój śpiewu. Niestety, najczęściej w polskim kręgu muzykologów kościelnych powtarza się tezy podręcznikowe. Brakuje rzetelnych studiów i krytycznego odniesienia do historiozofii z przełomu XIX i XX wieku. Wskazuje się Grzegorza Wielkiego, jako wielkiego reformatora, pomija się korzenie blisko-wschodnie, inne tradycje śpiewu traktuje się jako nieistotne lub nieinteresujące, nie zastanawia się nad ich różnorodnym wpływem na tradycje śpiewu gregoriańskiego. Pomija się badania śpiewu staro-rzymskiego, benewenckiego, gallikańskiego, mozarabskiego i innych. Z przedstawianych opracowań można odnieść mylne wrażenie, że śpiew kongregacji mniszych i kanoników regularnych, które rozwijały się po reformach karolińskich brzmiał tak, jak śpiew współczesnych nam benedyktynów. Nie poświęca się wystarczającej uwagi skalom chorałowym, które choć (w dzisiejszym kształcie) wywodzą się z reform cysterskich XII wieku, wspólcześnie są interpretowane zgodnie ze strojem równomiernie temperowanym. Zapisy wcześniejsze (choćby santgalleńskie) bezkrytycznie uzgadnia się z późniejszymi (XIII wiecznymi) zapisami w nota quadrata.

Zajmowanie się chorałem jedynie w ujęciu historycznym stwarza problem, który zauważył Paweł Bębenek, po wspomnianej sesji organizowanej w Akademii Muzycznej w Krakowie: „w obceności wielu osób duchownych ani raz nie padło słowo modlitwa”. W ramach tego podejścia i dzięki popełnionym wcześniej błędom metodologicznym, chorał utożsamia się z zapisaną melodią chorałową. Można więc melodie te propagować, upowszechniać, zalecać ich wykonywanie. Obiektywna i ostateczna wartość – zdaje się – została zapisana w nutach. Nie przeczę, że melodie te mają potencjał, który może je wyrazić, ale nie sądzę, że „propagowanie” chorału w oparciu o to założenie stworzy znaczącą różnicę w stosunku do innych pieśni wykonywanych w polskich kościołach. Użycie kolejnego śpiewnika nie pomoże w wypowiedzeniu głębi duchowej. Nie stanowi zasadniczej różnicy to, że będziemy śpiewać „Sanctus” na melodię profesti diebus zamiast „Święty” według melodii księdza Pawlaka. Melodia to za mało.

Zupełnie inne podejście proponuje Marcel Peres, który mówi o zapisie melodii jako o „materia prima", czyli tworzywie bez form, kształtu, treści. W stosunku do zapisu nutowego użycie tego określenia oznacza, że dopiero przez zaangażowanie duchowe i intelektualne śpiewaka, nabiera on właściwego kształtu i znaczenia. W konsekwencji staje się modlitwą. Na wspomnianej sesji Peres zaprezentował trzy interpretacje jednego resposnorium z dominikańskiego graduału. Dzień wcześniej, na spotkaniu w mniejszym gronie, przedstawił ich sześć. Różnice pomiędzy wersjami śpiewu były diametralne.

Zapis nutowy to tylko początek. Te same lub podobne melodie były wykorzystywane w Kościele przez wieki w zupełnie odmiennych rytach, społecznościach, kulturach. Mimo, iż był to ten sam utwór zupełnie inaczej wykonywano go w Toledo, a inaczej w Lyonie, inaczej u dominikanów a jeszcze inaczej w klasztorach benedyktyńskich. Rozwiązanie bazujące na niepogłębionym podejściu historycznym, zakłada, że śpiew ten był taki sam, bo melodia była ta sama. Nic bardziej mylnego. Melodie można wypowiedzieć na wiele różnych sposobów i działo się tak w minionych wiekach. Dlatego w traktatach średniowiecznych często mówi się o śpiewie kościelnym, a nie gregoriańskim. Śpiew gregoriański to tylko jedna z wielu odmian śpiewu kościelnego, który choć korzysta z podobnych melodii brzmi w różny sposób. Śpiew kościelny w trafny sposób wyrażał katolicką jedność Kościoła. Te same motywy były wyśpiewywane na wiele różnych sposobów. Podejście współczesnych muzykologów kościelnych sugeruje, że jedność Kościoła to ujednolicenie. Strój równomiernietemperowany i jedna melodia wykonywana w ten sam sposób ma być znakiem jedności. Ujednolicenie to nie katolicyzm, który dlatego jest powszechny, że wypowiada na nieskończenie wiele różnych sposobów te same prawdy i miłość.

Odwaga znajdowania własnej interpretacji melodii chorałowych pozwala na wyrażenie „własnym głosem” wspólnie wyznawanych prawd. Narzucenie jednej interpretacji wszystkim wspólnotom to de facto zubożenie ich doświadczenia modlitwy. Wymaganie dopasowania się, używania takich a nie innych środków, pozbawienie śpiewu osobistej i wspólnotowej charakterystyki ogłusza indywidualność. Benedykt XVI postępuje w inny sposób. Powszechne przywrócenie nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego, to zgoda na pluralizm w ramach jednej liturgii. Nie zmusza do podporządkowania się jednej formie, ale udostępnia drugą, która wypowiada tą samą tajemnicę z użyciem diametralnie innych środków.

Modlitwa, a więc przebywanie w tajemnicy jest kluczowe. Nie da się jej wyrazić jednym sposobem śpiewu, głoszenia, rytu. Skoro modlitwa jest nadrzędna, to są również formy, które wyrażają ją dobrze, a inne słabo lub w ogóle. Narzucenie jednego sposobu wykonania śpiewu kościelnego, wprowadza słabą formę zgodności wiernych, która (jak okazało się w połowie XX wieku) nie wystarcza katolikom. Nie wystarczy wobec tego „propagować” melodie chorałowe, należy uczyć modlitewnego przeżywania śpiewu.

Tomasz Grabowski OP

 

Zobacz także