Czystość intencji

Lubię obcować z ludźmi, którzy idą konsekwetnie do celu i nie jest to cel muzyczny. Poza muzyką są takie obszary jak kojarzenie ludzi, spotykanie środowisk, budowanie jedności.

Michał Koza: Pawle, zacznę od nieco prowokującego pytania. Jeśli ktoś interesuję się muzyką liturgiczną, śledzi odbywające się w naszym kraju warsztaty, to prędzej czy później musi trafić na Ciebie. Jesteś prawdziwym celebrytą polskiej muzyki liturgicznej. Czy nie masz takiego poczucia?

Paweł Bębenek: To jest bardzo ciekawe pytanie, głównie dlatego, że po raz pierwszy je słyszę w tej formie. [śmiech] Bynajmniej nie dlatego, żebym się zastanawiał nad tym, czy jestem celebrytą czy nie, ale ponieważ to zjawisko mnie zastanawia i trochę dziwi. Nigdy nie czułem się szczególnie powołany do głoszenia słowa, zawsze moim pierwszym zainteresowaniem była muzyka, wykonywanie jej. Aż tu nagle pierwsze próby napisania czegoś spotkają się z dużym zainteresowaniem wśród braci dominikanów. Takie były moje początki – nigdy nie planowałem bycia wielkim kompozytorem. Chciałbym, by tak to zostało, nie czuję się celebrytą – to nie jest ta przestrzeń. Jadę tam, gdzie ludzie mają potrzebę spotkania z Bębenkiem, którego znają z nut. Dla mnie jest też ciekawym spotykanie ludzi, którzy nie zawsze – co ciekawe – znają się na wykonywaniu muzyki, bywa, że są onieśmieleni, mierzą się ze swoimi doświadczeniami z dzieciństwa, gdzie słyszeli, że nie potrafią śpiewać. I to jest fenomen, spotykanie ludzi, którzy bardzo chcą. Ja też zostałem kiedyś doceniony, miałem szczęście spotkać ponadto mistrzów, Bóg postawił na mej drodze pięknych ludzi, doskonałych muzyków. Ja sam czuję się wciąż malutki – chciałbym się rozwijać, znając swoją małość – ciągle nad sobą pracować. Myślę, że o to chodzi właśnie w spotkaniach i warsztatach muzyki liturgicznej: ludziom bliskie jest pragnienie piękna i chcą nad nim pracować.

MK: A co Tobie dają warsztaty – na przykład te, które obecnie prowadzisz u lubelskich dominikanów?

PB: Obserwuję tu fenomen – spotyka się kilka osób z duszpasterstwa i marzy im się, by zaprosić kilkudziesięciu katolików na warsztaty liturgiczne. I nagle przerasta to ich oczekiwania, bo z 40 osób, o których marzyli, mają ich 160. Ich konsekwencja jest niezwykła, a obraz Kościoła, który w mediach się pokazuje – jest zupełnie inny, gdy się go doświadcza w rzeczywistości. Lubię to obserwować – nie jako celebryta. Lubię obcować z ludźmi, którzy idą konsekwetnie do celu i nie jest to cel muzyczny. Poza muzyką są takie obszary jak kojarzenie ludzi, spotykanie środowisk, budowanie jedności.

Monika Koza: Na takich warsztatach jest zawsze wiele pracy. Skąd bierzesz na to siły?

PB: No właśnie! Praca ze 160 osobami uczy dawania siebie innym. Żeby to zrobić, muszę od siebie wymagać, by tym ludziom się chciało pracować – to jest wysiłek ogromny. Błogosławieństwem jest praca w trójosobowym zespole, tak jak chociażby dzieje się to teraz, w Lublinie, gdzie warsztaty prowadzę z o. Stachem i Ulą Rogalą. Bóg dał mi mocne zdrowie w tym roku, dopiero po warsztatach straciłem na chwilę głos, akurat w niedzielę rano – po przeprowadzonych próbach sekcyjnych, po tym jak przekazałem uczestnikom najważniejsze informacje. Oczywiście czuję zmęczenie, bo jest to też praca stricte fizyczna. Jednak, co charakterystyczne w tym środowisku, to chęci do zaangażowania i realnej pracy ze strony warsztatowiczów – oni po prostu chcą śpiewać, zupełnie inaczej niż w przypadku profesjonalistów, którzy częstokroć mają wyśmienity warsztat, a zaprosić ich do zagrania jednej, długiej, pokornej nuty – wielki kłopot. To co odkrywam nawet teraz, podczas tej rozmowy, to wspólnotowy sens naszych spotkań z chórzystami. Wszystko więc wskazuje na Ducha Świętego, to bardzo dobrze.

MK: Czy widzicie już jakieś skutki waszych wysiłków?

PB: Fenomenalnym znakiem dla mnie jest to, że obserwuję, iż tu nie chodzi jedynie o muzykę, choć jest ona zwornikiem spotkań. Pokazuje to sieć miejsc, do których jesteśmy zapraszani oraz liczba osób, które biorą udział w warsztatach: od kilkunastu do ćwierć tysiąca.

Ula Rogala: Dobrym znakiem jest również to, że są to inicjatywy oddolne – ludzie często wracają do swoich miejsc i organizują podobne spotkania z muzyką liturgiczną u siebie. To się dzieje absolutnie samo, bez naszej namowy i jest to tym cenniejsze.

Coraz częściej zdarza się trafić do przypadkowego Kościoła, w którym słychać właśnie te pieśni.

Mateusz Solarz: Ciekaw jestem, jak odebraliście taki kantorski sposób wykonania śpiewów liturgicznych, jakiego mogliśmy doświadczyć wczoraj na Mszy św., czyli bez wydzielonego miejsca dla chóru, bez wyraźnego podkreślania roli dyrygenta, za to z kantorem, który zamiast podawać dźwięki i dyrygować, po prostu rozpoczyna pieśni?

UR: Dla mnie to jest ideał, do którego chciałabym dążyć. Zdecydowanie, dyrygent wprowadza element koncertowy, onieśmiela ludzi do włączenia się w śpiew. Model kantorski, o którym mówisz i funkcja kantora jest absolutnie niedoceniana w Polsce, nawet powiedziałabym szerzej – na świecie. Osobiście uważam, że jest to model docelowy, a schole dominikańskie mogłyby ewoluować w tę stronę. Myślę, że będzie to niełatwe, choć za jakiś czas jak najbardziej wykonalne.

PB: To ważne, iż taki sposób wykonywania śpiewów podczas liturgii wyszedł od dominikanina, o. Staszka Nowaka. Myślę, że duża praca czeka hierarchię kościelną, by rozpropagować tę formę.

UR: Bardzo dobrze się stało, że właśnie w tym czasie, w Warszawie Marcin Bornus–Szczyciński stał się kantorem Świątyni Opatrzności. To bardzo ważna wiadomość dla Kościoła w stolicy.

MK: Sporo dzieje się wokół muzyki liturgicznej. Stąd moje następne pytanie: co wywołuje towarzyszące jej emocje, kontrowersje i spory, na przykład wokół właściwych form i rodzajów muzyki, które można stosować w liturgii? Co ma właściwie wspólnego liturgia z muzyką?

PB: We mnie rośnie jedno zdanie z Dostojewskiego, które cytował Jan Paweł II: „Piękno zbawi świat“. W ustach Jana Pawła II jest to bardzo znaczące. Jeśli człowiek skupi się przede wszystkim na materii muzycznej, faktycznie łatwo o spory, jakich użyć rozwiązań harmonicznych, jakiego kontrapunktu, czy z organami czy bez. Sam przedmiot muzyczny, pozbawiony treści może okazać się problematyczny. Słuchając świadectw uczestników warsztatów, jestem przekonany, że ludzie potrzebują doświadczać piękna.

UR: Jeśli ludzie tu przychodzą chętnie, to dlatego, że odkrywają, iż jest to świetny sposób na komunikację z Panem Bogiem, a tego często brakuje w miejscach, w których mieszkają. Dają się porwać temu, być może po prostu bardziej adekwatnemu sposobowi.

MK: Czy w Waszej pracy można pozostać wyłącznie specjalistą od muzyki, mało zainteresowanym liturgią i wiarą?

UR: Muzyka liturgiczna musi wypływać z osobistego przeżycia. Paweł z pewnością najlepiej może odpowiedzieć na pytanie, jaką rolę w procesie twórczym odgrywa natchnienie Ducha Świętego. Ktoś, kto nie poszukiwałby Pana Boga w tym, co robi, nie byłby w stanie odnaleźć potrzebnych środków wyrazu.

PB: Kojące i wznoszące w tym byciu narzędziem jest doświadczenie braku perfekcji i zgoda na to, że Pan Bóg chce się tym posługiwać. Myślę, że bez bliskiej relacji z Duchem Świętym robi się pusta, plastikowa forma. To podobnie jak z plastikowym paschałem – w Exsultecie śpiewamy, że pracowita pszczoła wykonała wosk, z którego otrzymaliśmy paschał, tymczasem patrzymy na plastik. Czyste oszustwo! Prawda sama się obroni w Kościele. Są formy, również muzyczne, które zostały zupełnie zapomniane, inne – mające tysiące lat – jak chorał, wciąż powracają.

MS: Czy Wy również macie takie wrażenie, że istnieje wielość form i środowisk liturgicznych, w których „idzie na noże". Bogactwo Kościoła bywa źródłem konfliktów. Czy to tylko moja obserwacja, czy wasza również?

UR: Trzeba w tych środowiskach, nurtach szukać sensu, rozmawiać z pokornymi, mądrymi ludźmi. I koniecznie korzystać z bogactwa i nie bać się go.

MS: Osobiście ostatnio sięgnąłem do swoich początków, do początków uczestnictwa w liturgii i oczywiście znalazłem tam… gitarę. Zaczęło się więc od tego, przeciwko czemu teraz tak otwarcie występuję. Ale przecież to właśnie przynęta gitarowa doprowadziła mnie, krętymi drogami, ale jednak do Ośrodka Liturgicznego. Czy zatem z wszystkiego można wyprowadzić dobro?

UR: Osobiście uważam, że gitara ma swoje miejsce w liturgii, choć pewnie trzeba ustawić granice takim rozrywkowym zjawiskom. Trzeba spokojnie do tego podchodzić.

PB: Na pewno w pewnym aspekcie jest tak, jak mówi Mateusz. Trzeba patrzeć na konsekwencję tego, co się dzieje w Kościele. Bolesną sprawą jest chociażby kwestia harmonii klasycznej, nowego zjawiska w liturgii – niektóre nazwiska (np. ś.p. profesora Góreckiego) są dopuszczane, inne nie są tolerowane tylko dlatego, że nie mamy do czynienia z tytułem profesorskim, a zwrot muzyczny pozostaje ten sam. To zabawne.

Często zapomina się o udziale wiernych w liturgii po Soborze Watykańskim II. Zakładam zawsze dojrzałość ludzi. Jeśli Kościół byłby konsekwentny w realizowaniu swoich postanowień, to zdecydowanie odrzucałby pewne tradycje. Ale ponieważ faktem jest Sobór Watykański II, który dał dzięki Duchowi Świętemu dostęp do tradycji, ale w językach narodowych – to należy z tego dobrodziejstwa korzystać. Można rozpoznać owoce tego ruchu – tak wiele osób uczestniczy w całej Polsce w warsztatach, na których dajemy dostęp do tradycji zarówno w języku polskim jak i łacinie oraz grece. To pozwala zaangażować się w relację z Kościołem. Kolejnym aspektem jest czystość intencji (przywołując Ignacego Loyolę).

Mo.K: Ta rzeczywistość warsztatowa jest idealna. Wszyscy chcą się modlić, wszyscy śpiewają. Co moglibyście powiedzieć tym, którzy wracają po warsztatach do trudnej czasami rzeczywistości swoich parafii?

UR: Przede wszystkim, żeby się nie bali pracować, rozwijać się. Może trzeba również zrobić warsztaty dla animatorów, którzy przekazywaliby swoim parafiom zdobyte doświadczenie muzyki liturgicznej.

PB: Bardzo pouczające, zauważcie, jest to, że w trakcie trzech, czterech prób da się zbudować zespół – warto, żeby to ludziom uświadomić. Okazuje się, że wystarczy wola. Trzeba zarażać tym stanowiskiem, że chęci to więcej niż potrzebuje człowiek.

Ulą Rogalą i Pawłem Bębenkiem (kompozytorami i dyrygentami schól) rozmawiali Monika i Michał Kozowie oraz Mateusz Solarz. Rozmowę zarejestrowaliśmy w tym roku w Lublinie przy okazji warsztatów muzyki liturgicznej, współorganizowanych przez Archidiecezję Lubelską.

 

 

Zobacz także