Dług nie do spłacenia czyli o pamięci (i) bólu

Byłem w siódmej albo ósmej klasie podstawówki. Pewnego zimowego wieczora, kiedy już leżałem w łóżku przyszedł mój drużynowy (byłem wtedy przybocznym w gromadzie zuchowej) i wyciągnął mnie na koncert Jacka Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego. Śpiewali - jeśli dobrze pamiętam - program "Sarmatia". 

Znałem już wtedy "Mury", pierwszy wspólny projekt Kaczmarskiego, Gintrowskiego i Łapińskiego, zresztą również za pośrednictwem drużynowego (wstyd się przyznać, ciągle mam jego kasetę). Oczywiście niewiele rozumiałem, ale było w tych utworach i w ich wykonaniu coś, co mnie niesłychanie mocno wciągnęło. Słuchałem na okrągło, uczyłem się grać i śpiewać co łatwiejsze piosenki. Wkrótce poznałem "Wojnę postu z karnawałem". Pamiętam, że chodziłem na długie spacery z psem, prześpiewując sobie pod nosem wszystkie utwory z tej płyty, nie widząc i nie słysząc co się wokół mnie dzieje. Potem znajomy kapucyn pożyczył mi "Raj", kolega "Krzyk", duszpasterz Beczki "Pamiątki" Gintrowskiego itd., itd. Trwa to w zasadzie do dzisiaj, ponieważ przez długi czas zatrzymałem się na "Sarmatii" i dopiero od pewnego momentu zacząłem odkrywać późniejsze utwory, płyty, koncerty…

Nie zdawałem sobie sprawy te siedemnaście lat temu, jak ważna stanie się dla mnie twórczość J.K. i Kolegów. Zawdzięczam mu (im) mnóstwo, poczynając od zaznajomienia się z pewnymi obszarami kultury europejskiej, na które sam pewnie nie zwróciłbym większej uwagi, jak np. malarstwo Malczewskiego czy Goyi, przez miłość do Polski, w całej paradoksalności tego uczucia, wynikającej z prawdy o nas i naszej historii, a kończąc na wrażliwości moralnej (spośród moralistów najbardziej cenię Kaczmarskiego, a po nim Pratchetta; oczywiście często się z nimi nie zgadzając).

Musiałbym długo wymieniać to wszystko, za co jestem wdzięczny Kaczmarskiemu (a i Gintrowskiemu i Łapińskiemu – swoją drogą niesamowitemu pianiście – również), a niektóre rzeczy trudno by mi było nawet w słowa ubrać; w każdym razie musiałbym je wówczas z konieczności spłaszczyć. Chciałbym jednak napisać o jednej, której znaczenie ostatnio bardzo silnie do mnie dociera, a która, jak mi się zdaje, daje się również przełożyć na wymiar liturgiczny (czy wspominałem już, że wszystko kojarzy mi się z liturgią?).

"Zsiwiałe drzewo z korą krwi Marsjasza
Pójdzie na opał traktatów o sztuce
Wyjałowionych z pamięci i bólu".

To zwrotka z "Trenu spadkobierców", piosenki dotyczącej sporów o ideową spuściznę Zbigniewa Herberta, jakie miały miejsce po śmierci poety. Sięgnąłem tu po nią, bo bardzo mocno czuję problem, jakim jest wyjałowienie z pamięci i bólu. Niekoniecznie to, o które chodziło Kaczmarskiemu w przypadku tego, co robi się z poezją Herberta (nb. również odkrytą przeze mnie dzięki J.K. i P.G.). Myślę o tym w sensie bardziej ogólnym.

Niesłychanie dla mnie ważnym wymiarem twórczości Kaczmarskiego jest to, że uruchamia we mnie osobisty stosunek do szeroko rozumianej (w sensie ogólnym ale też indywidualnym) historii, przede wszystkim naszej własnej, choć nie tylko. W tym sensie zawdzięczam mu głębokie poczucie zakorzenienia. I są to właśnie korzenie pamięci, o tyle szczególnej, że wykracza ona daleko w tył i na boki poza ramy mojej osobistej biografii. "Pamiętam" w ten sposób czasy sarmackie, wieszanie zdrajców na Rynku Warszawskim w 1794 r., wojny napoleońskie w Hiszpanii, rozbiory, zsyłki, wiosnę 1905 roku, agresję niemiecko-sowiecką, Powstanie Warszawskie, Jałtę, stan wojenny, ale również Kochanowskiego, Goyę, Rejtana, Piotra Wysockiego, Słowackiego, Norwida, Malczewskiego, Jesienina, Jasieńskiego, Wata, Witkacego, Baczyńskiego, Valladaresa, Włodzimierza Wysockiego, nie wspominając o mnóstwie bezimiennych. Jednocześnie jest to pamięć bólu, historia cierpienia, która nieustannie przypomina w jakim świecie żyjemy. Pamięć zła, które człowiek wyrządził człowiekowi, zła immanentnego niektórym bezbożnym systemom politycznym, religijnej obłudzie, pamięć błędów, zagubień, rozpaczy, uwikłania. Dzięki Kaczmarskiemu "pamiętam" to wszystko, i chociaż nie dzielę bólu, "pamiętam" go również, uobecnia się on dla mnie, wiem o nim, jestem w stanie go przeczuć, współczuć z nim. 

Wspomniałem, że daje się to przełożyć na klucz liturgiczny. Chodzi o Krzyż. Czy można zrozumieć Krzyż Chrystusa bez świadomości obecnego w dziejach zła? Bez pamięci o cierpieniu obecnym, że tak powiem, w naszej własnej genealogii? Czy możemy mieć rzeczywiście świadomość, czym była Ofiara Krzyża (a więc czym jest Ofiara Mszy) bez świadomości ludzkiego cierpienia, które miało i ma ciągle miejsce? Bez pamięci o bólu, który był udziałem poprzedzających nas pokoleń? Każdy niesie swój krzyż, prawda. Ale czy przez pryzmat naszego osobistego krzyża jest w stanie dotrzeć do nas w pełni, w czym uczestniczymy składając Ofiarę? 

Nigdy nie dam rady spłacić długu wobec Jacka Kaczmarskiego. Requiem aeternam dona ei, Domine, et lux perpetua luceat ei…

 

 

 

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.