Dalekie i bliskie

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem śpiewy z Korsyki, zabrzmiały dziwnie znajomo. Skojarzyły się z czymś bliskim i dobrze znanym, a mianowicie

z pieśniami gruzińskimi.

Pasjonujący wątek teorii o wspólnym śpiewie ludzkości odkładam wciąż na później. Tym razem, w związku z przygotowywanymi warsztatami śpiewu Sacred Harp, chodzi mi po głowie inny temat. Jak to się dzieje, że człowiek przyjmuje za swoje coś, co należy do innej kultury? Jak to możliwe, że człowiek sięga po pieśń cudzych korzeni i jest mu z tym dobrze? Myślę o tych sytuacjach, kiedy bezpretensjonalnie, bez żadnej pozy i udawania kogoś innego człowiek się wyraża w czymś, co przyszło z daleka?

Dobra pieśń, taka, która pozwala się pięknie wypowiedzieć, to pieśń przyswojona. Czy da się przyswoić śpiew z Korsyki czy z Gruzji, czy zza Oceanu? Jeżeli postawi się pytanie w ten sposób, powstanie wiele wątpliwości, a rozwiać je może tylko świadectwo praktyki. Sam mogę powiedzieć: Tak, głęboko przeżywam pieśni Sacred Harp, to są moje pieśni, należą do mojego zbioru powszednich modlitw. Rozumiem i przyjmuję ich słowa, ich muzyka nie pociąga mnie egzotyką, ale jest właśnie swojska… Dochodzi do tego znajomość z tymi, którzy w tej kulturze wyrośli.

Ale, ale… Moi amerykańscy przyjaciele śpiewający Sacred Harp to nie południowcy, którzy od urodzenia obcują z tym śpiewem, ale ludzie, którzy tę muzykę odkryli w późniejszym wieku. Im było łatwiej ją przyswoić ze względu na język, narodowość i co tam jeszcze. Ale jednak musieli włożyć wysiłek, żeby te pieśni stały się ich pieśniami. Czyż nie podobnie jest z polskimi muzykami grającymi na ludowo? Podziwiam Annę i Witolda Brodów, zachwycam się Januszem Prusinowskim – ludźmi, którzy stali się muzykami ludowymi mocą życiowego wyboru.

A jak to jest z literacką i filmową fikcją? Czyż to nie dziwne, że ktoś zaczyna w pewnym sensie mieszkać w Śródziemiu, w Ziemiomorzu czy w odległej galaktyce? Nawet gdyby chciał duchowo mieszkać na Dzikich Polach czy w Warszawie Rzeckiego, byłoby to osobliwe. Nie mniej osobliwe to będzie, jeżeli ktoś sobie obierze za duchową ojczyzną starożytny Rzym czy renesansowe Włochy. A przecież takie osobliwości przyjmuje się zwykle ze zrozumieniem. Ba, grupy odtwarzające przeszłe wydarzenia uważa się za pożyteczne.

Wracając do muzyki: właściwie dlaczego wyrafinowany śpiew, który nigdy nie był wykonywany przez wszystkich (np. graduał), miałby stać się chlebem powszednim współczesnego katolika? [Odpowiedź znam, może nawet wiele odpowiedzi, a tylko pytam dla poszerzenia kontekstu rozważań.] Można by też zapytać o niektóre tradycyjne pieśni kościelne, które wywołują u jednych instynktowne poczucie obcości, a dla innych są naturalnym wyrazem wiary.

Zapewne przywołuję bardzo rozmaite zjawiska, o różnym podłożu i celu. Ale zdaje się, że jest w nich wspólny element. I zdaje się, że takie przyswajanie tego, co obce, jest czymś dobrym, choć z pewnością w różnym stopniu i w różnej skali.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Błażej Matusiak OP

Błażej Matusiak OP na Liturgia.pl

Obecnie w dominikańskim klasztorze w Pradze. Publikacje: Hildegarda z Bingen. Teologia muzyki (Kraków 2003); recenzje płytowe w Canorze, cykl audycji „Musica in Ecclesia” w Radiu Józef.