Co za nuta!

Kto kiedykolwiek pracował w gimnazjum lub liceum, ten wie, że uczeń do szkoły, częściej niż książki i zeszyty, zabiera mp3-kę. Zresztą, teraz wystarczy nawet średniej jakości telefon, słuchawki i długie włosy. Uczeń zatapia się w dźwięki, nauczyciel w nieświadomości i lekcja płynie. Jak muzyka. W końcu: dobry bit nie jest zły, jak mawiają moi licealiści.

Wiele moich lekcji wyglądało jak wypisz-wymaluj trzydziesty drugi rozdział Mądrości Syracha: „Przemów starcze, tobie to bowiem przystoi, jednak z dokładnym wyczuciem, abyś nie przeszkadzał muzyce. A kiedy jej słuchają, nie rozwódź się mową ani nie okazuj swej mądrości w niestosownym czasie”.  Wszystko się zgadzało. No, może poza tym starcem. W końcu w pierwszym miesiącu mojego zatrudnienia ochroniarz szkolny mylił mnie z uczniem i cofał do zmiany butów.

Jest też inny, już nie biblijny cytat: „Gdy słowa już daremne, myśli daremne, a wyobraźni nie chce się już wyobrażać, jeszcze tylko muzyka. Jeszcze tylko muzyka na ten świat, na to życie”.  Skoro tak – wykorzystajmy na katechezie właśnie muzykę! „Bóg jest muzyką” – przekonywał mnie kiedyś hip-hopowym kawałkiem B.O.K–a  mój uczeń, dziś już student (który, jeśli to przeczyta pewnie mi powie, że tej nazwy się nie odmienia, albo odmienia się inaczej 😉 ).  Niech będzie muzyka. Niech przyda się na to życie, a może i w rezultacie – na Tamto.

Świętość, o którą modlę się dla moich, zasłuchanych w „co za nuta!” uczniów, kojarzy mi się czasem właśnie z muzyką. I z różnorodnością brzmienia. Autentyczna wiara mówi, że wszyscy ludzie są powołani do grania według Bożej partytury i każdy ma swój, dopasowany tylko do niego zestaw nut. Święta nadzieja powtarza jak Jerzy Stuhr, że „śpiewać każdy może”. A ludzka słabość biadoli, że pies wyje do księżyca, a człowiek do mikrofonu. Ale tak czy tak, muzyki nam w życiu nie brak. Trzeba tylko uważnie słuchać. Niestety, najczęściej atakuje nas hałas codzienności – obowiązków, prac, trosk. Ot, taki szary, życiowy heavy metal (bez obrazy). Instrumenty fałszują, struny pękają, wysiada wzmacniacz bo nieraz brak prądu. Odechciewa się słuchać. Grać tym bardziej. Zwiewamy z całej tej „świętej” orkiestry, którą podobno mamy tworzyć już tutaj, na ziemi. Wybieramy sobie albo karierę solową, albo zakładamy własne bandy w których gramy ze swoich, a nie Bożych nut.

Niektórzy dają koncert jak Jean Michael Jarre – co prawda wymagający dużo przygotowań i prób, kosztowny, ale za to wielki, efektowny, wprowadzający w fantastyczny nastrój, emocjonujący, taki na którym muzycy nakręcają publikę, a publika motywuje muzyków. Prawdziwe widowisko, które na długo zapisze się w pamięci… i po którym zostaną tony śmieci – dodają życzliwi inaczej. Inni grają jak twórcy poezji śpiewanej – też nastrojowo, ale na małej scenie, dla wąskich grup widzów, czasem tylko dla przyjaciół. Albo w domu – dla najbliższych, dla mamy i taty, bo głupio nie grać, jak już kupili gitarę. Są też tacy co mówią, że komponują, a tak naprawdę robią plagiat, wciskając Boga w bazarowe, tekturowe pudło z napisem „e tam”. Bo przecież nie e-tos. Przyznaję, że i tak najbardziej z tego wszystkiego nie lubię, gdy otoczka staje się ważniejsza od samej muzyki. Przeklęty przerost formy nad treścią, czyli tzw. „ale o co chodzi?”. Z jednej strony daje mi po oczach połyskujący wściekłymi, jaskrawymi (bo określenie „tęczowymi” obraziłoby tęczę) kolorami kicz jak na festiwalu Eurowizji z wokalistkami plastikowymi niczym lalki Barbie, z drugiej – nastały czasy, w których nawet Behemoth przestał już ludzi szokować.

Ciągle się zastanawiam – jaka ma być muzyka życia, by komponować z niej świętość? Pewnie każda jest dobra, byle przemyślana, wyćwiczona, skonsultowana z Mistrzem i przez Niego skorygowana. Z sensem. Nie mam nic przeciwko na przykład hip-hopowi – „lubię to!”, ten rytm, aktywność. Pod warunkiem, że nie będzie to wyglądało tylko tak, że kilku gości wymachuje rękami „jouu men” i w złotych (!) łańcuchach na szyjach śpiewa o nędzy (!) blokowisk. W komponowaniu muzyki świętości razi często błędna wizja Bożych muzyków. Wyobrażenie pierwsze – zawodząca kapela łysiejących smętków w kusych marynarkach, którzy są absolutnie przekonani, że umieją grać i śpiewać, a jeśli nawet tak nie jest, to wychodzą z założenia że to nic i jak będą śpiewać głośno to melodia sama w końcu przyjdzie. Wyobrażenie drugie – marazmatyczne dziewczę z długimi warkoczami, w sukni do ziemi, w drewnianych koralach ( O ironio, mam na szyi…. drewniane korale!)  i z rozstrojoną gitarą, nucące pod nosem w taki sposób, że robi z chrześcijaństwa szkołę samo-potwierdzenia dla frustratów. Wyobrażenie trzecie – ulizany boys-band śpiewający każdą piosenkę na jedną nutę, o tym samym i w sumie bez żadnej treści – krótka fraza: „Panie, Panie” przechodzi w „la la la” i na odwrót.

A czasem komponować muzyki się zwyczajnie nie chce. Bo po co, skoro inni robią fajne koncerty na które się jeździ i można się tak zabawić, że aż wpada się w trans, albo wnętrzności skaczą, a organizatorzy jeszcze krzyczą do zgromadzonych młodych: „Jesteście przyszłością Polski!!” Potem przyszłość wsiada do pociągów i je demoluje. Ja do pociągu z taką przyszłością nie wsiadam. Z takimi, którzy przez całe życie śpiewają tylko i wyłącznie „wsiąść do pociągu byle jakiego, nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet” też nie. Po pierwsze,  wolę wiedzieć gdzie jadę. Po drugie, boję się pana konduktora. Bo – i to po trzecie – nie stać mnie na płacenie kar. W końcu początkujący nauczyciel zarabia „tysiąc dwieście, kuźwa, na rękę”.

Pocieszam uczniów i siebie, że niebo wychowało już nie lada muzyków i to nawet z tych, co latami udawali afonów i nie mieli wielkiego wyboru instrumentów. Od zawsze wiadomo, że On nie ma na świecie do dyspozycji najlepszego „materiału” (nawet „fabrycznie nowy” [czytaj rajski] materiał sam postawił na [byle]jakość). Bóg wie najlepiej, że jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Oficjalni muzycy świętości u progu Bożej kariery grali bardzo różnie, każdy w swoim stylu i rytmie. Taka na przykład św. Teresa z Avila, pełna pasji i miłości, brzmiała jak flamenco, choć najpierw długo udawała „głuchą”. Św. Ignacy Loyola walczył „ad maiorem Dei gloriam” (ku większej chwale Bożej) i jak żołnierz szedł w rytmie marsza, ale zanim to nastąpiło trudno było znaleźć na hiszpańskim dworze lepszego playboya. Matka Teresa – gotowa do poświęceń, czuła, delikatna i w pełni oddana drugiemu człowiekowi brzmiała jak matczyna kołysanka, choć najpierw musiała wycierpieć wiele od najbliższych jej osób. Św. Tomasz More – facet od wszystkiego, który miał swoje zdanie i umiał je jasno przedstawić miał w sobie chyba coś z rocka. A św. Franciszkowi – biedaczynie – wystarczyła muzyka przyrody, choć najpierw nie wystarczały ubiory od ówczesnych francuskich dyktatorów mody. A potem? Przy nim nawet ryby, które ponoć głosu nie mają śpiewały „Hosanna”.

Gdy słyszę (SŁYSZĘ!) własny – nie tylko katechetyczny – fałsz pocieszam się, że artystą nie można stać się z dnia na dzień. Jak w anegdocie: „Czy w Twoich stronach urodził się jakiś wielki człowiek?” „Nie. Odkąd pamiętam rodziły się zawsze małe dzieci”. Co prawda ciągle jeszcze po trzech wystukanych dźwiękach marzę o Bożym Fryderyku, albo od razu, mierząc w skali światowej, o nagrodzie Emmy, Grammy i American Awards Music. Ale już tak bardzo nie wściekam się że ciągle tych nagród nie dostaję. Oddycham z ulgą, że choć kiepsko gram i śpiewam, to nadal coś słyszę. Ode mnie samej zależy co i jak wyraźnie.

Ciągle modlę się o spotkanie tych, którzy zdiagnozowali u siebie głuchotę na świętość. Modlę się do Mistrza ( o Słuchu Absolutnym), by nie przestawać słyszeć i Jego muzyką ( łaską, wolą, miłością) budzić swoje i nieswoje uszy, stroić instrumenty, mobilizować, towarzyszyć grającym przy każdym dźwięku. Proszę Go, by nauczył mnie słuchać wszystkiego: i rapu, i Arki Noego, i U2, i Ennio Morricone, i gospel, i nawet chóru Armii Czerwonej. Proszę by pozwolił mi, słuchając innych, samej stawać się muzykiem. Korzystać z przeróżnych dźwięków. Czytać życiowe nuty innych ludzi. Słuchać wielogodzinnych koncertów, wybijać rytm nogą, dawać znak ręką albo uśmiechem, że jestem i słyszę ludzkie serca.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.
Co za nuta!

Zobacz także

Małgorzata Janiec

Małgorzata Janiec na Liturgia.pl

Teolog i dziennikarka. Na świecie obecna od ponad 30 lat. W szkole jako katechetka – 10 razy krócej. Na lekcjach pyta z pytającymi. Szuka z szukającymi. Wierzy z wierzącymi i wierzy w „niewierzących”. Modli się ze wszystkimi i za wszystkich. Do pracy ma pod górkę. A w pracy uczy siebie i innych, że do nieba idzie się zwyczajnie – pod górkę lub nie – po ziemi.