Confessiones et retractationes

Czterechsetny wpis. Nie pamiętam, jak to się zaczęło. Chyba od e-maila Tomka Dekerta.

Pisał w nim o planach Ośrodka Liturgicznego: chcą stworzyć blogową platformę, i pytał, czy nie chciałbym tam pisać, skoro czasami pisuję jakieś teksty dla Ośrodka. Początkowo podszedłem do tego nieufnie, jak do wszystkiego, co nowoczesne i związane z techniką. Pomyślałem jednak, że oto mógłbym pisać nie tylko przy okazji jakiegoś święta, jak do tej pory, ale i o rzeczach, które mnie interesują czy denerwują w liturgii. Zgodziłem się.

Okazało się, że pisanie blogu jest bardzo uzależniające. Tak uzależniające, że z czasem (zwłaszcza kiedy okazało się, że w blogu pisać można nie tylko o liturgii) zanikać zaczął mój normalny, zeszytowy pamiętnik, pisany wiecznym piórem, a jego rolę – po części – przejął Tindómë ar undómë.

Myślałem, że mało kto będzie to czytał, dlatego zdumiewało mnie, i wciąż zdumiewa, kiedy słyszę od moich studentów i uczniów (w tym od nowicjuszy), albo czytam w e-mailach czy komentarzach od dawnych znajomych czy też zupełnie nieznajomych, że czytają mój blog, że się im podoba, że czekają na kolejne „odcinki”, że czyta się to jak dobrą książkę… Owszem, z przeciwnymi reakcjami też się stykam, pisano, że uwielbiam wtykać kij w mrowisko, że jestem głupkowaty, hałaśliwy, przemądrzały, że przy pisaniu widuję białe myszki… De gustibus non est disputandum. Największym zdumieniem – i wzruszeniem – był dla mnie list, w którym ktoś dziękował mi za mój blog, bo dzięki niemu odnajduje drogę do Kościoła. Przypomniał mi się wtedy wiersz ks. Twardowskiego: Sam nic nie czyniłem dobrego / ani mniej ani więcej / to tylko anioł rozdawał / czasami przez moje ręce. Może Bóg zechciał się posłużyć tak koślawym narzędziem jak ja…

Kiedy zaczynałem pisać, nie byłem pewny, jak to robić. Pisać naukowo, poważnie, czy może lżej, prościej, z przymrużeniem oka? Wybrałem to drugie, idąc za przykładem ukochanej Roberty Frank, która potrafi pisać czarująco i dowcipnie (a przecież wciąż naukowo!) także o poważnych rzeczach. Czy udaje mi się ją naśladować – niech ocenią inni. Roberta także natchnęła mnie do wymyślania ciekawych, aluzyjnych czy parodystycznych tytułów. Poza tym, jak się przekonałem, poważne teksty, jakie czasami zdarzało mi się napisać, rzadko wywoływały ‚widzialny’ oddźwięk – w postaci komentarzy. Widać ludzi bardziej pociąga Lómendil na luzie.

Ale mam też drugą, mroczną i ponurą stronę. Moje drugie „natchnienie” – to Gregory House. Może się to wyda dziwne, ale wiele mnie z nim łączy, chociaż nie utykam na jedną nogę, nie mam – jeszcze – laski, i nie łykam Vicodinu. Niestety, ta druga część mnie przyniosła wiele zła. Na początku popełniłem błąd: zacząłem niepotrzebnie czytać inne blogi, wskutek czego wdawałem się lub dawałem się wciągać w wiele sporów i kłótni. Żałuję tego. W końcu przestałem czytać cudze blogi – albo były nudne, albo nieciekawe, i wywoływały we mnie niepotrzebne reakcje. Lepiej czytać książki.

Czy i jak będę pisał dalej – nie wiem. Poruszyłem wiele tematów, które mnie interesują, czytelnicy zdołali poznać moje idee (także te fixe), opinie i pytania. Niektóre ich ciekawiły, inne zostają bez oddźwięku. Może napisałem już wszystko, co miałem napisać, spełniłem swoją misję… Czterysta wpisów to niemal książka.

A na koniec zdradzę dwa sekrety – wiele osób o to pyta. (i) Nie znam języków elfów. Zna je np. dopisujący się tu czasami Reikhardus; ja znam ledwie kilka słów czy zwrotów.  (ii) Nie mam żony, ale mam dzieci.

Now my charms are all o’erthrown,
And what strength I have’s mine own,
Which is most faint: now ‘tis true,
I must be here confined by you;
[…
But release me from my bands
With the help of your good hands:
Gentle breath of yours my sails
Must fill, or else my project fails,
Which was to please. Now I want
Spirits to enforce, Art to enchant;
And my ending is despair,
Unless I be relieved by prayer,
Which pierces so, that it assaults
Mercy itself, and frees all faults.
As you from your crimes would pardoned be,
Let your indulgence set me free.
(William Shakespeare, Burza, epilog)


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.