Czym się różni liturgista od terrorysty?

Czym się różni liturgista od terrorysty? - brzmi początek pewnego złośliwego dowcipu, jaki zwykli w odniesieniu do bardziej zatroskanych o piękno i prawidłowe sprawowanie Liturgii kierować Ci, którym te osoby "dają się we znaki".

Czym się różni liturgista od terrorysty?

                         – Z terrorystą da się pertraktować….

Gdy już ucichną śmiechy, można sie nad tymi słowami pochylić i zauważyć, że niosą jak na ironię, pewną głębię. Dlaczego z terrorystą da się pertraktować, a z liturgistą nie? Nie dlatego, że liturgista – jak chciałoby wielu – to złośliwy, uparty, wiedzący lepiej i ogólnie nieznośny stwór. Różnica jest podstawowa. Terrorysta jest tym, który okoliczności przestępstwa w głównym stopniu kreuje, to on je tworzy, on zmienia, on miewa zachcianki, jakkolwiek tragiczne niekiedy by one nie były.
Tymczasem liturgista stoi w pewnym sensie na straży tego, czego nawet w ułamku nie tworzył. Czego nie wolno mu zmieniać. Jest adwokatem kogoś innego – pragnie, by Liturgia była zgodna z wolą Kościoła, a więc pośrednio i samego Boga.

Jest to w pewnym sensie różnica jak między artystą tworzącym obrazy, stwórcą i kreatorem dzieł, a kustoszem muzem, który strzeże pięknych skarbów, stara się je eksponować, by całe bogatwo było dla wszystkich widoczne. Oczywiście nie pozwoli, by w jakimkolwiek stopniu było ono niszczone. Nie powinno też zalegać schowane w piwnicy i pokrywać się kurzem. Podział ten nie jest ścisły, bo oczywiście obie role niekiedy się przenikają, ważne, by nie doszło do sytuacji, w której pracownik muzem zaczyna brać do ręki pędzel i poprawiać dzieła mistrzów. A tak dzieje się, gdy osoby odpowiedzialne za sprawowanie liturgii zaczynają przywłaszczać ją sobie. W efekcie czuja się upoważnieni do jej zmieniania, ulepszania – a gdzie wygodnie – skracania i wycinania tego, co pozornie zbędne, czyli przez „tfu-rcę” niezrozumiane…

Dlaczego o tym piszę? Przez kilka ładnych lat mojej działalności, na starym forum.pascha.org.pl, oraz tutaj, otrzymywałem od róznych ludzi setki prywatnych wiadomości. Wyłania się z nich smutny obraz. Otóż silniejszy zawdy rację miewa. Silniejszy urzędem, stołkiem, nie rozumiem czy argumentem.

Listy te od ministrantów, kleryków, wikariuszy pokazują jedno. Jest bardzo dużo ludzi liturgicznie wrażliwych, chętnych do pracy, mających zapał i co najwazniejsze – idealistów. Ale wszelkie ich uwagi czy inicjatywy spotykają sie z ignorancją lub wręcz wrogością. Okazuje się, że kleryk zwracający uwagę swojemu przełożonemu na notorycznie popełniany bład może za to zapłacić urlopem dziekańskim. Wszystko w imię źle pojętego posłuszeństwa. Bo ministrant ma być posłuszny księdzu, kleryk rektotorowi, wikariusz proboszczowi… a co, gdy owi przełożeni zmuszają do nieposłuszeńtwa Chrystusowi i Kościołowi, w sprawach, które w Ich imieniu wyraża Ojciec Święty? Wtedy jesteś terrorystą !

Co więc należy robić? Zapytano o to kiedyś bylego przewodniczącego Komisji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Konferencji Episkopatu Polski, księdza biskupa Sefana Cichego. W artykule na stronie ministrantów Archidiecezji Katowickiej, pod wymownym tutułem: Biskup liturgista: poniekąd… terrorysta pada ze strony prowadzącego wywiad znamienne pytanie:

Czy gdyby ks. biskup zauważył błędy w sprawowaniu liturgii u wyższego od siebie stopniem w hierarchii Kościoła kapłana, czy zwróciłby mu ks. biskup uwagę?

Odpowiedź Księdza Biskupa jest jednoznaczana:

Tak oczywiście! Nierzadko zwracałem pewne uwagi księżom biskupom i prezbiterom…

Okazuje się, że w sprawie tak ważnej jak Litirgia, która stanowi centrum wszelkiej działalności Kościola, po prostu nie można mieć względów na osoby. Zresztą, instrukcja Redemptionis Sacramentum pod sam koniec stwierdza jasno, że zadanie ochrony Liturgii jest zadaniem wszystkich nas. Nie prawem – ale obowiązkiem każego: 183. Wszyscy na miarę możliwości ze szczególnym zaangażowaniem powinni czynić wszystko, aby chronić Najświętszy Sakrament Eucharystii przed jakimkolwiek znieważeniem i zniekształceniem oraz całkowicie wyeliminować wszelkie nadużycia. Jest to bowiem najważniejsze zadanie dla wszystkich i każdego z osobna i bez jakiegokolwiek względu na osobę wszyscy są zobowiązani do wypełnienia tego dzieła.

Cięzko się dziwić, że wiele osób złości sie na powtarzające się błędy oraz pośpiech w litiurgii? Sam pisałem tu o wielu takich sprawach. A to czas rządzi liturgią, a to nawet Triduum bywa celebrowane z całymi litaniami przewinień, a to problem stanowi dobór odpowiedniej Modlitwy Eucharystycznej – serca każdej Mszy, objawiający sie powszechną u nas kanonofobią i secundofilią. W końcu w wielu diecezjach dalece niewystarczająca jest formacja liturgiczna, co sprawia, że ministrantów jest niewielu, a jeśli są, to słabo do swoich zadań przygotowani. Nierzadko trafiają sie kompletnie wg. przepisów niemożliwe do odprawienia msze bez ministranta, a z ludem. Niekiedy nawet świąteczne i niedzielne.

Po co piszę o tym wszystkim? Otóż wiele osób stara się mocno przeciwdziałać różnym wypaczeniom liturgicznym. Sami starają się liturgię jak najlepiej przygotowywać, a zarazem delikatnie podpowiadać innym, jak sprawować ją lepiej, możliwie dobrze. Odbiór tych działań jest bardzo różny.

 

I dzisiaj swoje słowa kieruję do tych, którym jest ciężko, którzy tu czy tam za swoją gorliwość zostali nagrodzeniu kpiną, złym słowem, a niekiedy powazniejszą karą. Prawda i jej mówienie zawsze boli tych, których dotyczy. Ale wiemy, że chodzi o rzeczywistość dużo większą, niż „ziemskie”, doczesne kary. Czyz sam Pan nie cierpiał? W imię sprawiedliwości i prawdy?

Drodzy ! Każde wasze działanie jest ważne, unikalne i potrzebne. Gdy staracie się z całego serca jak najdoskonalej służyć do mszy – i tej uroczystej, i tej w tygodniu, gdy wszystkich w kościele jest dziesięcioro, pięcioro, a może i troje – z Tobą i Kapłanem. Ważne jest, gdy delikatnie mówisz kapłanowi, że popełnił błąd. Bo dajesz mu do zrozumienia, że są tacy, dla których jest to istotne. Ważne jest, gdy jako kapłan celebrujesz liturgię bez pośpiechu, z modlitwą w sercu, najlepiej jak umiesz… nawet, gdy odprawiasz ją o 6 rano w środę, w maleńkiej parafii.

Kończąc, chciałbym przytoczyć słowa, jakimi podzieliłem się przy okazji pewnej dyskusji sprzed kilku lat, a które być może dadzą do myślenia tym, którzy ludzi miłujących liturgię traktują jako dziwaków.

Wychowałem się (liturgicznie) w małej parafii, w nowo budującym się Kościele. Od podstawówki pamiętam msze, do których często wieczorem lub rano niemalże codziennie służyłem w niewielkim budynku, który kiedyś miał stać się (a właściwie staje się na moich oczach) kościołem. Pamiętam zimy, gdy wodę do kielicha i do lavabo należało podgrzewać przed mszą, aby nie zamarzła. Pamiętam proboszcza, który, bywało, że zaziębiony, cichym i ochrypłym głosem, odprawiał czytaną Mszę. Robił tak dzień w dzień, do czasu, gdy szwankowało mu zdrowie i wtedy zastępował go podstarzały ksiądz z domu księży emerytów.  To tam, a nie z książek, wykładów czy niezliczonych nauk zaczęła się moja miłość do liturgii. Liturgii, która gdy się patrzy, jak jest źle sprawowana, to sprawia ból w sercu, ale mimo to rozum każe uklęknąć, by oddać cześć tajemnicy, ogołoconej przez nieodpowiednią formę, ale jednak ciągle niepojętej, bo Boskiej. To na tych mszach zrozumiałem, że tak właśnie przez liturgię objawia się Kościół, nieważne, że w takich warunkach. Nieważne, że nam (księdzu, dwóm – trzem ministrantom, świętej pamięci panu kościelnemu i kilku zawsze wiernym niewiastom w podeszłym wieku) było zimno, że czasem, aby ubrać albę, zdejmowało się nawet kurtkę, za co płaciło się przeziębieniem. Ważne, że za każdym razem na ołtarzu dokonywał się cud. Cud, który był, jest i będzie najważniejszą rzeczą w życiu każdego człowieka. Dopiero świadomość tego i olbrzymi szacunek pozwala zrozumieć, że pełnię radości można czerpać ze służenia liturgii – a więc służenia Bogu. Ale służenia w pokorze, bez upiększania tego, co sercem widziane i tak jest najpiękniejsze. Bez nadmiernego eksponowania siebie – bez egoizmu.

Ta świadomość istoty daje olbrzymią radość w chwili, gdy człowiek może uczestniczyć w cudownej, sprawowanej uroczyście liturgii. Śpiew niemalże anielski, który wypełnia świątynię staje się wtedy najcudowniejszym doznaniem, jakiego człowiek może dostąpić. Dzieje się tak tylko wtedy, gdy jego serce lgnie do istoty, a sam tworzy wspólnotę, poprzez włączenie się w tę melodię uwielbienia.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.
Czym się różni liturgista od terrorysty?

Zobacz także

Łukasz Wolański

Łukasz Wolański na Liturgia.pl

Chemik-biotechnolog. Pasjonat teologii, liturgista-praktyk. Czas dzieli między Legnicę i Wrocław. Szczęśliwie żonaty.