Ciąża, wszechświat i feminizm

                                      …a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę

Co ma być największą zdobyczą kobiety? Wolność od własnej płodności. Już nie jest ona skazana na dziecko. Może się wyrzec cyklicznej, księżycowej kobiecości, może wyrzec się macierzyństwa, może przejść przez życie nigdy tych aspektów nawet nie dotykając. Już nie ogród zamknięty, ale jałowa pustynia.

Nigdy nie czułam się bardziej kobietą niż wtedy, kiedy nosiłam w sobie dziecko. To doświadczenie wykracza poza ramy zwykłej biologii. Jest prawie mistyczne. Ten czas, kiedy odczuwa się, że wszystko jest na swoim miejscu, cała przestrzeń, która się staje, kiedy każda komórka ciała podejmuje funkcje do których została stworzona. A gdzieś wewnątrz „ukryty we wnętrzu ziemi” tworzy się nowy wszechświat.

Tak, wiąże się to z trudem, zmęczeniem, nie na darmo nazwano ten okres ciążą – czymś, co przysparza trudów. Ale nie na darmo nazwano też ten okres stanem błogosławionym.

Zaiste jest to okres błogosławiony…

Zdjęcie dziecka USG z pierwszych miesięcy. Mała istota zawieszona jakby pośród chmur. Wszechświat we wszechświecie… Całkowicie odmienny, różny, daleki, choć jednocześnie nieskończenie bliski. Ktoś kto jest we mnie i ze mnie, ale nie jest mną. Ma już swoje pragnienia i potrzeby – objawiają się napadami mojego zmęczenie, senności, zachciankami kulinarnymi.

Jest taki okres, tuż po porodzie, kiedy trzymając dziecko w ramionach i ciesząc się nim, doświadcza się jednocześnie dziwnej pustki wewnątrz. Bo tam jest już pusto, choć łono nie zdążyło jeszcze wrócić do swojego kształtu… Pewna, niepowtarzalna więź zostaje przerwana wraz z przeciętym sznurem pępowiny. Ale ciało pamięta dalej. Ale przez dziewięć miesięcy dojrzewa się do tej myśli, przygotowuje na nią.

Ci, co zrywają tę więź wcześniej, przemocą – jaką ranę sobie gotują? Czy ona może być kiedykolwiek uzdrowiona? To przecież nie bolący ząb, ale cały wszechświat wyszarpany krwawo i ciśnięty do kosza…

Dlatego gardzę tym feminizmem, który próbuje wmówić kobietom, że to nic, że to tylko kosmetyczny zabieg przywracający utraconą sprawność czy decyzyjność. Prawo człowieka, o które należy walczyć. Przywilej, którego należy bronić. Że nie ma skutków –  tak jakby buldożer przejeżdżający przez ogród zostawiał za sobą tylko skoszoną trawę i wyplewione grządki.

Dlaczego kłamią? Dlaczego bronią kłamstwa? Czego się boją? Że same zostaną w swoim piekle na które się skazały? Że piekło stanie się lżejsze jeśli inni do nich dołączą? Że, jeśli pociągną innych za sobą, to przestanie być tym miejscem, które przynosi udrękę, niepokój, którego nie może ukoić żadna bieganina, żadne szczęście na sprzedaż, choćby nie wiem jak budziło zawiść tłumów? Nie wiem. Ale wiem, że kłamią.

Albowiem nie może nie kłamać ten, kto zdradził niewinne i bezbronne dziecko, najwyższy dowód zaufania – powierzone mu życie drugiej osoby, odebrał mu nie tylko życie ale nawet człowieczeństwo i uczynił medycznym odpadem. Kto nadto dokonał tej zbrodni w miejscu, które jest święte. Który z miejsca tworzenia się wszechświata uczynił miejsce kaźni. Musi kłamać, aby swoją zbrodnię uczynić mniejszą, musi szargać świętości, aby nie musieć przyznać, że świętości istnieją i kiedy je kalamy naruszamy fundamenty świata i fundamenty naszego własnego istnienia, musi szukać usprawiedliwień – bo nie potrafi szukać przebaczenia. I musi, w końcu, atakować jak jadowita kobra. Uderzać raz za razem, wstrzykując śmiertelny jad w żywą tkankę rozumu. Tyle osób zwodzą tymi kłamstwami… Jaką winę na siebie zaciągają?

Jałowe jak pustynia. I jak ona śmiercionośne. Umrze, kto się tam zapuści.

Aborcja nie broni życia. Aborcja broni pewnej wizji życia, życia zimnego, wyrachowanego, w-sobnego… Moje, moje, moje… ja, ja, ja… Ale ci co tak mówią, nie żyją na swoich prywatnych planetach. Żyją w społeczeństwie i – jak inni – określają się w relacji do innych ludzi. Stawiają im żądania i mają wobec nich oczekiwania Ale jakie prawo do żądań i oczekiwań ma ktoś, kto nieustannie mówi tylko: „moje, moje, moje… ja, ja, ja”? Kto chce tylko brać „od życia” – jak kleszcz? On, który nie daje samego siebie, który panicznie boi się zaufania, jakim prawem pragnie by ktoś jemu zaufał, by ktoś mu się oddał? Musi tworzyć podziały, musi pozostać nieufny a przede wszystkim musi dbać o swoje dobro. Moje, moje, moje… I tak rozpadają się związki a to szczęście, które się chciało kupić za zbrodnię, oddala się ciągle coraz dalej i dalej. Bo kiedy żyję w społeczeństwie określam się w relacji do innych ludzi – także do mojego dziecka. Ono nadal będzie moim dzieckiem. Bedzie tylko martwe. Aborcja bowiem „nie obroni” życia kobiety. Uczyni ją tylko matką martwego dziecka.

To nie dziecko jest naszym zagrożeniem, ale nasza własna głowa. Potwory są w naszej głowie. To nasza nieograniczona chciwość, nieodpowiedzialność, niedojrzałość, nasza małość, nieufność i lęk czyni z dziecka przerażające monstrum przychodzące by zniszczyć nasz świat. Nie z dzieckiem należy walczyć, ale z samym sobą.

Dla tych, którzy poszli co za tymi podszeptami, którzy uwierzyli usprawiedliwiającym kłamstwom, i słowo zamienili na czyn, jest tylko jedna droga. Nie marsze w obronie piekła, ale uznanie prawdy. Faktu zaistniałego człowieczeństwa, który jest faktem naukowym, nie faktem wiary. Oddanie choć tej najmniejszej i podstawowej sprawiedliwości własnemu dziecku. Przywrócenie właściwej relacji. Podniesienie odpadu aby móc pochować dziecko. A z tym przychodzi płacz. I ból. I osąd. I żal. I możliwość przebaczenia.

Trudna droga. Nauczyliśmy się szukać usprawiedliwienia własnych czynów, nie przebaczenia. Nie każdy ma tyle odwagi by stanąć przed Chrystusem i powiedzieć „zgrzeszyłem”.

Chcemy być „wolni”, ale chętnie godzimy się by konsekwencje naszych wolnych wyborów ponosił ktoś inny. Zatem udajemy tylko wolnych. Udajemy panów swojego życia. Ale nie ten jest prawdziwym Panem Życia, kto potrafi zabić. Jest nim Ten, który ma moc utracone życie przywrócić.

On poniósł konsekwencje naszych wyborów. Na święte Drzewo Krzyża. Przywrócił możliwość wyboru. I prawdziwej wolności.

Nie ma innej drogi do uzdrowienia jak droga nawrócenia. I to On – Chrystus – jest tą drogą, drogą, która przez prawdę przywraca życie. Bo On jest zmartwychwstaniem.

Odpowiedział im Jezus: Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie. Powiedziałem wam jednak: Widzieliście Mnie, a przecież nie wierzycie. Wszystko, co Mi daje Ojciec, do Mnie przyjdzie, a tego, który do Mnie przychodzi, precz nie odrzucę, ponieważ z nieba zstąpiłem nie po to, aby pełnić swoją wolę, ale wolę Tego, który Mnie posłał. Jest wolą Tego, który Mię posłał, abym ze wszystkiego, co Mi dał, niczego nie stracił, ale żebym to wskrzesił w dniu ostatecznym. (J 6,35-39)


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

  • Dobrzy poganie

    Felieton Wojciecha Wencla „Czarny czwartek” z ubiegłotygodniowego „Gościa Niedzielnego” (z 23 X) to jeden z... więcej

  • Po głosowaniu

    Parafrazując słowa Churchilla, wypowiedziane w 1938 r. po konferencji monachijskiej, PiS miał do wyboru wojnę... więcej

  • Na kanwie „linii kobiet”

    Gdybym mógł dodawać komentarze, nie robiłbym osobnego wpisu, tylko bym to napisał pod ostatnim znakomitym... więcej

Agnieszka Myszewska-Dekert

Agnieszka Myszewska-Dekert na Liturgia.pl

Matka pięciorga dzieci. Z wykształcenia pedagog rodziny i katecheta. Pisze artykuły, tworzy opowieści a także chrześcijańskie midrasze. Zafascynowana Pismem Świętym jako żywym Słowem i Przestrzenią w której "żyjemy, poruszamy się i jesteśmy", stara się Je coraz bardziej poznawać i zgłębiać. Publikowała w kwartalniku eSPe i miesięczniku List. Autorka książek: "Modlitwa - nieustanna wymiana miłości" (Kraków, 2001) oraz "Cynamon i Marianna. Baśń inicjacyjna" (Kraków 2015).