Czytajmy książki od początku

Nie chcę uprawiać autoreklamy ani zamęczać własnymi przemyśleniami. Chciałbym jednak podzielić się swoim doświadczeniem liturgii. Moja przygoda z liturgią rozpoczęła się wcześnie. Mój dziadek był kościelnym. Po wieczornej Mszy zamykał kościół, a ja miałem możliwość zaglądania w każdy kąt zakrystii i prezbiterium.

Przewracałem strony w Mszale, patrzyłem czy ornaty pasowałyby na mnie. Czasami robiłem aspersję w pustym kościele. Potem zostałem ministrantem i mogłem już w czasie liturgii być blisko ołtarza. Po kilku latach „awansowałem” na lektora i starałem się, żeby wszystko przy ołtarzu było na właściwym miejscu. Chciałem także, żeby wszystko było wykonywane zgodnie z zaleceniami i wskazaniami Mszału. Niejednokrotnie księża na mnie nakrzyczeli lub wyśmiali moje pomysły.

Jednakże mogę śmiało powiedzieć, że prawdziwa przygoda, a w zasadzie wejście na kolejny jej etap, rozpoczął się pewnego październikowego wieczoru 2007 roku. Będą zupełnie przypadkowo we Wrocławiu złapałem wielką ulewę, a że byłem w pobliżu Ostrowa Tumskiego wszedłem do pierwszego lepszego kościoła w pobliżu. Był to kościół Matki Bożej na Piasku. Jeszcze z dzieciństwa kojarzył mi się wyłącznie z… ruchomą szopką. Po wejściu usłyszałem gdzieś w bocznej kaplicy śpiewy. Wszedłem i znalazłem się nagle w innym świecie. Jakby w krainie kadzideł, pięknego śpiewu, z którego nic nie rozumiałem. Na tę rzeczywistość składało się oczywiście wiele innych elementów np przyklęknięcia, skłony, znaki krzyża.

Dopiero po kilku latach uświadomiłem sobie, że jedyne słowa, które z tamtego momentu pamiętam to fragment Credo „et unam, sanctam, catholicam et apostolicam Ecclesiam”. I nagle uświadomiłem sobie, że ta niezrozumiała, ale pociągająca mnie liturgia należy także do mnie. Zrozumiałem, że ta Msza, na którą wszedłem znajduje się właśnie w tym Kościele, w którym jest także moja parafia, do której chodziłem.

Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że doświadczenie skądinąd wymagającej starej liturgii pozwoliło poczuć mi się jak w domu. Pozwoliło zrozumieć, że jest to miejsce i sposób modlitwy, którego zawsze szukałem, choć nie od początku wszystko rozumiałem. Mogę z pełną świadomością stwierdzić, że inaczej wyglądałoby moje studium teologii, gdyby nie tzw. liturgia trydencka. Ona pozwala spojrzeć na całą piękną Damę Teologię z szerszej perspektywy i odetchnąć atmosferą wieków. Jednakże ten oddech nie jest wypełniony kurzem ani odczuciem rzeczy starych, które nadają się jedynie na śmietnik, a w najlepszym wypadku do muzeum.

Nie chodzi tutaj o walkę pomiędzy dwoma formami Rytu Rzymskiego, bo widać niejednokrotnie, że obie żyją własnym życiem. Sądzę jednak, że chociaż jednorazowe uczestnictwo w starej liturgii powinno być obowiązkowe dla studentów teologii: świeckich i kleryków, bo niestety wykłady z liturgiki wyglądają często jak opowiadanie o rzeczywistości zawieszonej w próżni. Tyle razy mówi się, że obecna liturgia to takie wielkie osiągnięcie, epokowy przełom itd. Tylko, że to podobne do czytania książki, ale od połowy. Zatem jak zrozumieć koniec historii nie znając początku?


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Paweł Beyga

Student Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. Od kilku lat katolik chodzący na starą mszę, ale nie tradycjonalista ekstremalny. Pasjonat teologii liturgii.