Co wiemy o papieżu?

Nie ma dnia, a przynajmniej ja nie zauważyłem, aby w mediach głównego nurtu nie pojawiała się kolejna sensacyjna wiadomość o papieżu Franciszku. Każda jednak z tych rewelacji opiera się na zasadzie przeciwstawienia tego co było z tym co właśnie zrobił papież.

Widać zatem na internetowych witrynach, w nagłówkach gazet i innych miejscach rażące w oczy, pisane wielkimi literami i pogrubioną czcionką tytuły, które powinny przynajmniej zmusić nas do zatrzymania się nad nimi.

Ograniczę się jedynie do kilku, które nie są w stanie pochwalić się dłuższą przysłowiową metryką niż miesiąc: „Franciszek: Konfesjonał to nie sala tortur”, „Franciszek: Kościół ma obsesję na punkcie aborcji”, „Po słowach Franciszka ksiądz homoseksualista chce wrócić”. Zdziwiłby się jednak grubo ten, kto w medialnej gorączce sądziłby, że medialna kampania zajmuje się jedynie osobą papieża. Wręcz przeciwnie. Słowa Ojca Świętego, jego zachowanie i styl życia prawie w żadnym newsie nie są pozostawione bez chociażby ukrytego komentarza. Papież stał się młotem na złą prawicę, polskich biskupów, proboszczów, katechetów, tradycjonalistów i wielu innych. Łatwo odnieść wrażenie, że do tego worka, w którym znajdują się niepokorni i niesłuchający Franciszka, zmieściliby się prawie wszyscy. Paradoksalnie w ostatecznym rozrachunku można by tam umieścić nawet samego papieża, który ośmiela się od czasu do czasu wspomnieć o piekle.

Bez wątpienia prawdziwa jest diagnoza Tomasza Terlikowskiego, który bardzo celnie zauważył, że od początku pontyfikatu obecnego Ojca świętego nałożono na niego medialną „kliszę”. Była ona zgoła odmienna od tej, w której „zmieścił” się Benedykt XVI. Papież Ratzinger był uosobieniem konserwatyzmu, wstecznictwa i Kościoła minionego już czasu. Natomiast Franciszek od pierwszych chwil pontyfikatu to uosobiona otwartość, dialog (który we współczesnym świecie nie oznacza przekonywania do słusznych wartości, ale jest celebrowanie relatywizmu w każdej postaci) i pokora. Mało kto zastanawiał się jednak, że o ile z kardynałem Ratzingerem zdążyliśmy się już oswoić przez długie lata jego pracy w Kurii Rzymskiej to niemal automatyczne nakładanie medialnych ram na osobę, która przychodzi z zupełnie innego kontynentu oraz kultury powinno budzić zastanowienie, a może nawet zakłopotanie. Ciekawe jest także to, że np. elementy papieskiego stroju, które nigdy nie budziły wielkiego zdziwienia, a raczej odbierane były jako coś normalnego i nierozerwalnie związanego z osobą następcy Piotra, nagle zaczęły być synonimem bogactwa, zbytku, a wręcz pychy (sic!). Zastanawia zatem fakt dlaczego do dzisiaj w umysłach wiernych np. Jan Paweł I, którego zdjęcia na sedia gestatoria są ogólnie dostępne w Internecie, nazywany jest skromnym papieżem, a czasami papieżem uśmiechu?

Medialne szaleństwo wokół osoby papieża Franciszka coraz bardziej przypomina tabloidową walkę o kolejnego newsa. Papież w starym samochodzie, papież bez mucetu, papież dzwoniący do wiernych, papież piszący listy. Jednym słowem – wszystko o Franciszku, ale nic o papieżu. I może to brzmieć bardzo paradoksalnie, ale przez pół roku pontyfikatu media mówią wszystko o papieżu, a niezorientowany człowiek dalej nie ma pojęcia czym jest papiestwo ani kim jest papież. Przecież wiemy, odpowiedzą liberalne media, papież jeździ tanim samochodem, pije yerba mate, jest bezpośredni w kontaktach z wiernymi i mieszka w hotelu (we własnym hotelu nawiasem mówiąc). Wszystko to jednak opis konkretnej osoby, a nie urzędu. Trudno nie odnieść mi wrażenia, że papież Franciszek przysłonił swoją osobowością urząd, który sprawuje. Dziwne, że tyle teraz wielkich słów o pokorze i skromności, a strach otworzyć lodówkę, bo nie wiadomo czy i tam nie będzie papieża.

Budzi także refleksję fakt, że najbardziej podekscytowani kolejnymi posunięciami papieża są ludzie, którzy albo nie mają nic wspólnego z Kościołem, albo są katolikami letnimi, którzy są gotowi nagiąć doktrynę do tego stopnia, że o mały włos się ona nie złamie. Niebezpieczeństwo jakie kryje się za takim prezentowaniem osoby papieża, a w konsekwencji i Kościoła, jest przyjęcie przez ludzi młodych i wątpiących za jedyne kryterium prawdziwości Kościoła jego „fajność”. Papież i Kościół muszą być fajni, sympatyczni, a najlepiej na rowerze lub w tanim samochodzie. Jednakże zapomina się o tym, że Kościół to nie organizacja charytatywna, a księża to nie urzędnicy. Pierwszym i najważniejszym zadaniem Kościoła jest prowadzenie dusz do zbawienia. Każda inna działalność np. charytatywna, naukowa czy społeczna musi być podporządkowana temu celowi. Przewrócenie właściwej hierarchii celów Kościoła skutkuje błędnym jego obrazem we współczesnej kulturze i społeczeństwie.

Zarzuca się ze strony mediów oraz części katolickich publicystów, oczywiście w ramach dyskusji o papieżu Franciszku, osobom przywiązanym do tradycyjnej liturgii rzymskiej, ale także części zwykłych katolików, zbytnie skupianie się na formie. W podtekście papież jest tym, który odrzucił wszystkie piękne szaty, mucety, złota itp., aby być bliżej ludzi. Jednak głębsza refleksja prowadzi do zaskakującego wniosku, że tymi, którzy skupiają się zbytnio na zewnętrznych formach nie są źli tradycjonaliści, ale osoby, które ciągle domagają się pozbycia się wszelkiego objawu piękna i siły Kościoła Świętego. Przecież to im najbardziej przeszkadzają szaty i ceremonie Kościoła. Czy jeśli naprawdę chcieliby dotrzeć do papieskiego orędzia to przeszkadzałby im papieski strój? Odpowiedź na to pytanie przyniosło ostatnie półrocze. Papież dotąd nie ubrał komży ani mucetu papieskiego, a media dalej mówią o samochodzie, metrze, listach i telefonach.

Media od sześciu miesięcy zachowują się tak, jakby Kościół i papiestwo zaczęło się od pontyfikatu Franciszka. Oto nikomu wcześniej nieznany kardynał Bergoglio wnosi powiew świeżości oraz nowy, niespotykany wcześniej sposób sprawowania posługi piotrowej. Jednocześnie oznacza to jakoby wszystkie dotychczasowe pontyfikaty niczym szczególnym się nie wyróżniały. To nieprawda. Wystarczy wspomnieć jaką rewolucję, jakkolwiek by definiować to słowo, wniósł pontyfikat Jana Pawła II – Człowieka, który również był papieżem „z końca świata”. Idąc tokiem myślenia dzisiejszej medialnej gorączki pontyfikat Jana Pawła II był jedynie bladym odbiciem i lichą zapowiedzią czasów rządów Franciszka. Teologicznie mówiąc można to porównać do czasów Starego i Nowego Przymierza. Papieskie telefony oraz listy również się w przeszłości zdarzały. Wystarczy jedynie sięgnąć w niezbyt odległą przeszłość.

Podobnie to co mówi papież na temat udzielania sakramentu chrztu dzieciom, które wychowywane są przez samą matkę lub na temat homoseksualistów, których nie wolno potępiać jeśli szukają Boga i nie są aktywnymi homoseksualistami nie jest żadnym teologicznym odkryciem. Kościół zawsze stał i nadal stoi po stronie grzeszników chociaż sam jest święty z woli swojego Założyciela. Być może, gdyby podobne słowa padały z ust Benedykta XVI, który nie wpisywał się w linię „fajnego” papieża, to nigdy byśmy o tym nie usłyszeli. Papież Franciszek nie dokonał jak na razie żadnego teologicznego przewrotu. Słowa Franciszka o miłosierdziu wobec samotnej matki lub o nieosądzaniu homoseksualistów można porównać z fermentem jaki wybuch po słowach Benedykta XVI w wywiadzie rzece, którego udzielił niemieckiemu dziennikarzowi Peterowi Seewaldowi. Papież Ratzinger przywołał zasadę przysłowiowego „mniejszego zła” w kontekście stosowania prezerwatyw, które na pewnym etapie wychodzenia z grzechu może być pożądane, a nawet konieczne. Podobnie medialny szum wokół słów Franciszka okazał się burzą w szklance wody, ale doskonale wpisywał się w obraz papieża, który przyszedł przebudować całą teologię i właśnie zabierał się za kopanie fundamentów.

Rzeczą, którą od razu podchwyciły media było ubóstwo papieża z Argentyny. Nikt jednak, a przynajmniej mało kto, nie zastanowił się nad sytuacją społeczną w kraju, z którego pochodzi nowy papież. Franciszek stał się ucieleśnieniem marzeń o Kościele ubogim i świecie, w którym nie ma niesprawiedliwości społecznej. Media całkowicie bezrefleksyjnie przez kilka dni po wyborze odmieniały przez wszystkie przypadki słowo pelerynka, w której miał się pojawić, a się nie pojawił papież Franciszek. Nota bene nikt nie pofatygował się, żeby sprawdzić, że pelerynka (ten symbol, przepychu i bogactwa w oczach mediów) ma nazwę – mucet. Jest to kolejny przykład braku refleksji ze strony świata mediów. Wystarczy chociaż trochę znać historię Kościoła, aby wiedzieć, że średniowieczne szpitale czy zakony rycerskie za swój pierwszy cel, prócz obrony Ziemi Świętej w przypadku rycerzy, obierały pomoc chorym i potrzebującym. Zatem Kościół w wiekach średnich był jedną (o ile nie jedyną) instytucją, która dbała nie tylko o rozwój duchowy człowieka, ale także o poprawę zdrowia i życia w doczesności. Wynikało to z zasady miłości bliźniego, czyli drugiego najważniejszego przykazania. Medialny obraz ubogiego papieża, który odrzuca aparat represji w osobie prałata Mariniego z mucetem w ręku jest zatem całkowicie nietrafiony. Można dyskutować nad zasadnością takiego papieskiego posunięcie, ponieważ każdy gest i szata w Kościele wskazują na inną rzeczywistość, ale nie może to oznaczać automatycznie linii programowej pontyfikatu. Niestety tak źle pojęta i medialnie wykoślawiona skromność prowadzi do stwierdzeń, że „Bóg wyraża się w prostym samochodzie”.

Czy taka sytuacja to jedynie zasługa mediów? Stara zasada mówi, że wina zawsze jest po obu stronach. Z jednej strony dziennikarze, który chcą widzieć w papieżu sprzymierzeńca w reformowaniu świata. Jednakże ta reforma miałaby odbywać się nie inaczej jak pod dyktando relatywistycznej koncepcji świata lub wręcz ateistycznej. Najlepiej jeśli Kościół zdecydowałby się być jedną z wielu instytucji charytatywnych, która pomagałaby ludziom w problemach – jednym słowem byłaby „opium dla ludu”. Broń Panie Boże, gdyby Kościół rościł sobie prawo do posiadania jedynej prawdy i tego uczył. Takiego Kościoła nie można zaakceptować, ale przecież papież Franciszek na pewno niedługo to powie, wystarczy tylko na to poczekać. Taka jest wizja głównych mediów, dla których już nawet Jan Paweł II był za konserwatywny, nie wspominając o Benedykcie XVI. Jednakże rzeczywistość wygląda całkowicie inaczej. Pokora, skromność i wielkość wielu papieży w ciągu wieków wyraża się przede wszystkim w przekazywaniu sobie depozytu wiary. Ta nieustanna ciągłość oraz, by powtórzyć za Benedyktem XVI, hermeneutyka ciągłości wyraża się także w papieskim stroju i sposobie sprawowania urzędu.

Z drugiej zaś strony widzimy papieża, który jak do tej pory nie określił dokładnie planu swojego rządzenia Kościołem. Od czasu do czasu docierają do nas przetworzone przez media informacje o tym co papież powiedział, co zrobił i co być może zamierza dokonać. Wszystko to jednak zawieszone jest w atmosferze ciągłego oczekiwania, że za chwilę Franciszek zrobi coś takiego, że Kościół po jego rewolucji nie będzie już przypominał Kościoła sprzed 13 marca 2013 roku. Czy można za taki stan rzeczy winić papieża  i czy katolik może w ogóle wypowiadać opinię na temat osoby Ojca świętego? Może, a czasami nawet powinien. Jako katolicy mamy prawo widzieć w papieżu ojca i przewodnika, który kiedy trzeba potrafi uderzyć pięścią w stół i wyłożyć karty. Jak do tej pory nie doczekaliśmy się niczego oficjalnego ze strony papieża jeśli chodzi np. o kwestię celebrowania liturgii w starszej formie Rytu rzymskiego. Wszystko co wiemy to przecieki, które wynoszą ludzie spotykający się z papieżem oraz sprawa Franciszkanów Niepokalanej. Kwestia reformy Kurii Rzymskiej nadal pozostaje in spe i nie wiadomo w jakim kierunku pójdzie.

Krytyka papieża, a raczej jego zachowań, ze strony niektórych nawet kościelnych środowisk nigdy jednak nie może przybierać formy krytyki samej instytucji papiestwa. W dziejach Kościoła zdarzali się papieże, którzy nie podołali lub po ludzku nie nadawali się do pełnienia tego urzędu, ale podczas wykładów z historii Kościoła nikt nie podważa Chrystusowej woli pozostania w swoim Kościele i opieki nad nim w osobie następcy Piotra.

Katolik w dobie postmodernizmu zmuszony jest odczytywać znaki czasu i mimo wszystko pozostać wierny Kościołowi Chrystusowemu. Medialna burza, która rozpętała się wokół osoby papieża przybiera formę, która była dotąd niespotykana. Trudno oprzeć się wrażeniu, że dla tych, którzy chcą zaprowadzić nowy, liberalny i skrajnie relatywistyczny porządek świata osoba papieża, która łatwo daje się włożyć w ramy populistycznych haseł równości, solidarności i pomocniczości jest bardzo wygodna. Pytanie tylko co zrobią media, gdy papież zacznie bardziej zdecydowanie przypominać katolicką naukę odnośnie grzechu, aborcji, eutanazji?

Nie można inaczej patrzeć na papieża Franciszka jak przez pryzmat poprzednich pontyfikatów, a w ostatecznym rozrachunku przez jedyną kliszę, która wydaje się odpowiednia, czyli przez pryzmat Jezusa Chrystusa. To On jest niezmienny i trwały chociaż  papieże się zmieniają. To jego odbiciem i odblaskiem ma być każdy papież. Osoba Ojca świętego nie powinna skupiać uwagi na sobie, ale na Chrystusie. I myślę, że warto w kontekście medialnych, często przesadzonych i wręcz urojonych, zachwytów nad Franciszkiem spojrzeć na papiestwo w całej rozciągłości dziejów Kościoła i ujrzeć w nim twarz samego Zbawiciela.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Paweł Beyga

Student Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. Od kilku lat katolik chodzący na starą mszę, ale nie tradycjonalista ekstremalny. Pasjonat teologii liturgii.