Czym się Panu odpłacę…

Uderzyły mnie kiedyś słowa pewnego pastora, który stwierdził, że większość spotkań modlitewnych jego wspólnoty jest przesiąknięta raczej atmosferą stypy niż wielbienia. Nie znam tej grupy z doświadczenia, ale jakoś to stwierdzenie pasuje do sporej części uczestników Mszy Świętej. I nie rozchodzi się tu o skupienie, mniejsze lub większe, ale o pewne znudzenie i wyczuwalny marazm.

Powody mogą być różne, począwszy od złej katechizacji, kiepskiego wychowania, a na niezrozumiałości „języka liturgii” kończąc. Z drugiej strony, można też znać na pamięć rubrycele i historię rytów, ale wewnątrz wciąż być suchym i sztywnym jak na stypie.

Lekarstwem na to jest wpatrywanie się w to, co robi Chrystus. I choć brzmi to banalnie, bo wielu o tym pisze i to głosi, aż ta rada powszednieje, to jednak nie mamy innej drogi. Msza Święta to spotkanie z Chrystusem. I to już jest wystarczający powód do radości. Oczywiście nie takiej, żeby fikołki robić, ale takiej, która napełnia serce siłą. Obojętnie, czy to czuję, czy nie, to Jezus jest obecny i daje nam na Eucharystii siebie. On leczy, karmi i naucza. O czym? Wciąż o tym samym: że Bóg jest miłością. To również brzmi tak mało ciekawie, ale nie dla tego, kto doświadczył lub pragnie doświadczyć tej miłości. Zdanie sobie sprawy z ogromu miłości Boga wobec człowieka – po prostu przemienia. Bo czy nie cieszymy się z gestów życzliwości ludzkiej? Daleko bardziej przemienia otwarcie się na miłość Boga.

Gest wyjątkowy: obmycie nóg, mówi nam dzisiaj o Bogu, który się nami nie brzydzi. Tak jak rodzice nie brzydzą się swojej ubrudzonej pociechy. Nogi Izraelity w czasach Jezusa z pewnością nie pachniały fiołkami, stąd też i ta czynność nie była zaszczytną. Ale miłość i przed tym „upokorzeniem” się nie cofa. I w tym znajduje radość. Rodzice myją swoje dziecko by wróciło do świata higieny i kultury – Jezus obmywa swoich uczniów by mieli pełny udział w Jego świętej uczcie. Przez to obmycie Jezus chce całego człowieka odnowić w Bogu. Ten smród stóp to symbol naszych grzechów, które po prostu… śmierdzą. Dosyć często wstydzimy się ich, bagatelizujemy i oddalamy je od siebie, spychając do podświadomości, żeby tylko nie czuć ich smrodu. Wszystko jednak musi być obmyte… Osuszone… I ucałowane. W tym ukazuje się, jaka jest miłość Boga: nie zważająca na swoją godność i uznanie u ludzi, ale właśnie na prawdziwe dobro człowieka. Bóg szalenie jest zakochany w człowieku. Miłość zakochana. Dla ratunku człowieka nie cofnie się przed niczym: ani przed śmiercią, ani przed szeolem. Chce uleczyć człowieka z grzechu i dać mu pełny udział w uczcie Trójcy Świętej. Na nowo wprowadzić człowieka w Boży świat.

Ale w tej uczucie Chrystusa chodzi o coś jeszcze: o naśladowanie tej Miłości. Racjonalny jest sprzeciw Piotra – bo obmycie mu stóp oznacza, że i on będzie musiał innym je obmywać, że i jego miłość będzie musiała być większa. Dlatego stara się powiedzieć Bogu jak ma kochać – bo to dla niego bezpieczniejsze. I to jest chyba główny powód naszych smutnych zgromadzeń modlitewnych: uciekamy przed miłością, szczególnie tą wobec drugiego człowieka. Uciekamy przed miłością bez granic, zamykając się we własnym, komfortowym światku.

Brak nam miłości. Dlatego dzisiaj Kościół, zapatrzony w Chrystusa, w Miłość Boga, woła: „spraw abyśmy z tak wielkiego misterium czerpali pełnię miłości i życia”. Całe święte Triduum Paschalne ukazuje nam miłość Boga – zapatrzeni w Nią przemieniajmy serca. Uczmy się miłości, bo o nią prosi nas Chrystus: „byście się wzajemnie miłowali”. Odpowiedzią na miłość może być tylko miłość, bo inaczej utoniemy w marazmie. To z miłości będziemy sądzeni. Miłość nadaje sens życiu. Dostrzec Ją można na każdej Eucharystii.

 

Zobacz także