Dlaczego „Krucjata anty-omniańska” czyli tekst programowy

Tytuł ten przyszedł do mnie trochę trochę jak iluminacja i przez kolejnych parę dni powoli dochodziłem do tego, "dlaczego" jest najlepszy dla określenia generalnego zamysłu stojącego za tym blogiem. Ponieważ jednak, zwłaszcza w swojej drugiej części, może on brzmieć trochę hermetycznie, postanowiłem pobawić się w hermeneutę własnego pomysłu i stąd niniejszy tekst programowy.

Tytuł ten przyszedł do mnie trochę trochę jak iluminacja i przez kolejnych parę dni powoli dochodziłem do tego, "dlaczego" jest najlepszy dla określenia generalnego zamysłu stojącego za tym blogiem. Ponieważ jednak, zwłaszcza w swojej drugiej części, może on brzmieć trochę hermetycznie, postanowiłem pobawić się w hermeneutę własnego pomysłu i stąd niniejszy tekst programowy.

Dlaczego "anty-omniańska"? Wyrażenie to jest z pewnością zrozumiałe dla wszystkich, dzielących ze mną fascynację twórczością Terry’ego Pratchetta, która, jakkolwiek może to brzmieć dziwnie, mi osobiście dostarcza strawy nie tylko intelektualnej i emocjonalnej, ale także duchowej (nie mam tu miejsca, żeby to uzasadniać, polecam gorąco same książki lub też ostatecznie www.pratchett.pl). Akcja jednej z jego powieści, zatytułowanej Pomniejsze bóstwa dzieje się w Omni, pierwotnie małym kraiku, który rozrósł się w imperium w wyniku rozmaitych prowadzonych przez niego krucjat.  Panuje w nim totalitarny ustrój monoteistycznej teokracji (rzecz dość nietypowa w generalnie politeistycznym Świecie Dysku). Mamy tam monstrualna strukturę "kościelnej" hierarchii, ogromny korpus świętych ksiąg, będących podstawą rozbudowanego systemu teologicznego i rytualnego oraz instytucję (określoną przez autora – w tym przypadku niezbyt oryginalnie jako "Kwizycja"), która egzekwuje od Omnian absolutną religijną poprawność. (Jak to u Pratchetta – mistrza groteski – możemy czuć się jak Guliwer w Brobdingnag.) W toku narracji okazuje się, że, o ironio, w boga Oma tak naprawdę wierzy tylko jeden młody chłopiec o imieniu Brutha. Jest on jedynym, dla którego Om nie stanowi albo tylko zasady władzy i porządku (jak dla członków rozbudowanej "kościelnej" hierarchii, a przede wszystkim dla przywódcy Kwizycji – Vorbisa), albo źródła strachu przed wiecznym potępieniem, no i oczywiście przed samą Kwizycją (jak dla reszty Omnian). Po prostu wierzy w niego i obdarza go uczuciem, paradoksalnie jest więc jedynym religijnym Omnianinem. W świecie Pratchetta moc bogów jest ściśle zależna od wiary ich wyznawców. Z racji takiej sytuacji, jak opisalem powyżej, moc Oma jest mniej niż znikoma i kiedy decyduje się przybrać formę materialną, staje się … zwykłym żółwiem. Książka opowiada o spotkaniu Bruthy z Omem (w postaci źółwia), nie będę tutaj jednak opisywał całej fabuły. To, co napisałem wystarczy, żeby zrozumieć dlaczego "anty-omniańska". Omnia jest dla mnie synonimem czegoś, co – z narastającym przerażeniem – obserwuję w naszej (mojej własnej również), chrześcijańskiej i katolickiej, religijności. Forma dla formy, brak treści, religia oparta na napędzanym lękiem przyzwyczajeniem, monstrualny rozrost struktur przy zaniku świadomości tego, po co one są, generalny i na różnych poziomach rozdźwięk między różnymi aspektami religi a rzeczywistością, kult przepisów i prawa, ortodoksja, która zapomniała, że jest orthe – "właściwym" i doxa – "mniemaniem/przypuszczeniem" nie zaś absolutnie jedyną prawdziwą wizją z dołączonym aparatem policyjnym, itd., itd. Omnia to religia na granicy śmierci, która fakt ten ukrywa pod hipertrofią struktur.

"Oczyma duszy" widzę, jak przynajmniej część czytelników ma w tym momencie już gotowy osąd. To pewnie kolejny liberalny katolik, zły na Kościół za to, że nie jest nowoczesny, za to, że hierarchiczny, że mówi ludziom, co mają robić. Pewnie następny, który chciałby błogosławieństwa dla prezerwatywy i pigułki, sakramentów dla ludzi żyjących w wolnych związkach, dopuszczenia aborcji i eutanazji, kapłaństwa kobiet, i wreszcie abdykacji papieża oraz uznania, że wszystkie drogi do Boga są tyle samo warte.

Otóż tak nie jest, a wyjaśnić to pozwoli przyjrzenie się jednemu z poziomów znaczeniowych terminu "krucjata".

W zasadzie sformułowanie "krucjata anty-omniańska" w świetle tego, co już wiemy o Omni, jest swojego rodzaju paradoksem. Bardziej skłonni bylibyśmy powiedzieć, że to właśnie Omnianie będą prowadzić krucjaty. Słowo "krucjata" doskonale opisuje perspektywę, jaką chcę przyjąć. Wszak "wyprawa krzyżowa" jest wysiłkiem obrony tego, co święte, co ortodoksyjne. Walka z "Omnią" nie ma na celu destrukcji, nie chce sprowadzać prawd wiary i moralności do rzędu rzeczy, nad którymi można demokratycznie głosować czy mi pasują czy nie, nie chce wprowadzać relatywizmu w rzeczy fundamentalne. Jej zasadniczą intencją jest troska wynikająca, nie ukrywam, również z mojego osobistego poczucia lęku, że w pewnym momencie "Omnia" tak się rozrośnie, że zabraknie mi powietrza. Ale przede wszystkim, ta "krucjata" jest radykalną niezgodą na obrażającą inteligencję i zabijacą ducha omniańską wizję chrześcijaństwa i katolicyzmu.

"Krucjata" ma też inne poziomy znaczeniowe, które będą określać charakter tego bloga.

Po pierwsze, wyprawa krzyżowa to wyprawa wojenna. Wojnę zaś można prowadzić w różny sposób. Są działania zaczepne, defensywne, przegrupowania, albo … wycofanie się na z góry upatrzone pozycje. Innymi słowy, istnieje cały zestaw narzędzi do wyrażania wyżej wspomnianej niezgody.  

Po drugie, maszerujące wojska muszą się czasem zatrzymać, a wojska krzyżowe są, jakby nie było, wojskami religijnymi, pobożnymi. Z pewnością nie mam zamiaru prowadzić wojny totalnej, ciągłej i nastawionej na wyniszczenie. (Zresztą obawiam się, że z racji potęgi przeciwnika, prędzej sam bym siebie wykończył.) Wojska obozują, modlą się, jedzą, odpoczywają, śpiewają, bawią się. Pochód wojska nie ma charakteru tylko militarnego, towarzyszą mu kapłani, markietanki, toczy się specyficzne, ale w pewnym sensie normalne życie. To znaczenie "krucjaty" pozwala mi… w gruncie rzeczy na pisanie o wszystkim, co przyjdzie mi do głowy, a co uznam za warte, żeby to opisać.

Po trzecie wreszcie, "krucjata" daje mi prawo do bycia w błędzie. Wiadomo, że dzisiaj oceniamy średniowieczne wyprawy krzyżowe zasadniczo negatywnie. Są one, obok inkwizycji, jednym z głównych "antyklerykalnych" zarzutów w stronę Kościoła. Ta negatywna ocena nie jest jednak wyrażana tylko przez antyklerykałów – wszyscy jesteśmy raczej zgodni, że prowadzona ogniem i mieczem walka z innowiercami, heretykami etc. jest czymś głęboko sprzecznym z przesłąniem ewangelii. Otóż ja akceptuję możliwość, że głęboko mylę się w ocenie "omniańskości" naszej religijnej sytuacji (być może tak właśnie powinno być), że podchodzę do tego w zły sposób, że z perspektywy czasu okaże się, że to "Omnianie" we właściwszy sposób odczytują to, czym chrześcijaństwo powinno być. Mogę mieć tylko nadzieję, że tak nie jest.    

 

 

  


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.