Cud

Zmarła pani Maria. Zaraz na początku stycznia. Domyślałem się jej śmierci. Wtedy gdy jeszcze żyła. A teraz umarła. Trzymała się niby ledwo, ledwo, ale mocniej niż czasy, których doczekała, jestem pewien, że mocniej.

Maria jej było. Nawet nie pamiętałem. Przez nazwisko, które przylgnęło do niej bez reszty. Wiele lat je nosiła po mężu. Midzina. Stareńka wdowa. Innej jej nie znałem. To chyba niesprawiedliwe. Chociaż może i lepiej. Różnie gadają. Nie mnie sądzić.

Brzmieniem nazwiska rysuję twarz. Tak, to Midzina. „Dzień dobry! Pochwalony!…”. Nie widziałem jej klepsydry. Słyszałem tylko. Że umarła. Prawdziwy cud.

Chociaż głupio, nago, jakoś tak duszno wobec śmierci. Okno. Głęboki oddech. Oknem walczę ze śmiercią. Czym popadnie walczę. Odruchowo. To cudowne, pani Mario. Śmierć jest cudem cudów.

Kiedy z nią rozmawiałem ostatnio? Minęło trochę. Mijałem jej dom wielokroć. Pamiętam, śmieszny byłem we własnych oczach, w pogoni za wiatrem. Jej drobna postać pokazywała się raz po raz przy domu. Znikała w drzwiach, na dowód, że jest. Wieczorem widywałem z drogi światło w pustej izbie.

Mówiła mi różne ostatnie rzeczy, chociaż zawsze mimochodem, bo inaczej nie umiałem jej spotkać. W tej chwili nie żyje. Namacalnie. Pełnokrwiście. Słyszałem tylko, ale wiem. Zabrali ją do szpitala i umarła. Prawdziwa śmierć. Cuda ciągle się zdarzają.

Drewniany dom, kruszejąca z wolna zielona farba, drobne podwórko. Szopa pełna potrzebnych rzeczy, buda po psie. Widzę to jak dziś. Pójdę jutro zobaczyć. Potem wszystko się zmieni nie do poznania. I trafię tam już tylko przez sen.

Będzie jeszcze pogrzeb. Pomodlę się za Midzinę. Garść ludzi, msza i Pan Bóg. Nie umiem mieć czystego sumienia. Przyjdę, wrócę. Dziękuję pani. Pogrzeb to jak uśmiech losu. Astma przeszła i serce. Chociaż wstyd za te bezradne rozmowy, za ich z gruntu nieuczciwą przygodność. I za mimowolną zgodę na pani czarujące niedołęstwo.

„Gdybym miała opisać całe to moje zycie, to by wysła jako strasno ksiązka” − dodała raz pogodnie. Staliśmy zaraz koło drogi. W marcu, kilka lat temu. Powtarza mi to od tamtej pory. Opowiada coraz krótsze historie, coraz krótsze. Sporo zgubiłem, ale je słyszę. Powtarza mi się pani Maria. W kilku zdaniach noszę całą jej osobę. W kilku obrazkach z pamięci. We fragmentach. Przygarbiona postawa, głos. A tu mieszka Midzina. Staruszka, taka jedna. Także tak, idę już. Dzieci. Robota czeka. Żona. Do widzenia, do widzenia pani.

Długie życie to nie wiem, łaska, nie łaska. Życie przylgnęło mocno do miejsca. Ponad dziewięćdziesiąt lat. Jak nie przyzwyczaić do siebie wszystkiego.

Przepraszam za śmierć. Nie mam wpływu. Zostaje tylko pamięć do twarzy. Podtrzymuję ją. Choćby przez sen. Cuda się zdarzają. Na własne oczy widziałem. Bezradni jesteśmy wobec cudów. Tak jak wobec śmierci. Śmierć jest cudem cudów.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

  • No tak, Jacek

    O Szczekocinach leżących w dobrach Odrowążów i o pociągu, który nie przyniósł jej śmierci, mówi Elżbieta Wiater, współpracująca z... więcej

  • Dom

    „Wiemy, że Jego Ciało nie może być obecne, jeśli nie odbyła się przedtem konsekracja przez... więcej

  • Urlop na Wielki Piątek

    Episkopat zadbał o to, by uroczystość Objawienia Pańskiego była dniem wolnym od pracy. Z pewnością była to... więcej

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.